„Inność jest siłą”. O pamięci, wielokulturowości i żydowskim dziedzictwie Rzeszowa [wywiad]
Wiedza o przeszłości pozwala lepiej rozumieć miejsce, w którym żyjemy, ale także samych siebie. O tym, jak odkrywanie żydowskiej historii Rzeszowa doprowadziło do powstania Stowarzyszenia Rajsze, dlaczego warto przywracać pamięć o wielokulturowym dziedzictwie miasta i czego współczesne społeczeństwo może nauczyć się z historii, rozmawiamy z Grażyną Bochenek.
Marta Chowaniec: – Czy urodziła się Pani i wychowała w Rzeszowie?
Grażyna Bochenek: – Tak. Ale dorastając w Rzeszowie, tak naprawdę niewiele wiedziałam o jego historii. W szkole ta tematyka była nieobecna, w domu również nie. Moja mama zamieszkała w Rzeszowie już jako dorosła kobieta, a tato opowiadał raczej o swojej wsi, która dopiero po wojnie stała się dzielnicą miasta. Jeśli chodzi o Żydów to wiedziałam jedynie, że kiedyś tu mieszkali – ale nic ponad to.
Odkrywanie żydowskiego Rzeszowa przez historię kina
W jaki sposób Pani dotarła do żydowskiego Rzeszowa?
– Przez wiele lat byłam dziennikarką Radia Rzeszów, a bohaterem jednego z moich reportaży został Fred Zinnemann, hollywoodzki reżyser, któremu zawdzięczamy takie filmy jak „W samo południe”, czy „Stąd do wieczności”. To tytuły, które są ważną częścią światowego kina, klasyki, które oglądałam w telewizji oraz uczyłam się o nich podczas studiów filmoznawczych. Okazało się, że Fred Zinnemann urodził się w Rzeszowie, tyle że nigdy o tym nie wspominał, a w samym Rzeszowie też nikt o tym aż do 2017 roku nie wiedział.
Chciałam to zrozumieć i opisać – skąd wzięło się milczenie reżysera? Dotarłam do jedynego syna Freda Zinnemanna, byłam pewna, że on zna odpowiedź na to pytanie. Okazało się jednak, że Tim o rzeszowskim pochodzeniu taty dowiedział się dopiero po jego śmierci i sam ma mnóstwo pytań na ten temat. Tim zachęcił mnie do przeczytania setek listów w języku polskim, które przed laty pisali do Freda jego rodzice. On sam nie mógł się z nimi zapoznać, bo nie zna języka polskiego.
Sięgnęłam po te listy i otworzyła się przede mną fascynująca opowieść nie tylko o Fredzie Zinnemannie, ale też o polsko-żydowskiej historii Rzeszowa. To był temat, który połączył moje zainteresowania filmowe z tematyką lokalną, która była i jest trzonem mojej pracy dziennikarskiej. W tym temacie wielki świat kina spotkał się z małym Rzeszowem.
Rzeszów po wojnie i przerwana ciągłość pamięci
Jak Rzeszów to przyjął?
– Dzisiaj Rzeszów to jedno z lepiej rozwijających się miast w Polsce, ma swój dobry czas, widać tu dużą dynamikę rozwoju. Miasto jest w procesie otwierania się na dziedzictwo wielokulturowości, ale wciąż jest w tym temacie bardzo dużo do zrobienia. Trzeba pamiętać, że po II wojnie światowej nastąpiła tu bardzo duża wymiana mieszkańców i ciągłość pamięci została mocno zaburzona. Przede wszystkim Rzeszów stracił żydowskich mieszkańców, czyli aż jedną trzecią ogółu, a część polskich mieszkańców również zginęła. Rzeszów zaczął się mocno rozrastać, rozwijał przemysł, został miastem wojewódzkim, a to oznaczało, że ściągały tu osoby z zewnątrz, nieznające historii tego miejsca. Przeszłość przestała być istotna, ludzie skupiali się na teraźniejszości.
