„Na metce widzimy tylko fragment historii”. O łańcuchach dostaw z perspektywy edukacji globalnej [wywiad]
Rozmowa z Dominiką Kućmierczyk ze Stowarzyszenia Jeden Świat o projekcie „Siła Połączeń”, finansowanym w ramach programu Connect for Global Change.
Grupa Zagranica: – Łańcuchy dostaw brzmią jak temat z podręcznika ekonomii, a nie z projektu edukacyjnego. Skąd pomysł, żeby się nim zająć?
Dominika Kućmierczyk: – Bo brzmi abstrakcyjnie, a tak naprawdę dotyka codziennych wyborów, które wszyscy podejmujemy. Każda rzecz, którą kupujemy, ma swoją historię: ktoś ją wyprodukował, ktoś ją przewiózł, ktoś na niej zarobił albo nie zarobił wystarczająco. A jednocześnie większość z nas tej historii nie zna.
Projekt „Siła Połączeń” wyrósł z potrzeby pokazania tych zależności. Chciałyśmy spojrzeć na łańcuchy dostaw bardziej jak na sieć relacji – między ludźmi, miejscami i decyzjami, a nie tylko schemat ekonomiczny. I jednocześnie pokazać, że istnieją alternatywy: że można je skracać i czynić bardziej sprawiedliwymi.
Jak wyglądał ten projekt w praktyce – co dokładnie się w nim działo?
– Projekt był rozpisany na kilka etapów. Zaczęłyśmy od szkoleń dla osób nauczycielskich i edukatorskich, bo to one później mogą przekazywać tę wiedzę dalej.
Podczas szkoleń przyglądaliśmy się globalnym łańcuchom dostaw na konkretnych przykładach – żywności, elektroniki i mody – i zastanawialiśmy się, jak o tym uczyć w bardziej angażujący sposób. Pracowaliśmy metodami edukacji pozaformalnej, mocno opartymi na praktyce.
Potem osoby uczestniczące organizowały własne działania edukacyjno-informacyjne, głównie w ramach Tygodnia Edukacji Globalnej. To były warsztaty, debaty, wystawy, a czasem działania tworzone razem z młodzieżą.
Ważną częścią projektu był też hackathon (intensywne warsztaty, podczas których wypracowuje się pomysły działań - przyp. red.).
Całość była pomyślana jako proces: od zdobywania wiedzy, przez jej wspólne przetwarzanie, aż po przekazywanie jej dalej.
Wspomniałaś o hackathonie. Co właściwie tam robiliście?
– Pracowaliśmy bardzo praktycznie. Uczestnicy i uczestniczki wybierali konkretne produkty i próbowali dowiedzieć się o nich jak najwięcej.
Sprawdzali metki i etykiety, informacje dostępne na stronach firm. Analizowali też, kto jest właścicielem marki i jak wygląda jej zaplecze. Szukali tego, co można ustalić, ale też tego, czego nie da się zobaczyć. To było takie mini-śledztwo: skąd pochodzi produkt, kto na nim zarabia i jakie elementy tego procesu pozostają niewidoczne.
Brzmi trochę jak praca detektywistyczna. Od czego zaczyna się takie „śledztwo”?
– Najczęściej od bardzo prostych rzeczy – od tego, co mamy w ręku. Czyli od metki. To jest pierwszy trop: sprawdzamy, co jest na niej napisane, ale też czego na niej nie ma.
A czego tam nie ma?
– Na przykład informacji o warunkach pracy, pochodzeniu surowców czy całej drodze produktu. Nie ma tam też odpowiedzi na pytanie, co dzieje się z ubraniem później – kiedy przestaje być noszone.
I wtedy to „śledztwo” zaczyna się na dobre. Trzeba szukać dalej: na stronach firm, w raportach, w materiałach organizacji zajmujących się prawami pracowniczymi albo ochroną środowiska. Czasem są to też bardzo konkretne informacje o krajach produkcji: o tym, jakie warunki pracy tam panują albo jak wygląda dany sektor. I wtedy okazuje się, że historia produktu jest dużo bardziej złożona, niż sugeruje metka.
A co udało się w tych śledztwach rzeczywiście „wytropić”? Czy coś szczególnie Was zaskoczyło?
