Nie musisz być grzeczną liderką. Odwaga to gotowość do działania w swoim stylu [wywiad]
Czy liderka musi być opanowana, dyplomatyczna i zawsze wiedzieć, co robić? Paulina Piórkowska członkini zarządu Fundacji Kuchnia Konfliktu przekonuje, że nie ma jednego przepisu na liderstwo. Opowiada o swojej drodze od aktywizmu do zarządzania organizacją, o wypaleniu, które może dotknąć nawet najbardziej zaangażowane osoby i o tym, dlaczego czasami najważniejszą decyzją liderki jest powiedzenie zespołowi: „Jest siedemnasta. Idziemy do domu”.
Katarzyna Bryczkowska: – Pamiętasz moment, w którym poczułaś, że jesteś liderką?
Paulina Piórkowska: – Długo w ogóle nie używałam tego słowa. Działam społecznie od około dziesięciu lat. Zaczynałam od sztuki, działań partycypacyjnych ze społecznościami lokalnymi, później pracowałam z migrantkami i osobami uchodźczymi. Dopiero kiedy weszłam w struktury trzeciego sektora, zaczęłam spotykać się z pojęciem liderki.
Kiedy dostałam pytania do naszej rozmowy, długo zastanawiałam się nad tym pierwszym. Rozmawiałam nawet z mamą. Przypomniała mi, że pierwszą uwagę w szkole dostałam już pierwszego dnia. A mój pierwszy protest? Przed supermarketem, przeciwko zabijaniu karpi przed świętami. Rodzina musiała mnie stamtąd zabierać, żebym zdążyła na Wigilię!
Od dziecka miałam tak, że kiedy widziałam krzywdę albo niesprawiedliwość, chciałam reagować. Nie zastanawiałam się, czy to jest właściwe zachowanie liderki. Po prostu działałam.
Ogromne znaczenie w moim życiu miały kobiety z mojej rodziny. Były to silne, zdeterminowane kobiety, które ciężko pracowały, by zapewnić sobie i swoim bliskim lepsze życie. Nie dorastałam w środowisku, w którym prowadzono intelektualne dyskusje o prawach człowieka czy przywództwie. Było w nim jednak wiele empatii, wrażliwości i zrozumienia dla drugiego człowieka. Zawsze też spotykałam się ze zrozumieniem dla mojej potrzeby działania i ciągłego wymyślania czegoś nowego.
Czyli odwaga była w Tobie wcześniej niż świadomość bycia liderką. A dlaczego tak długo nie chciałaś się nią nazywać?
– Bo miałam w głowie pewien obraz liderki, do którego zupełnie nie pasowałam. I myślę, że wiele kobiet ma podobnie. Wydaje nam się, że liderka powinna być opanowana, świetnie wykształcona, posługiwać się odpowiednim językiem, umieć rozmawiać z instytucjami, politykami, grantodawcami. Powinna być dyplomatyczna, dobrze się prezentować, zawsze wiedzieć, co powiedzieć.
A ja? Dużo mówię, macham rękami, czasami mówię chaotycznie. Przez lata słyszałam, że jestem za głośna, za bardzo emocjonalna, że może powinnam trochę spokojniej. Pamiętam jeden z pierwszych wywiadów, kiedy pomyślałam: nie będę przestawała machać rękami. Taka jestem!
Przez dużą część życia pracowałam bezpośrednio z ludźmi, często w trudnych warunkach. Nie skończyłam studiów magisterskich, nie mam doktoratu. Bardziej ciągnęło mnie do działania niż do siedzenia na zajęciach. I przez pewien czas zastanawiałam się, czy to nie oznacza, że nie jestem wystarczająco dobrą liderką.
W którymś momencie powiedziałam sobie:
nie. Mam wiedzę, doświadczenie, potrafię działać. Moja wiedza jest w dużej mierze praktyczna, ale przecież nie jest przez to mniej wartościowa.
Czyli odwaga wiąże się też z kwestionowaniem tego, co już znamy w trzecim sektorze?