Dziś często pojawiają się głosy: dlaczego Fred Zinnemann nie przyznawał się do Rzeszowa? Nie podoba mi się słowo „przyznawać się” w tym kontekście, bo to nie chodzi o to, żeby się przyznawać, czy z czegoś tłumaczyć, ale żeby zrozumieć. Dla mnie ważniejsze jest inne pytanie:
dlaczego w Rzeszowie tak mało wiemy o żydowskiej przeszłości, jak kto możliwe, że przez lata nikt nie potrafił albo nie chciał skojarzyć, że nazwisko, które pojawia się w czołówkach amerykańskich filmów, było nazwiskiem rzeszowskiej rodziny mieszkającej w samym centrum miasta? Czy dlatego, że była to rodzina żydowska, a o Żydach nie chcemy pamiętać?
Możemy mieć różne przypuszczenia, ale pewnie nie dowiemy się, dlaczego Fred Zinnemann nie mówił o tym, gdzie się urodził, natomiast zajmijmy się sobą. Czym dziedzictwo polsko-żydowskiej przeszłości jest dla nas, co ono dla nas znaczy?
W Rzeszowie w tej chwili nie ma społeczności żydowskiej, ale w stowarzyszeniu Rajsze próbujemy opowiadać o przeszłości, przywołując to, co było charakterystyczne dla tego miasta przez wiele lat. Kim byli rzeszowscy Żydzi, jaka była ich codzienność, jak wyglądały polsko-żydowskie relacje.
Jednym z naszych większych projektów jest tłumaczenie napisanego w jidysz poematu „Rajsze” Berisza Weinsteina. Weinstein to amerykański literat i dziennikarz, który wyemigrował z Rzeszowa po I wojnie światowej. We wspomnianym poemacie autor opisał życie w mieście na początku XX wieku. Są w nim opowieści o religijnych chasydzkich zwyczajach, ale też wspomnienia o tym, jak wylała rzeka Wisłok, albo jak miasto odwiedził cesarz Franciszek Józef.
Podczas wydarzeń, które organizujemy, próbujemy znaleźć równowagę między opisem zwykłej polsko-żydowskiej codzienności a tragicznym zakończeniem obecności Żydów w naszym mieście.
Marsze Pamięci – początek Stowarzyszenia Rajsze
Kiedy powstało Stowarzyszenie Rajsze?
– Cztery lata temu, a było to związane z kolejną edycją rzeszowskiego Marszu Pamięci. Takie marsze odbywają się w Rzeszowie od ponad dwudziestu lat, ich inicjatorami i organizatorami byli przez lata dwaj rzeszowianie: Janusz Korbecki i Mirosław Kędzior. Po pandemii oraz po bardzo nieprzyjemnej sytuacji związanej z zarzutami kierowanymi w stronę organizatorów przez Instytut Pamięci Narodowej, nie czuli się już oni na siłach, żeby dalej organizować Marsz. Wówczas to zadanie wzięło na siebie nowo powstałe stowarzyszenie Rajsze, to był powód, żeby się sformalizować.
Wpis do KRS mieliśmy 7 lipca 2022 roku. To jest data bardzo szczególna – rocznica pierwszej deportacji z getta żydowskiego, rocznica zagłady żydowskiej społeczności Rzeszowa. To właśnie tego dnia są organizowane w naszym mieście Marsze Pamięci. W 2022 roku nasz pierwszy marsz przygotowaliśmy z Fundacją Rzeszowską, czyli organizacją, z którą jesteśmy zaprzyjaźnieni, kolejne organizujemy już samodzielnie.
W czasie ceremonii przywołujemy relacje świadków oraz oddajemy głos potomkom żydowskich rodzin z Rzeszowa, którzy przyjeżdżają do nas oraz piszą listy. Zaczynamy na Placu Ofiar Getta, który tak naprawdę jest terenem drugiego cmentarza żydowskiego w naszym mieście. To właśnie tu Niemcy gromadzili Żydów przez wywózką do obozu śmierci w Bełżcu. Z placu idziemy trasą, którą w 1942 roku Żydzi byli prowadzeni do stacji kolejowej Rzeszów-Staroniwa, skąd transportowano ich do komór gazowych. Niesiemy wstążeczki z karteczkami, na których są zapisane imiona i nazwiska części osób, które wówczas zginęły. Niesiemy też przedwojenne zdjęcia i szyldy, wszystko po to, żeby pamiętać o tym, że odeszły wówczas konkretne osoby.
