Bez społeczeństwa nie będzie bezpieczeństwa. Organizacje społeczne, sołtysi i brakujące ogniwo systemu
Kiedy przychodzi kryzys, system spotyka się z rzeczywistością. Wtedy okazuje się, że o bezpieczeństwie nie decydują wyłącznie procedury, magazyny i służby, lecz także ludzie, którzy znają mieszkańców, potrafią szybko zorganizować pomoc i mają ich zaufanie. Dlaczego więc organizacje społeczne, sołtysi i lokalne wspólnoty nadal pozostają na marginesie systemu ochrony ludności?
Perspektywa sołtysa i lokalnej organizacji pozarządowej
Bezpośrednią inspiracją do napisania tego tekstu był opublikowany w portalu ngo.pl artykuł Małgorzaty Łojkowskiej „Powstaje nowy Program Ochrony Ludności. Organizacje chcą prawdziwych konsultacji”.
CZYTAJ TAKŻE: „Powstaje nowy Program Ochrony Ludności. Organizacje chcą prawdziwych konsultacji” >>
Autorka opisuje prace nad Programem Ochrony Ludności i Obrony Cywilnej na lata 2027-2031 – dokumentem, który ma określić priorytety państwa, kierunki finansowania oraz praktyczny sposób przygotowania Polski na kolejne kryzysy.
Czytam ten tekst z dwóch uzupełniających się perspektyw: jako sołtys niewielkiej miejscowości oraz jako prezes Fundacji Edukacji, Kultury i Przyrody „Wilżański Uniwersytet Ludowy”.
Jako sołtys widzę codzienną rzeczywistość lokalnej wspólnoty. Rozmawiam z mieszkańcami, spotykam się z innymi sołtysami, słucham ich doświadczeń i obserwuję, jak w praktyce działa (albo nie) przepływ informacji między mieszkańcami a instytucjami.
Jako osoba kierująca lokalną organizacją pozarządową, od lat związana z działalnością społeczną, widzę natomiast potencjał trzeciego sektora: jego elastyczność, społeczne zakorzenienie, różnorodność kompetencji i zdolność docierania do ludzi, których administracja nie zawsze potrafi szybko zauważyć.
Te dwie perspektywy prowadzą mnie do tego samego wniosku: między państwowym systemem ochrony ludności a codziennym życiem lokalnych społeczności istnieje poważna luka. I co gorsza – pogłębia się. Po jednej stronie są procedury, instytucje i środki finansowe. Po drugiej ludzie, relacje, lokalna wiedza, organizacje społeczne i gotowość do pomocy. Nadal zbyt rzadko tworzą one jeden, wcześniej przygotowany system.
Z poziomu ministerialnego dokumentu może być trudno zobaczyć mieszkańca, który nie korzysta z internetu i nie przeczyta komunikatu zamieszczonego na stronie urzędu. Można nie dostrzec starszej osoby mieszkającej samotnie, która podczas długiej awarii prądu będzie potrzebować nie tylko informacji, ale również leków, ciepłego posiłku albo transportu. Można nie zauważyć rodziny, która nie wie, gdzie ma się zgłosić i komu zaufać.
W każdej miejscowości są też ludzie posiadający samochody terenowe, ciągniki, agregaty, wolne pomieszczenia, umiejętności medyczne, psychologiczne, techniczne lub organizacyjne. Tyle że najczęściej nikt wcześniej ich nie zapytał, czy chcieliby uczestniczyć w przygotowanym systemie pomocy, nie zaprosił i nie uwzględnił potencjału.
Gdy wydarza się coś nieprzewidzianego, mieszkańcy często zwracają się najpierw nie do abstrakcyjnego systemu, lecz do konkretnej osoby, którą znają. Dzwonią do sołtysa, strażaka ochotnika, sąsiada, członka lokalnej organizacji albo osoby od lat zaangażowanej społecznie. To właśnie ta sieć relacji najczęściej uruchamia się jako pierwsza. Dlatego pytanie o rolę organizacji pozarządowych, sołectw i lokalnych liderów w ochronie ludności nie jest dla mnie teoretycznym zagadnieniem. Jest pytaniem o to, czy państwo potrafi dostrzec rzeczywistość, która już istnieje i odpowiedzialnie włączyć ją do systemu.
