Poza własną bańką. Jak queerowa organizacja weszła w edukację globalną? [wywiad]
O tym, dlaczego doświadczenia osób LGBTQ+ są częścią globalnych współzależności, co się dzieje, gdy organizacja wychodzi poza swój temat i dlaczego nie wszystko trzeba „dowieźć” za wszelką cenę – rozmawiamy z Julią Włodarską i Dorotą Świechowicz ze Stowarzyszenia Równik.
Katarzyna Salejko: – Wasza organizacja działa głównie na rzecz społeczności queerowej. Skąd pomysł, żeby wejść w edukację globalną?
Julia Włodarska: – To rzeczywiście nie był dla nas oczywisty kierunek. Od lat działamy w Toruniu i regionie, prowadzimy Centrum Społecznościowe Równik, organizujemy działania integracyjne i edukacyjne, Marsz Równości. Natomiast ten projekt pojawił się trochę z potrzeby spróbowania czegoś nowego i sprawdzenia się w temacie, który wcześniej był raczej obok naszych działań.
W zespole miałyśmy doświadczenie w prowadzeniu projektów, ale też osoby, które wcześniej pracowały z edukacją globalną, więc pomyślałyśmy, że możemy spróbować to połączyć – nawet jeśli to oznaczało wyjście poza dobrze znany grunt.
I co się okazało, kiedy zrobiłyście ten krok?
J.W.: – Że te światy wcale nie są od siebie odległe. Punktem wyjścia było dla nas to, że osoby LGBTQ+ należą do grup szczególnie narażonych na wykluczenie i marginalizację w wielu częściach świata. A w sytuacjach kryzysowych – takich jak wojny, przymusowe migracje czy skutki zmian klimatu – te nierówności się pogłębiają.
To pozwoliło nam połączyć perspektywę równościową z edukacją globalną, która analizuje globalne współzależności oraz przyczyny nierówności – i zobaczyć, że to bardzo naturalne połączenie.
Czyli intersekcjonalność w praktyce. Tylko co to właściwie znaczy?
Dorota Świechowicz: – Dla nas intersekcjonalność to po prostu patrzenie na to, że różne doświadczenia nierówności się na siebie nakładają. To znaczy, że ktoś nie doświadcza tylko jednej formy wykluczenia, na przykład ze względu na orientację czy tożsamość płciową. Często nakładają się na to także płeć, pochodzenie, sytuacja ekonomiczna czy migracyjna.
To jest bardzo bliskie edukacji globalnej, która pokazuje, że zjawiska na świecie są ze sobą powiązane i nie da się ich analizować w izolacji. Kiedy mówimy o globalnych współzależnościach, to tak naprawdę mówimy właśnie o tym, jak różne systemy – społeczne, ekonomiczne, polityczne – wpływają na siebie i na życie konkretnych ludzi.
Intersekcjonalność pozwala to zobaczyć na poziomie doświadczenia. Pokazuje, że globalne procesy – takie jak migracje czy zmiany klimatu – nie dotyczą wszystkich w ten sam sposób, tylko inaczej wpływają na różne grupy.
Na przykład przyglądałyśmy się sytuacji osób LGBTQ+ w migracji, temu, że oprócz samego doświadczenia uchodźczego pojawiają się dodatkowe ryzyka: przemoc, brak uznania tożsamości czy trudności w dostępie do procedur ochrony. Rozmawiałyśmy też o tym, jak polityki migracyjne wpływają na możliwość uzyskania wsparcia przez osoby queerowe.
Podobnie jest z kryzysem klimatycznym – on nie dotyka wszystkich tak samo. Na przykład osoby LGBTQ+ w regionach dotkniętych klęskami żywiołowymi często trafiają do tymczasowych schronień, w których nie czują się bezpiecznie albo nie mają możliwości funkcjonowania zgodnie ze swoją tożsamością. Do tego dochodzi brak dostępu do sieci wsparcia i usług, co sprawia, że skutki kryzysu są dla nich dużo bardziej dotkliwe.
I w tym sensie intersekcjonalność bardzo dobrze łączy się z edukacją globalną, bo pomaga zobaczyć, że także takie ramy jak Cele Zrównoważonego Rozwoju nie działają osobno.
Te obszary się przenikają i wpływają na siebie. Kiedy widzimy ich powiązania, łatwiej zrozumieć rzeczywistość i sensowniej na nią reagować.
Mówicie o prawach osób LGBTQ+ w kontekście kolonializmu i jego skutków – to nie jest oczywiste połączenie. Dlaczego uznałyście, że warto je wprowadzić?