– Tak. I nie chodzi o odrzucanie doświadczeń innych osób. Wręcz przeciwnie, bardzo cenię wiedzę starszych koleżanek, liderek, osób, które budowały ten sektor, ale musimy mieć możliwość tworzenia własnych modeli organizacji i przywództwa.
W Kuchni Konfliktu próbujemy połączyć aktywizm, działania pomocowe i formalne zarządzanie, to nie jest łatwe. Mamy obowiązki finansowe, organizacyjne, odpowiadamy za ludzi, a jednocześnie nie chcemy stracić naszej aktywistycznej tożsamości.
Nie chcemy też funkcjonować według modelu, w którym organizacja staje się całym życiem osób w niej pracujących, dlatego korzystamy z dostępnych narzędzi, uczymy się, ale też dajemy sobie prawo do odrzucania rozwiązań, które nam nie odpowiadają.
To jest proces. Nie mamy gotowej recepty i pewnie nigdy jej nie będziemy miały.
Co daje Ci siłę, kiedy mimo ogromnego zaangażowania nie widzisz zmiany na poziomie systemowym?
– Relacje i wspólnota. Zdecydowanie. Codziennie mierzymy się z bardzo trudnymi sytuacjami. Z przemocą systemową, deportacjami, kryzysami humanitarnymi, mową nienawiści. Zdarza się, że mamy poczucie ogromnej bezsilności, ale jednocześnie widzimy konkretne historie osób, którym udało się pomóc.
Prowadzimy w Warszawie Dom Interwencyjny dla osób z doświadczeniem migracji i uchodźstwa. Pamiętam mężczyznę, którego znalazłyśmy w bardzo trudnej sytuacji. Nieuczciwy pracodawca z dnia na dzień pozbawił go pracy i wynagrodzenia. Nie miał gdzie mieszkać. Trafił do naszego domu. Na początku był w takim stanie, że niemal nie patrzył ludziom w oczy. Po dwóch miesiącach zaczął odbudowywać swoje życie i zbierać pieniądze na dokończenie kwalifikacji zawodowych. Co więcej, kiedy spotkał inną osobę w kryzysie bezdomności, skierował ją do nas po pomoc, to są te małe historie sukcesu, o których musimy sobie przypominać.
W Domu Interwencyjnym mamy też zwykłe codzienne sytuacje. Ktoś upiekł ciasto, mieszkańcy układają razem puzzle, przesyłają nam zdjęcie, na którym widać, że są szczęśliwi, to może wydawać się drobiazgiem, ale dla nas ma ogromne znaczenie.
Mówiłaś też, że bardzo ważne jest dla Was budowanie relacji z lokalną społecznością.
– Tak, bo prawdziwa zmiana społeczna dzieje się również w takich codziennych relacjach. Kiedy otwierałyśmy Dom Interwencyjny, w sąsiedztwie pojawiały się obawy. Ludzie zastanawiali się, kto będzie tam mieszkał i jak to wpłynie na ich otoczenie.
Dziś jesteśmy częścią tej społeczności. Przygotowujemy się do kolejnego wspólnego okresu świątecznego, a na Halloween musimy pamiętać, żeby mieć odpowiednio dużo cukierków. W zeszłym roku dzieciaki zrobiły nam psikusa, bo nie dostały słodyczy! I to jest dla mnie piękne. Jesteśmy sąsiadami jak wszyscy inni.
Jeden z mieszkańców domu świetnie radził sobie z ogrodem. Zauważył to sąsiad i pomógł mu znaleźć pracę w firmie ogrodniczej. Tak właśnie rozumiem budowanie wspólnoty. Nie tylko jako organizowanie wydarzeń czy projektów, ale jako tworzenie relacji, w których ludzie zaczynają się wzajemnie wspierać.
Kiedy wokół jest tyle trudnych sytuacji, trzeba umieć dostrzegać te momenty. One przypominają nam, że nasza praca ma sens.
A jak dbasz o siebie? Czy znalazłaś własny sposób na zachowanie równowagi?