Konsultacje czy administracyjna formalność?
Z artykułu Małgorzaty Łojkowskiej wynika, że organizacje społeczne, mimo doświadczeń zdobytych podczas pandemii, kryzysu uchodźczego, wojny w Ukrainie, powodzi i innych sytuacji nadzwyczajnych, nie zostały rzeczywiście włączone w tworzenie Programu.
W jednej z wersji dokumentu zniknął również zapis przewidujący przeznaczenie od 5 do 10 procent środków dla organizacji pozarządowych. To nie jest wyłącznie spór o pieniądze.
To pytanie znacznie poważniejsze: czy państwo chce budować bezpieczeństwo razem ze społeczeństwem, czy jedynie administrować nim z góry?
Jeżeli organizacje otrzymują niemal gotowy dokument i kilka dni na zgłoszenie uwag, trudno mówić o prawdziwym partnerstwie. Konsultacje przeprowadzone wyłącznie po to, aby można było odnotować, że się odbyły, są formalnością. Nie są współtworzeniem systemu. Organizacje społeczne powinny uczestniczyć w jego projektowaniu od początku. Nie tylko jako wykonawcy rozdający żywność, koce i wodę, kiedy zawodzą standardowe procedury, ale jako partnerzy biorący udział w diagnozie zagrożeń, planowaniu, szkoleniach, ćwiczeniach i podejmowaniu decyzji.
Państwo nie powinno traktować trzeciego sektora jak bezpłatnego odwodu uruchamianego dopiero wtedy, gdy instytucje publiczne przestają sobie radzić.
Bezpieczeństwo widziane z poziomu miejscowości
Ochronę ludności zbyt często sprowadzamy do magazynów, agregatów, pojazdów, schronów, syren alarmowych i zapasów. To wszystko jest potrzebne, jednak z perspektywy sołtysa bezpieczeństwo wygląda także inaczej. To wiedza o tym, kto może potrzebować pomocy. To umiejętność szybkiego dotarcia do mieszkańców. To znajomość lokalnych dróg, skrótów, budynków i miejsc, które mogą służyć jako punkty schronienia albo pomocy. To wiedza o tym, kto posiada sprzęt, transport lub przydatne kompetencje. To wreszcie zaufanie, dzięki któremu ludzie odbiorą telefon, otworzą drzwi i potraktują przekazany komunikat poważnie.
Odporność społeczna obejmuje również: lokalne sieci kontaktów; pomoc sąsiedzką; wsparcie osób starszych, samotnych i zależnych; pierwszą pomoc psychologiczną; edukację mieszkańców; przeciwdziałanie dezinformacji; znajomość lokalnych zasobów czy zdolność do samoorganizacji.
Na potrzebę takiego szerszego rozumienia bezpieczeństwa zwróciła uwagę również Rada Działalności Pożytku Publicznego. W swojej opinii wskazała, że Program nie powinien koncentrować się wyłącznie na aspektach technicznych, lecz uwzględniać także dezinformację, cyberataki, polaryzację społeczną, osłabienie zaufania do instytucji oraz niską zdolność społeczności lokalnych do samoorganizacji i samopomocy. Można kupić agregat, ale agregat sam nie odnajdzie samotnej osoby starszej mieszkającej na końcu nieprzejezdnej drogi. Można zgromadzić zapasy, ale magazyn sam nie rozpozna, komu potrzebne są leki, transport, opieka nad dziećmi albo wsparcie psychologiczne. Do tego potrzebni są ludzie, relacje oraz wiedza o lokalnej społeczności.
Państwo korzysta z organizacji społecznych, ale nie daje im trwałego miejsca
Organizacje pozarządowe wielokrotnie udowodniły, że potrafią reagować szybko i elastycznie. Docierają do grup, do których administracja ma ograniczony dostęp. Posiadają kompetencje humanitarne, edukacyjne, psychologiczne, logistyczne i społeczne. Mają wolontariuszy, lokalne kontakty oraz zaufanie mieszkańców.