Mamy szczęście, że w Rzeszowie zachowały się dwie synagogi. W jednej z nich aż do następnego poranka pali się światło – jako znak naszej pamięci i szacunku. Marsz transmitujemy na Facebooku, a następnie zamieszczamy film na YouTubie, aby każdy zainteresowany mógł w ten sposób do nas dołączyć.
Dziesięć osób i wspólna praca na rzecz pamięci
Ile jest osób w organizacji?
– Razem ze mną dziesięć. Jesteśmy różni (śmiech). Mamy różne wykształcenie i zawody, ale każdy z nas na różnym etapie swojego życia zauważył lukę w mówieniu o historii Rzeszowa i chciał się włączyć w to, aby ten brak wypełnić. Stąd wzięły się nasze wspólne działania. Nazwa Rajsze była dla nas oczywista od samego początku – to słowo oznacza w języku jidysz nazwę Rzeszów.
Formalnie założenie stowarzyszenia nie było trudne – to była przede wszystkim kwestia przygotowania statutu i podzielenia pomiędzy siebie konkretnych funkcji. Natomiast wielkim zaskoczeniem było – na pewno dla mnie – to, że praca dla stowarzyszenia zajmuje naprawdę dużo czasu. Nie spodziewałam się tego. Projektów jest dużo, a ich realizacja wymaga sporego zaangażowania i bardzo pochłania. Praca jako event manager (tak można określić pracę administracyjną w stowarzyszeniu) jest wymagająca czasowo – spinanie terminów, obdzwanianie, wysyłanie maili. Może są to drobne rzeczy, ale się piętrzą i jest ich czasami dużo naraz.
Nie jest możliwym, aby przewidzieć i skoordynować okresy, kiedy trzeba być aktywnym w stowarzyszeniu, z tym, kiedy trzeba być aktywnym zawodowo, czasem to się po prostu nakłada i wtedy jest ciężko. To dotyczy każdego z nas, bo przecież każdy z nas pracuje zawodowo, a w stowarzyszeniu działamy w swoim czasie wolnym, jest to kwestia absolutnie naszej dobrej woli.
Od czterech lat mamy dofinansowanie całoroczne ze środków Miasta Rzeszowa, co jest dla nas bardzo komfortowe. Co prawda finanse zawsze są mniejsze niż składane wnioski, pisanie i rozliczanie wniosków bywa wyzwaniem, a konieczność zapewnienia dziesięciu procent wkładu osobistego i dziesięciu procent materialnego jest trudne, ale ciągle jeszcze chce nam się działać dalej. W tamtym roku mieliśmy ponad 20 wydarzeń, stale pojawiały się na nich nowe zainteresowane osoby. To bardzo satysfakcjonujące widzieć czyjeś zainteresowanie i słyszeć pytania; „a co będzie następne?”.
Jak Pani traktuje przeszłość i pamięć?
– Myślę, że przeszłość nas kształtuje, i to bez względu na to, czy wiele o niej wiemy, czy prawie nic. Ona i tak na co dzień na nas wpływa. A poznawanie przeszłości to lepsze rozumienie miejsca, w którym się żyje, oraz samego siebie.
Od wielu osób słyszę, że są zaskoczone, że tyle lat mieszkają w mieście, niektórzy nawet od urodzenia, i nagle odkrywają, że tylu faktów na jego temat nie byli świadomi. Na przykład naprawdę bardzo wiele osób nie wie, że Plac Ofiar Getta, który jest dziś zielonym skwerem z alejami, to teren cmentarza…
Kto chciałby żyć na cmentarzu?
– Nie chodzi o to, żeby ta świadomość nas każdego dnia przygniatała. Natomiast jest dobrze mimo wszystko znać takie fakty, bo dzięki temu może inaczej popatrzymy na to, co dzieje się dzisiaj?