– Nie mam jednej recepty. I chyba właśnie pogodzenie się z tym było dla mnie ważnym odkryciem. Przez długi czas szukałam odpowiedzi na pytanie, jak być dobrą liderką i jak zachować balans. Dzisiaj wiem, że to wymaga uważności, czułości wobec siebie i umiejętności dostrzegania własnych potrzeb.
Współprowadzę Kuchnię Konfliktu z Jarmiłą. Bardzo się wspieramy. Czasami jedna drugiej musi powiedzieć: „Odpocznij. Nie pracuj weź dzień wolny”.
Ważna jest dla mnie sztuka, z której przecież wyszłam, i taniec. Ważne są relacje z innymi ludźmi, ale również możliwość przeżywania emocji, a nie ciągłego ich tłumienia. W pracy społecznej spotykamy się z bardzo trudnymi historiami. Nie da się przechodzić obok nich obojętnie. Kiedyś próbowałam po prostu działać dalej, niezależnie od tego, co się wydarzyło. Dzisiaj wiem, że trzeba pozwolić sobie na złość, smutek, bezradność i trzeba mieć wokół siebie ludzi, z którymi można o tym rozmawiać.
Czy spotykałaś się z sytuacjami, w których inni nie traktowali Cię poważnie jako liderki?
– Oczywiście. I to jest szczególnie trudne, kiedy jesteś młodą kobietą. Pamiętam spotkanie z przedstawicielami miasta, na którym miałam negocjować umowę dotyczącą współpracy. Przyszłam, usiadłam przy stole. Było lato, miałam odsłonięte tatuaże. Naprzeciwko mnie siedziało trzech mężczyzn. Minęło chyba piętnaście minut, aż w końcu zapytali: „No dobrze, ale kiedy przyjdzie ta liderka?”. Wstałam, przedstawiłam się i powiedziałam, że to właśnie na mnie czekają.
Byli w szoku. Miałam wtedy 26 lat. Nie pasowałam do ich wyobrażenia osoby, która będzie z nimi negocjować. Dopiero kiedy zaczęłam mówić i okazało się, że znam temat, mam wiedzę i konkretne propozycje, musieli potraktować mnie jako rozmówczynię. Byłam strasznie wkurzona. Ale paradoksalnie takie sytuacje dawały mi też paliwo do działania.
Przez lata doświadczałam również sytuacji, w których mój głos był ignorowany. Zdarzało się, że starsi mężczyźni po prostu nie odpowiadali na moje wiadomości czy propozycje. Jakby nie przyjmowali do wiadomości, że młodsza kobieta może być osobą ekspercką i liderską.
Dlatego tak ważna jest dla mnie odwaga do zajmowania przestrzeni. Do mówienia własnym głosem, nawet kiedy ktoś wolałby nas nie słyszeć.
Co w takim razie było największym zaskoczeniem, kiedy zaczęłaś formalnie zarządzać organizacją?
– Myślałam, że kiedy z działalności oddolnej, aktywistycznej przejdę do bardziej formalnej struktury, pewne rzeczy staną się łatwiejsze. Że kiedy pojawią się wynagrodzenia, procedury, podział obowiązków, będziemy lepiej chronione przed wypaleniem. Okazało się, że wcale nie.
Działamy na rzecz zmiany społecznej, ale ona często przychodzi bardzo powoli. Czasami wręcz widzimy regres. W październiku minęło dziesięć lat od początku masowych protestów dotyczących praw reprodukcyjnych kobiet w Polsce. I nadal walczymy o te same prawa. Podobnie jest z prawami osób uchodźczych, przeciwdziałaniem dyskryminacji czy pomocą osobom doświadczającym przemocy systemowej.
Kontekst społeczny i polityczny bardzo mocno wpływa na naszą pracę. Pojawia się kolejna sytuacja kryzysowa, kolejna potrzeba, kolejne osoby, którym trzeba pomóc. I bardzo łatwo wejść w przekonanie, że musimy reagować na wszystko. Zrozumiałam, że sama formalna struktura nie chroni przed wypaleniem. Musimy świadomie budować takie mechanizmy i kulturę organizacyjną, które pozwolą nam działać przez lata.
Wspomniałaś, że odwaga jest ważna. Ale czy odwagą może być także rezygnacja z działania?