Jako prezes lokalnej fundacji widzę również, że organizacje społeczne nie czekają bezczynnie na kryzys. Już dziś budują relacje, prowadzą działania edukacyjne, angażują wolontariuszy i tworzą miejsca służące mieszkańcom. Problem polega na tym, że ten istniejący potencjał nadal zbyt rzadko jest rozpoznawany, przygotowywany i włączany do publicznego systemu ochrony ludności.
Jak opisuje Małgorzata Łojkowska, organizacje nie uzyskały gwarantowanego miejsca w zespołach zarządzania kryzysowego. Mogą zostać zaproszone do współpracy, ale nie musi się to wydarzyć. Nie zrealizowano również postulatu stałej obecności przedstawiciela organizacji społecznych w zespołach wojewódzkich i powiatowych. Liczba porozumień zawartych przez administrację rządową z organizacjami pozostaje niewielka. Nie można oczekiwać od organizacji gotowości do działania w sytuacji kryzysowej, a jednocześnie wykluczać ich z planowania, ćwiczeń, komunikacji i podejmowania decyzji.
Gotowość organizacji także kosztuje. Wymaga szkoleń, koordynacji, procedur, ubezpieczenia wolontariuszy, środków łączności, podstawowego wyposażenia oraz ludzi, którzy będą utrzymywać system również wtedy, gdy akurat nie trwa katastrofa.
Nie wystarczy finansować samych interwencji. Trzeba finansować przygotowanie do nich.
O sołtysach przypomina się wtedy, gdy już jest kryzys
W rozmowach z innymi sołtysami często słyszę o sytuacjach, w których lokalny lider staje się nieformalnym centrum informacji i organizowania pomocy. Dzieje się tak podczas awarii prądu, gwałtownych zjawisk pogodowych, lokalnych podtopień, problemów komunikacyjnych, zagrożeń pożarowych i innych wydarzeń wymagających szybkiego kontaktu z mieszkańcami. Sołtys odbiera telefony, przekazuje informacje, sprawdza sytuację, kontaktuje się z urzędem, OSP i mieszkańcami. Czasem organizuje sprzęt, transport albo pomoc sąsiedzką. Nie dlatego, że przepisy dokładnie określiły jego zadania. Dlatego, że mieszkańcy go znają i oczekują, że podejmie działanie.
W Polsce działa ponad 40 tysięcy sołectw. Jest to gotowa, istniejąca już sieć lokalnych liderów, której państwo praktycznie nie wykorzystuje w sposób systemowy. Problem ten opisuje analiza Dawida Sześciły „Czy ktoś zapomniał o sołtyskach i sołtysach?”, przygotowana przez Fundację im. Stefana Batorego. Jej omówienie oraz broszurę z rekomendacjami opublikowano również w serwisie akcji Masz Głos. Autor wskazuje, że zarówno ustawa o ochronie ludności i obronie cywilnej, jak i przepisy dotyczące zarządzania kryzysowego w praktyce pomijają rolę sołectw.
Tymczasem podczas powodzi w 2024 roku to właśnie sołtyski i sołtysi w wielu miejscowościach organizowali pomoc, przekazywali informacje, uczestniczyli w ewakuacji, dystrybuowali dary i pomagali docierać do osób najbardziej potrzebujących. Państwo korzysta więc z pracy sołtysów w praktyce, ale nie widzi ich w swoich procedurach.
Jako sołtys uważam, że jest to jedna z najbardziej niezrozumiałych luk obecnego systemu.
Sołtys nie ma być ratownikiem ani dowódcą
Nie postuluję, aby sołtys zastępował straż pożarną, policję, ratownictwo medyczne czy administrację. Nie powinien prowadzić specjalistycznych działań ani przejmować odpowiedzialności należącej do profesjonalnych służb.