D.Ś.: – Nie chciałyśmy zatrzymywać się na uproszczeniu, że sytuacja osób LGBTQ+ wynika tylko z tak zwanej „lokalnej kultury”. Często mówi się na przykład, że w wielu krajach afrykańskich osoby queerowe są prześladowane – i to jest prawda, bo w niektórych państwach, jak Uganda czy Nigeria, relacje czy akty homoseksualne są kryminalizowane, a obowiązujące przepisy przewidują bardzo surowe kary.
Rzadziej mówi się natomiast o tym, że wiele z tych regulacji pochodzi jeszcze z czasów kolonialnych, kiedy europejskie państwa narzucały swoje prawo, i że w zmienionej formie obowiązują one do dziś.
Kolonializm wpływał też szerzej – na normy społeczne i sposób rozumienia płci. W wielu społecznościach przed okresem kolonialnym funkcjonowały bardziej zróżnicowane tożsamości i role płciowe, które nie mieściły się w dzisiejszym, binarnym podziale. Dopiero kolonialne systemy prawne i społeczne zaczęły narzucać sztywne normy, marginalizując te wcześniejsze formy ekspresji.
Jak przełożyłyście te tematy na konkretne działania w projekcie?
J.W.: – Projekt był rozpisany na kilka etapów, ale jego sercem były całodniowe zjazdy szkoleniowe prowadzone w formule warsztatowej. W ich trakcie przechodziłyśmy od rozmowy o globalnych współzależnościach i podziale na Globalną Północ i Południe, przez pracę ze stereotypami i tożsamością, aż po tematy solidarności i reagowania na dyskryminację.
Bardzo świadomie sięgałyśmy po różne metody – pracę w grupach, scenariusze sytuacyjne, dyskusje – bo zależało nam, żeby osoby uczestniczące nie tylko „usłyszały” te treści, ale mogły się nimi realnie skonfrontować i zobaczyć, jak działają w praktyce.
Równolegle prowadziłyśmy też cykl webinariów – początkowo planowanych jako zamknięte, ale szybko otwartych dla szerszej publiczności. Rozmawiałyśmy tam między innymi o tym, czy prawa osób LGBTQ+ to „tylko Zachód”, o dekolonializacji czy o sytuacji osób queerowych w migracji.
Równolegle dzieliłyśmy się tym, co robimy, w mediach społecznościowych: wrzucałyśmy krótkie posty, materiały i relacje z działań. Zależało nam, żeby projekt nie zostawał tylko z uczestnikami, ale docierał też do innych.
A miniprojekty społeczne? Na czym one miały polegać?
J.W.: – To był element, który miał połączyć wiedzę z działaniem. Zakładałyśmy, że uczestnicy i uczestniczki w małych grupach zaprojektują i zrealizują własne działania w swoich lokalnych środowiskach. To mogły być inicjatywy edukacyjne i aktywistyczne, na przykład warsztaty, materiały czy działania społeczne.
Ten etap był zaplanowany jako proces: najpierw wspólne wypracowanie pomysłów na jednym ze zjazdów, potem praca między spotkaniami, przy wsparciu mentorki i w kontakcie z nami.
I tu pojawiły się największe trudności. Na zajęciach grupa pracowała bardzo intensywnie, ale poza nimi było trudniej utrzymać współpracę. Część osób się wycofywała, część nie miała czasu, część działała bardziej indywidualnie niż zespołowo.
Niektóre rzeczy jednak powstały, na przykład materiały edukacyjne czy zin, który uczestnicy chcą dalej rozwijać. Ale jako całość ten element nie zadziałał tak, jak planowałyśmy.
Zastanawiałyśmy się, czy bardziej „cisnąć” i pilnować realizacji, ale ostatecznie uznałyśmy, że
ważniejsze jest utrzymanie relacji i zaangażowania niż dowiezienie wszystkiego za wszelką cenę.
To dość odważna decyzja – w projektach często chodzi o „dowiezienie” wszystkiego.
J.W.: – My miałyśmy poczucie, że ważniejsze jest, żeby projekt był sensowny i coś ludziom dawał, niż żeby wszystkie wskaźniki były wypełnione w stu procentach.
Zresztą to była dla nas ważna lekcja: nawet jeśli po naszej stronie wszystko jest dopięte, nie na wszystko mamy wpływ. I że czasem odpuszczenie kontroli jest zdrowsze niż ciągłe pilnowanie.
Co w takim razie uznajecie za największy sukces projektu?
J.W.: – Na pewno szkolenia. Były bardzo dobrze oceniane, grupa była zaangażowana, ludzie pracowali intensywnie i widać było zmianę w sposobie myślenia.