– Tak. Jedna z uczestniczek, która pochodzi z Bangladeszu, analizowała w trakcie tego ćwiczenia czekoladę Wedla. To jest marka, która w Polsce kojarzy się bardzo lokalnie – dla wielu osób wręcz „nasza”, symboliczna. Jedna z tych, które traktujemy jako oczywisty element polskiego rynku. W trakcie sprawdzania informacji o marce okazało się jednak, że Wedel należy do międzynarodowego koncernu, a jego właścicielem jest zagraniczna firma. I to był moment, który mnie samą zaskoczył. Nie miałam wcześniej tej świadomości.
To był prosty research, ale właśnie wtedy coś „klika”: zaczynamy widzieć, że nasza wiedza o markach często opiera się bardziej na skojarzeniach niż na tym, jak one naprawdę funkcjonują. I że to, co wiemy o produkcie, jest zwykle tylko fragmentem historii.
To jest ciekawe, że w projekcie o łańcuchach dostaw i odpowiedzialnej konsumpcji pojawiają się osoby z Bangladeszu – kraju, który dla wielu osób w Polsce funkcjonuje głównie jako napis „Made in Bangladesh” na metce. Co ich obecność wniosła do projektu?
– W hackathonie brały udział osoby z różnych krajów, w tym studentki i studenci z Bangladeszu, którzy studiują w Poznaniu zrównoważony rozwój i byli zainteresowani tym tematem. Ich obecność wniosła perspektywę, która w Polsce rzadko wybrzmiewa. Bangladesz często pojawia się na metkach ubrań, które kupujemy, ale rzadko zastanawiamy się nad tym, co się za tym kryje. Dzięki obecności tych osób rozmowa o łańcuchach dostaw przestawała być abstrakcyjna i zyskiwała bardzo konkretny wymiar.
Jedna z tych osób później sama poprowadziła warsztaty dotyczące produkcji czekolady i jej konsekwencji społecznych i środowiskowych, więc ta perspektywa była nie tylko obecna w projekcie, ale też dalej przekazywana.
Do rozmowy o globalnych łańcuchach dostaw zaprosiłyście też ekspertki i ekspertów z Kenii i Meksyku. Dlaczego to było dla was tak ważne?
– Bo bardzo łatwo jest mówić o globalnych łańcuchach dostaw wyłącznie z europejskiej perspektywy – nawet jeśli ma się dobre intencje. Wtedy często upraszczamy rzeczywistość albo opowiadamy o niej „z zewnątrz”.
Chciałyśmy, żeby w tej rozmowie wybrzmiały też głosy osób, które funkcjonują w tych łańcuchach na co dzień – tylko w innych ich częściach niż my. My najczęściej jesteśmy po stronie konsumpcji, one – bliżej produkcji, przetwarzania czy konsekwencji tych procesów.
Efektem były tzw. pigułki wiedzy, czyli krótkie materiały wideo i posty do mediów społecznościowych. W przypadku Kenii chodziło o temat wysypisk ubrań – ten ostatni etap łańcucha dostaw, o którym w Europie myśli się bardzo rzadko. Opowiadała o nim Janet Chemitei – edukatorka slow fashion, która w swojej pracy zajmuje się m.in. tym tematem i ma do takich miejsc realny dostęp.
Z kolei w przypadku Meksyku chodziło o kawę od Zapatystów jako przykład bardziej sprawiedliwego i etycznego podejścia do łańcucha dostaw. Ta pigułka była oparta na doświadczeniu Cynthii Ramirez Rios, która współpracuje z tymi społecznościami i wspiera dystrybucję ich kawy.
Co wnosi do tej rozmowy perspektywa osób z Globalnego Południa? Czego wcześniej nie było widać?
– Przede wszystkim zmienia punkt odniesienia. Kiedy pojawia się głos z innego miejsca w tym samym łańcuchu dostaw, trudniej zostać na poziomie ogólników. Widać to było choćby w materiale Janet Chemitei o wysypiskach odzieży w Kenii. Pokazuje tam Gikombę – największy targ odzieży używanej w tym kraju i w całej Afryce Wschodniej. Co roku trafia tam około 185 000 ton ubrań. W materiale widać też, co dzieje się z nimi dalej, kiedy nie znajdują już nabywców i trafiają na wysypiska.
Widzimy konkretne miejsca, warunki i decyzje. I zaczynamy rozumieć, że te procesy przestają być abstrakcyjne. Wręcz przeciwnie: są bardzo realne i mają swoje konsekwencje.
To było widać też w hackathonie. Osoby z Bangladeszu wnosiły bardzo konkretne przykłady i krytyczne spojrzenie, na przykład w rozmowie o tym, kiedy bojkot konsumencki faktycznie działa.
I to jest ważne, bo pokazuje, że osoby z Globalnego Południa nie są tylko „przykładami”, ale ekspertkami współtworzącymi tę opowieść.