Może jednak pełnić funkcję: lokalnego punktu kontaktowego; pośrednika między mieszkańcami a gminą; źródła informacji o sytuacji w terenie; uczestnika lokalnego planowania; koordynatora pomocy sąsiedzkiej; osoby wspierającej przekazywanie sprawdzonych komunikatów albo partnera w mapowaniu zasobów i potrzeb.
Z perspektywy osoby pełniącej tę funkcję szczególnie wyraźnie widzę, że nie wystarczy oczekiwać od sołtysów spontanicznego zaangażowania. Jeżeli mają być częścią lokalnego systemu odporności, powinni wiedzieć nie tylko jak działa system alarmowania, z kim się kontaktować, jakie informacje zbierać, czego nie robić, jak chronić dane mieszkańców ale także jak współpracować ze służbami i gdzie kończy się ich odpowiedzialność. Powinni być szkoleni, zapraszani do ćwiczeń i uwzględniani w lokalnych planach.
Analiza Fundacji Batorego i materiały akcji Masz Głos pokazują, że gminy nie muszą czekać na zmianę ustawy. Już dziś mogą zapraszać sołtysów do gminnych zespołów zarządzania kryzysowego, uwzględniać zadania związane z ochroną ludności w statutach sołectw oraz finansować działania wzmacniające lokalną odporność. W dłuższej perspektywie potrzebne jest jednak formalne uznanie sołectw i innych jednostek pomocniczych gminy za element systemu ochrony ludności. Nie można budować bezpieczeństwa na założeniu, że w chwili kryzysu aktywny sołtys ponownie „jakoś sobie poradzi”.
Ochotnicza Straż Humanitarna – brakujące ogniwo
Pomiędzy profesjonalnymi służbami a spontanicznym zrywem mieszkańców istnieje ogromna przestrzeń.
Jedną z odpowiedzi może być rozwijana przez Fundację Humanitarną Folkowisko Ochotnicza Straż Humanitarna, której patronuje Sieć Mapuj Pomoc. Na Podkarpaciu i Lubelszczyźnie rozpoczęto pilotaż tej inicjatywy. Pierwsza grupa liczyła 20 wolontariuszek i wolontariuszy reprezentujących różne zawody i doświadczenia, w tym ratowników, pracowników społecznych, nauczycieli i przedsiębiorców. Celem jest przygotowywanie społecznych zespołów do szybkiego i skoordynowanego reagowania w sytuacjach kryzysowych oraz humanitarnych.
Z punktu widzenia sołectwa jest to szczególnie interesująca koncepcja. W każdej lokalnej społeczności są osoby gotowe pomagać. Problem polega na tym, że często nie znają się wzajemnie, nie mają podzielonych ról, nie przeszły wspólnych szkoleń i nie wiedzą, jak współdziałać z administracją oraz służbami.
Ochotnicza Straż Humanitarna może tę gotowość uporządkować. Nie jest konkurencją dla OSP. Ma inną funkcję. Jej członkowie mogą zajmować się wsparciem humanitarnym, społecznym, informacyjnym, opiekuńczym, psychologicznym i logistycznym. Mogą pomagać w organizowaniu punktów pomocy i schronienia; dystrybucji żywności, wody i środków higienicznych i docieraniu do osób starszych, samotnych i zależnych. Możliwe jest ich zaangażowanie w prowadzenie punktów informacyjnych; organizację transportu; opiekę nad osobami ewakuowanymi czy udzielaniu pierwszej pomocy psychologicznej. Nie do przecenienia jest także aktywne przeciwdziałanie chaosowi informacyjnemu i dezinformacji i zwykłe, codzienne niemal, wspieranie mieszkańców w powrocie do normalnego życia.
Spontaniczna solidarność jest wielką wartością. Widzieliśmy ją podczas pandemii, po wybuchu pełnoskalowej wojny w Ukrainie i podczas powodzi. Ale dobra wola nie zastąpi przygotowania. Nieprzeszkoleni wolontariusze mogą nieświadomie utrudniać działania służb, blokować drogi, dostarczać niepotrzebne dary, powielać zadania albo podejmować działania bez znajomości standardów bezpieczeństwa.