Zostaje też to, że część osób dalej działa w obszarze edukacji globalnej. Mamy z nimi kontakt, dzielą się wydarzeniami, reagują. Pojawiły się też głosy, że ktoś chciałby dalej działać jako edukator czy edukatorka.
A co ten projekt dał wam jako organizacji?
J.W.: – Na pewno doświadczenie wyjścia poza własną specjalizację i przekonanie się w praktyce, że to jest możliwe, ale też dużo bardziej wymagające, niż się spodziewałyśmy.
To był dla nas trudny projekt, momentami bardzo stresujący. Szczególnie na etapie rekrutacji i pracy z grupą, kiedy nie wszystko szło tak, jak planowałyśmy i musiałyśmy się mierzyć z poczuciem, że nie mamy pełnej kontroli nad tym procesem.
Z perspektywy czasu widzimy, że to było bardzo ważne doświadczenie. Oswoiłyśmy się z tym, że wychodzenie poza własną bańkę zawsze wiąże się z niepewnością – i że to jest okej.
W takich momentach równie ważna jak plan jest umiejętność radzenia sobie z napięciem, kiedy rzeczy nie idą idealnie.
I chyba bardziej zaufałyśmy procesowi. Nawet jeśli coś nie idzie dokładnie tak, jak zakładałyśmy na początku, to nie znaczy, że to było bez sensu.
Mimo trudności czujemy dziś większą gotowość, żeby dalej wychodzić poza naszą bańkę – tylko już z większą świadomością, z czym to się wiąże.
Na koniec – co inne organizacje mogą wziąć z waszego doświadczenia?
J.W.: – Z naszego doświadczenia wynika, że warto patrzeć szerzej i łączyć tematy, które na pierwszy rzut oka wydają się odległe, bo w praktyce prawa człowieka, migracje, kryzys klimatyczny i równość bardzo szybko się ze sobą splatają.
Nie trzeba porzucać swojej ekspertyzy, żeby wejść w nowe obszary. Wręcz przeciwnie: to, co już wiemy i czym się zajmujemy, może być bardzo wartościowym punktem wyjścia. Chodzi raczej o to, żeby tę perspektywę poszerzać, dokładać do niej kolejne wątki i sprawdzać, jak ona działa w innych kontekstach.
W naszym przypadku to była perspektywa queerowa i okazało się, że ona wnosi bardzo ważny, często pomijany element do edukacji globalnej. W tych tematach nadal stosunkowo rzadko mówi się o doświadczeniach osób LGBTQ+, a przecież one są częścią globalnych procesów i kryzysów. Organizacja, która ma w tym obszarze doświadczenie, może tę perspektywę wnieść w sposób naturalny i wiarygodny – nie jako dodatek, ale jako integralną część opowieści o świecie.
Myślę, że to jest coś, co można przenieść na inne obszary działania – żeby nie zamykać się w jednym temacie, tylko szukać połączeń i zobaczyć, jak nasze doświadczenie i wiedza mogą realnie poszerzać sposób myślenia o innych obszarach.
I też żeby się tego nie bać, bo to nie musi oznaczać zaczynania od zera, tylko rozwijanie tego, co już mamy.
Rozmawiała: Katarzyna Salejko.
Projekt „Globalne Połączenia” został dofinansowany w ramach programu grantowego „Connect for Global Change”, finansowanego ze środków Komisji Europejskiej w ramach unijnego Programu DEAR (ang. Development Education and Raising Awareness). Implementacja programu grantowego „Connect for Global Change” w Polsce jest współfinansowana ze środków budżetu państwa w ramach polskiej współpracy rozwojowej Ministerstwa Spraw Zagranicznych Rzeczypospolitej Polskiej. Operatorem programu jest Grupa Zagranica.
Niniejsza publikacja jest współfinansowana przez Unię Europejską. Odpowiedzialność za jej treść ponosi wyłącznie Grupa Zagranica. Treść ta niekoniecznie odzwierciedla stanowisko Unii Europejskiej.
Niniejsza publikacja jest współfinansowana w ramach polskiej współpracy rozwojowej Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP. Publikacja wyraża wyłącznie poglądy autorki i uczestniczki wywiadu i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych Rzeczypospolitej Polskiej.
Źródło: Grupa Zagranica
Dodaj informację do portalu ngo.pl!
Czekamy na Twój artykuł, komentarz, wywiad czy relację. Dotrzyj ze swoją informacją do tysięcy osób, które czytają ngo.pl.
-
Dagmara Szastak
-
Galeria Apteka Sztuki ZAZ