– Zdecydowanie. I to jest chyba jedna z najważniejszych rzeczy, których się nauczyłam. W aktywizmie bardzo łatwo wpaść w przekonanie, że jeśli ja czegoś nie zrobię, to nikt inny tego nie zrobi. Sama długo tak funkcjonowałam. Praca społeczna i moje życie stawały się właściwie jednym.
Kiedy widzisz niesprawiedliwość, chcesz działać natychmiast. Nie zastanawiasz się, czy masz siłę, czy jest siedemnasta, czy masz wolny weekend, ale nie jesteśmy w stanie same zmienić systemu. Nawet jeśli wkładamy w to ogromną energię. Czasami na rezultaty trzeba czekać wiele lat, a czasami zmiana w ogóle nie następuje w takim kształcie, jakiego oczekujemy.
Sama doświadczyłam wypalenia na styku dwóch kryzysów humanitarnych: sytuacji na granicy polsko-białoruskiej i pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę. Widziałam też świetne organizacje i liderki, które nie wytrzymały tego obciążenia i całkowicie odeszły z działalności społecznej.
Dlatego dzisiaj myślę o odwadze również jako o umiejętności powiedzenia: nie damy rady zrobić wszystkiego. Musimy wybrać.
Jak to wygląda w praktyce?
– Na przykład tak, że o siedemnastej mówimy zespołowi: „Słuchajcie, rozumiem, że serce wyrywa was do działania, ale jest koniec pracy. Idziemy do domu”. Może to brzmieć banalnie, ale w trzecim sektorze wcale nie jest oczywiste. Uczymy się tego w Kuchni Konfliktu.
Przeprowadziłyśmy diagnozę naszego funkcjonowania, pracujemy nad zasadami dotyczącymi dobrostanu, planujemy długoterminowe rozwiązania związane ze wsparciem i superwizją. Chcemy stworzyć kulturę organizacji, w której zaangażowanie nie oznacza dyspozycyjności przez całą dobę.
Czasami musimy odmówić pomocy albo zrezygnować z jakiegoś działania, choć jest ono dla nas bardzo ważne. Bo jeśli teraz wykorzystamy wszystkie siły i zasoby, za pół roku możemy już nie mieć możliwości wspierania kogokolwiek, to jest dla mnie odpowiedzialność liderki. Nie tylko za realizację misji, ale też za bezpieczeństwo i dobrostan ludzi, z którymi pracuje.
A czy łatwo jest powiedzieć „nie” grantodawcy, partnerowi albo bardziej doświadczonej organizacji?
– Nie, to bywa bardzo trudne. Szczególnie w sektorze, w którym pieniądze najczęściej pojawiają się wraz z kolejnymi projektami. Od lat słyszymy, że powinnyśmy rozszerzać zespół, realizować nowe przedsięwzięcia, angażować się w kolejne obszary. Często są to propozycje atrakcyjne finansowo, a my czasami mówimy: nie.
Myślę, że przez takie decyzje straciłyśmy sporo możliwości dofinansowania czy współpracy, ale wiemy też, w czym jesteśmy dobre, jakie potrzeby znamy najlepiej i co jesteśmy w stanie zrobić bez narażania zespołu na przeciążenie. Nie chcemy przyjmować rozwiązania tylko dlatego, że proponuje je ktoś z większym doświadczeniem albo instytucja, od której zależy finansowanie.
Mam zresztą bardzo ambiwalentną relację z autorytetami. Uwielbiam ich wiedzę, chciałabym się od nich jak najwięcej uczyć. Ale jednocześnie nie chcę, żeby mówiły mi, że istnieje jeden właściwy przepis na działanie. Czasami trzeba mieć odwagę powiedzieć: „Dziękujemy, ale my widzimy to inaczej. Mamy inną propozycję”.
Co powiedziałabyś kobiecie, która chce mieć większy wpływ na otoczenie, ale jeszcze nie wierzy w siebie jako liderkę?