Wolontariat kryzysowy powinien być organizowany wcześniej, a nie dopiero wtedy, gdy katastrofa już trwa.
Sołectwo, organizacje społeczne i Ochotnicza Straż Humanitarna – lokalny system gotowości
Z perspektywy mojej pracy jako sołtysa i osoby zaangażowanej w działalność organizacji pozarządowych widzę możliwość stworzenia prostego, praktycznego modelu.
Sołtys i sołectwo zapewniają znajomość mieszkańców, terenu i lokalnych zasobów.
Organizacja pozarządowa zapewnia ramy prawne, szkoleniowe i organizacyjne.
Ochotnicza Straż Humanitarna albo podobny zespół skupia przygotowanych mieszkańców gotowych do działania.
Zapleczem mogą być świetlice wiejskie, szkoły, domy kultury, siedziby organizacji, parafie oraz inne lokalne obiekty. Jako sołtys widzę, że świetlica nie musi być jedynie miejscem spotkań i wydarzeń. Może być także punktem informacji, miejscem szkoleń, lokalnym centrum koordynacji, punktem wydawania pomocy albo przestrzenią czasowego schronienia. W takich działaniach mogą uczestniczyć psychologowie, pedagodzy, pracownicy socjalni, ratownicy, kierowcy, logistycy, informatycy, członkinie i członkowie KGW, harcerze, przedsiębiorcy, seniorzy, przedstawiciele klubów sportowych, parafii i grup sąsiedzkich.
Nie każdy musi ratować ludzi z płonącego budynku. Ktoś musi również przygotować posiłek, znaleźć transport, odebrać telefon, pomóc osobie z demencją, zaopiekować się dziećmi, zweryfikować informację, zadbać o zwierzęta osób ewakuowanych albo wesprzeć człowieka będącego w szoku.
To właśnie jest humanitarne i społeczne zaplecze ochrony ludności.
Skandynawia pokazuje, że państwo może zaufać społeczeństwu
Warto przyjrzeć się rozwiązaniom stosowanym w Finlandii, Szwecji i Norwegii.
Fiński model bezpieczeństwa kompleksowego zakłada wspólną odpowiedzialność władz publicznych, przedsiębiorstw, organizacji społecznych i obywateli za ochronę podstawowych funkcji społeczeństwa. Organizacje nie są tam traktowane jak dodatek uruchamiany w chwili katastrofy, ale jak część systemu przygotowania i budowania odporności.
W Szwecji dobrowolne organizacje obronne mają określone zadania w systemie obrony totalnej, uczestniczą w szkoleniach i ćwiczeniach oraz korzystają z finansowania publicznego. Państwo zachęca obywateli do angażowania się w organizacje i wspólnego przygotowywania lokalnych społeczności.
W Norwegii podkreśla się znaczenie organizacji wolontariackich, sąsiedztwa i wspólnot lokalnych w budowaniu gotowości kryzysowej.
To zasadnicza różnica podejść i rozwiązań.
Dojrzałe państwo nie pyta lokalnych liderów i organizacji dopiero podczas katastrofy: „Czy możecie nam teraz pomóc?”. Dojrzałe państwo wcześniej rozpoznaje ich potencjał, określa role, zawiera porozumienia i szkoli ludzi. Odpowiada, organizuje i pośrednio prowadzi wspólne ćwiczenia, zapewnia komunikację, finansuje gotowość, i włącza partnerów społecznych do planowania.
Czego powinien wymagać trzeci sektor?