Brzmi świetnie, ale wiele organizacji pomyśli: nie mamy takich kontaktów ani dużych budżetów. A u was to się wydarzyło w małym projekcie – jak w praktyce dotrzeć do takich osób?
– Da się to zrobić na różne sposoby i nie potrzeba do tego dużego budżetu. Jednym ze sposobów było korzystanie z własnej sieci kontaktów. Wiele z nas podróżuje albo ma znajomych w różnych częściach świata. Innym sposobem był po prostu Internet. Kenijską ekspertkę moja koleżanka obserwowała na Instagramie. Po prostu do niej napisała i to zadziałało.
To doświadczenie było dla mnie bardzo ważne, bo pokazało, że nawet mały projekt, z relatywnie niewielkim budżetem, może tworzyć wysokiej jakości edukację globalną. Taką, która nie tylko mówi o Globalnym Południu, ale realnie uwzględnia eksperckość osób z tych krajów i zaprasza je do współtworzenia materiałów edukacyjnych, które potem trafiają do polskich odbiorców.
Wszystkie te działania były skierowane do osób pracujących z młodymi – nauczycielek, edukatorów, animatorek. Docelowo jednak ta wiedza miała trafić do młodych osób. Co wiemy o tym, jak oni na te tematy reagowali?
– Tak. Od początku chodziło o to, żeby ta wiedza szła dalej. W szkoleniach i hackathonie brały udział głównie nauczycielki i edukatorzy, a ich rolą było przełożenie tego na działania w szkołach i swoich środowiskach. I to się wydarzyło: pojawiły się warsztaty, działania w ramach Tygodnia Edukacji Globalnej, praca ze stworzoną w projekcie wystawą plakatową. W jednej ze szkół działania trwały przez cały tydzień i zaangażowały dużą część społeczności.
Z ich relacji wynikało, że dla wielu młodych osób był to pierwszy kontakt z tym tematem. Najpierw pojawiało się zaskoczenie, a potem ciekawość – i to był kluczowy moment, kiedy zaczynało się zadawanie pytań.
Pojawiały się też pierwsze deklaracje zmiany nawyków konsumpcyjnych. To nie były spektakularne rzeczy, raczej małe kroki, ale właśnie od nich wszystko się zaczyna.
Jedna najważniejsza lekcja?
– Że w takich projektach nie da się wszystkiego zaplanować, a to, że coś nie wychodzi na początku, nie znaczy, że projekt nie ma sensu.
Na starcie mieliśmy duży problem z rekrutacją na szkolenie, więc pojawił się pomysł organizacji hackathonu, którego nie było w pierwotnym planie. Zrobiliśmy go trochę z potrzeby, a okazał się jednym z najbardziej wartościowych elementów projektu.
Podobnie jest z ludźmi – potrafią zaskoczyć. Zdarzało nam się, że osoby, po których początkowo najmniej się tego spodziewaliśmy, z czasem angażowały się najmocniej i rozwijały działania na całą szkołę. To nas nauczyło, żeby nie zakładać z góry, kto i w jaki sposób się włączy – i że ważniejsze od samego planu jest to, czy coś zaczyna żyć dalej.
Projekt "Siła Połączeń" został dofinansowany w ramach programu grantowego "Connect for Global Change", finansowanego ze środków Komisji Europejskiej w ramach unijnego Programu DEAR (ang. Development Education and Raising Awareness). Implementacja programu grantowego "Connect for Global Change" w Polsce jest współfinansowana ze środków budżetu państwa w ramach polskiej współpracy rozwojowej Ministerstwa Spraw Zagranicznych Rzeczypospolitej Polskiej. Operatorem programu jest Grupa Zagranica.
Niniejsza publikacja jest współfinansowana przez Unię Europejską. Odpowiedzialność za jej treść ponosi wyłącznie Grupa Zagranica. Treść ta niekoniecznie odzwierciedla stanowisko Unii Europejskiej.
Niniejsza publikacja jest współfinansowana w ramach polskiej współpracy rozwojowej Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP. Publikacja wyraża wyłącznie poglądy autorki i uczestniczki wywiadu i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych Rzeczypospolitej Polskiej.
Dodaj informację do portalu ngo.pl!
Czekamy na Twój artykuł, komentarz, wywiad czy relację. Dotrzyj ze swoją informacją do tysięcy osób, które czytają ngo.pl.
-
Galeria Apteka Sztuki ZAZ
-
Dorota Setniewska, ngo.pl