– Przede wszystkim: nie rób tego sama. Znajdź osoby, z którymi łączą Cię wartości, którym ufasz i z którymi możesz budować wspólne działania. Nie musicie zgadzać się we wszystkim. Ważne, żebyście potrafiły się słuchać i wzajemnie wspierać. Nie pozwól sobie wmówić, że musisz być jakaś konkretna. Że jesteś za głośna, za spokojna, za mało dyplomatyczna, za mało wykształcona.
Nie daj się zamknąć w cudzym wyobrażeniu o liderce.
Zachęcałabym też do odwagi w kwestionowaniu rzeczywistości. Często słyszymy: „Ale takie jest prawo”, „Tak się zawsze robiło”, „Tego nie da się zmienić”, a przecież historia pokazuje, że prawo i normy społeczne mogą być niesprawiedliwe. Kiedyś kobiety nie miały praw wyborczych, istniała legalna segregacja rasowa. Gdyby wszyscy uznawali, że obowiązujących zasad nie wolno kwestionować, żadna zmiana nie byłaby możliwa.
Jednocześnie do odwagi dodałabym pokorę i dystans do siebie. Nie musimy mieć racji we wszystkim. Powinnyśmy słuchać innych, uczyć się i korzystać z doświadczeń osób, które działają dłużej.
A o czym powinny pamiętać liderki, które mają już doświadczenie i pozycję w organizacjach?
– Żeby nie trzymać tej pozycji tylko dla siebie. W Kuchni Konfliktu, mimo że jesteśmy stosunkowo młodym zarządem, już myślimy o sukcesji, o tym, jak dzielić się wiedzą i odpowiedzialnością, jak przygotowywać inne osoby do przejmowania działań, bo nie jesteśmy niezastąpione. Możemy się wypalić, zachorować, zmienić pracę, a organizacja i jej misja powinny móc funkcjonować dalej.
Dostajemy wiele wiadomości od osób, które chcą działać społecznie i uważam, że naszym zadaniem jest tworzyć im przestrzeń, a nie zniechęcać.
Trzeba też zaakceptować, że nie wszystkie organizacje będą działały tak samo. My angażujemy się również w protesty i demonstracje solidarnościowe. Inne organizacje mogą wybierać inne metody, to nie oznacza, że tylko nasz sposób jest właściwy.
Potrzebujemy różnorodnych organizacji i różnorodnych liderek.
I jeszcze coś bardzo ważnego: ja dużo mówię o odwadze, o zabieraniu przestrzeni, o tym, że jestem ekspresyjna i potrafię być głośna. Ale nie chcę, żeby jakaś kobieta po przeczytaniu tego wywiadu pomyślała, że ona też musi taka być. Można być liderką spokojną, cichą, wyciszoną. Można mieć zupełnie inny styl. Moja ekspresja nie powinna odbierać przestrzeni innym kobietom.
Nie ma jednego przepisu na liderkę. I właśnie dlatego każda z nas może znaleźć własną drogę.
Odkryj swój potencjał liderski z ElevatHER
Odwaga, znajomość własnych mocnych stron, umiejętność współpracy i dbania o siebie to kompetencje, które można świadomie rozwijać.
W projekcie ElevatHER – Overcoming the Gender Power Gap przygotowaliśmy bezpłatne narzędzia edukacyjne dla kobiet, które chcą wzmacniać swój potencjał liderski i działać społecznie w zgodzie ze swoimi wartościami.
Aplikacja mobilna: https://boris.org.pl/elevather-bezplatna-aplikacja-rozwojowa-dla-kobiet/
Kursy online: https://lp.elevather.eu/course-category/polish/
Projekt ElevatHER jest współfinansowany przez Unię Europejską.
Dodaj informację do portalu ngo.pl!
Czekamy na Twój artykuł, komentarz, wywiad czy relację. Dotrzyj ze swoją informacją do tysięcy osób, które czytają ngo.pl.
-
Dorota Setniewska, ngo.pl
-
Stowarzyszenie Nowoczesnej Edukacji Prawnej
-
Ela Bajda, Stowarzyszenie Miłosierdzia św. Wincentego à Paulo w Sopocie
-
Dorota Setniewska, ngo.pl