Nowy Program Ochrony Ludności i Obrony Cywilnej powinien przewidywać:
- realny udział organizacji społecznych w projektowaniu systemu;
- stałą reprezentację NGO w strukturach ochrony ludności i zarządzania kryzysowego;
- formalne włączenie sołectw w system lokalnej odporności;
- udział sołtysów w gminnych zespołach zarządzania kryzysowego;
- szkolenia i ćwiczenia dla lokalnych liderów;
- rozwijanie Ochotniczych Straży Humanitarnych i innych form przygotowanego wolontariatu kryzysowego;
- wspólne ćwiczenia służb, samorządów, organizacje pozarządowe, sołtysów i mieszkańców;
- lokalne mapowanie zasobów, kompetencji i potrzeb;
- wykorzystanie świetlic i innych obiektów lokalnych jako punktów wsparcia;
- procedury komunikacji na wypadek awarii internetu i telefonii;
- finansowanie stałej gotowości, a nie tylko działań podejmowanych podczas kryzysu;
- możliwość realizowania przez organizacje projektów wieloletnich;
- przywrócenie wyraźnej puli środków Programu przeznaczonej dla organizacji pozarządowych.
OSP są niezwykle ważne. Ale społeczeństwo obywatelskie nie kończy się na strażach pożarnych. Mamy organizacje humanitarne, senioralne, harcerskie, edukacyjne, psychologiczne, ekologiczne, pomocowe i sąsiedzkie. Mamy sołtysów, koła gospodyń wiejskich, kluby sportowe, świetlice, parafie, przedsiębiorców i grupy nieformalne. Mamy ludzi, którzy znają teren, mieszkańców oraz lokalne potrzeby.
Jako sołtys, obywatel i człowiek uważnie przyglądający się rzeczywistości widzę ten potencjał niemal codziennie. Jako osoba kierująca lokalną fundacją widzę również, że organizacje są gotowe brać odpowiedzialność, budować kompetencje i organizować mieszkańców. Muszą jednak być potraktowane jak partnerzy, a nie jak rezerwuar bezpłatnej pracy uruchamiany w ostatniej chwili.
Widzę też, jak łatwo cały ten potencjał pozostaje niewykorzystany, ponieważ państwowy system nie potrafi go nazwać, przygotować ani włączyć do swoich struktur.
Pomijanie tego potencjału nie jest oszczędnością. Jest marnowaniem jednego z najważniejszych zasobów bezpieczeństwa państwa.
Odporności społecznej nie buduje się bez społeczeństwa. Obrony cywilnej nie tworzy się bez obywateli. Bezpieczeństwa wsi nie da się organizować bez sołectw i sołtysów. Wolontariatu kryzysowego nie można opierać wyłącznie na spontanicznym zrywie.
A prawdziwego systemu nie buduje się z pominięciem ludzi i organizacji, które na co dzień są najbliżej mieszkańców.
Źródła i materiały
- Małgorzata Łojkowska, „Powstaje nowy Program Ochrony Ludności. Organizacje chcą prawdziwych konsultacji”, ngo.pl.
- Dawid Sześciło, „Czy ktoś zapomniał o sołtyskach i sołtysach?”, Fundacja im. Stefana Batorego.
- „Czy ktoś zapomniał o sołtyskach i sołtysach? Analiza i broszura o roli sołectw w systemie ochrony ludności”, akcja Masz Głos.
- „Jak włączać sołectwa w zarządzanie kryzysowe i budowanie lokalnej odporności?”, akcja Masz Głos.
- „Ochotnicza Straż Humanitarna pod patronatem Sieci Mapuj Pomoc!”, Mapuj Pomoc.
- Materiały Fińskiego Komitetu Bezpieczeństwa dotyczące bezpieczeństwa kompleksowego oraz współpracy administracji, organizacji, przedsiębiorstw i obywateli.
- Materiały szwedzkiej administracji odpowiedzialnej za obronę cywilną, odporność społeczną i udział dobrowolnych organizacji obronnych.
- Materiały norweskiej Dyrekcji Ochrony Ludności i Planowania Kryzysowego dotyczące przygotowania mieszkańców, wspólnot lokalnych i organizacji wolontariackich.
Dodaj informację do portalu ngo.pl!
Czekamy na Twój artykuł, komentarz, wywiad czy relację. Dotrzyj ze swoją informacją do tysięcy osób, które czytają ngo.pl.
-
●Dorota Setniewska, ngo.pl
-
●Anna Mucha, Stowarzyszenie MOST
-
●Anna Mucha, Stowarzyszenie MOST
-
●Iwona Danilewicz