Po II wojnie światowej Polacy przyzwyczaili się do tego, że jesteśmy homogenicznym społeczeństwem, a tu, na poziomie własnego miasta, można się przekonać, że kiedyś było jednak inaczej, że możliwa była wielokulturowość i co więcej, że była ona korzystna dla tego miejsca, że miasto się dzięki niej rozwijało.
To jest dzisiaj dla nas lekcja, żeby nie być zamkniętym, że warto otwierać się na innych, bo oni mogą nam dużo dobrego dać i przekazać. Inność jest siłą.
Tolerancja jest jednak wysiłkiem.
– Dla mnie jest to kreatywne i wyzwalające: świadomość tego, że nie ma jednego sposobu na życie, nie ma jednego języka, jednej religii, jednego sposobu spędzania wolnych wieczorów i popołudni. Każdy może żyć tak, jak chce, albo jak każe mu tradycja. Można być bardzo różnym.
Praca z pamięcią i opowieściami
Pani zajmuje się pamięcią prawie zawodowo.
– Od jakiegoś czasu jest mi ta tematyka szczególnie bliska. Najpierw reportaże i książka o Fredzie Zinnemannie, potem stowarzyszenie Rajsze, niedawno książka „San. Rzeka, która łączy. Rzeka, która dzieli”. To wszystko krąży wokół pytań, jak przeszłość przeplata się z teraźniejszością oraz jacy jesteśmy dzisiaj, jak różnie o sobie myślimy.
I poznała Pani całe Podkarpacie?
– Oj nie, na pewno jeszcze dużo o nim nie wiem. Dużo jeszcze przede mną. Nie czuję się ekspertką od Rzeszowa i od Podkarpacia, ale bardzo mnie one interesują, razem z kulturą i historią polską, rusińską, ukraińską, żydowską, a jeszcze więcej ich tutaj było.
Dlaczego ludzie tak chętnie opowiadają Pani o swojej historii?
– Prawda jest taka, że ja bardzo lubię słuchać (śmiech). Jestem ciekawa różnych opowieści i nie zakładam z góry tego, co usłyszę. Nie mam w głowie jakiegoś obrazu, który ma się mi objawić, tylko jestem otwarta na to, jaką ktoś ma historię. A potem próbuję ją zrozumieć. Może ludzie wyczuwają, że nie są oceniani? Może jestem wdzięcznym słuchaczem (śmiech)?
Słuchanie ludzi to wielki przywilej pracy dziennikarza. Bardzo wyraźnie to czuję. Uważam, że to naprawdę ogromny przywilej, żeby odwiedzać różne miejsca, społeczności, i mieć prawo, żeby się dopytywać o wszystko, czego się nie wie. Bardzo to lubię. Wyjeżdżanie w teren to coś fenomenalnego, wiem, że za każdym razem czeka mnie niezwykłe spotkanie. Oczywiście potem trzeba usiąść i opracować to, co się przywiozło – czy jako tekst, czy audycję radiową – i to też jest niezwykle wciągające, ale już w inny sposób. Wtedy jest czas na weryfikowanie, doprecyzowywanie, układanie całości.
Praca w stowarzyszeniu również daje wspaniałe możliwości spotkania z ludźmi. Jestem bardzo ciekawa, co jeszcze przede mną.
Historia lubi się powtarzać?
– Na pewno tak, bo ludzie mimo upływu lat są wciąż do siebie podobni i kierują się tymi samymi motywacjami. Pamiętamy pewnie wszyscy ze szkolnych gazetek hasła, że historia jest nauczycielką życia. Może i tak, ale po pierwsze nie chcemy się od niej uczyć, a po drugie, to jednak bardzo często dopiero po fakcie widzimy podobieństwa do tego, co miało miejsce w przeszłości, i wpadamy w te same pułapki. Kiedy jakieś procesy się dzieją, trudno je w adekwatny sposób zdiagnozować, a poza tym ludźmi rządzą emocje.
Wcześniej nie interesowałam się historią. Wydawało mi się, że to nie jest istotna wiedza. Naprawdę miałam takie przekonanie, szczególnie w szkole, ale później też. A kiedy zastanawiałam się nad wyborem studiów i różne osoby doradzały mi historię, to ja patrzyłam na nie z ogromnym zdziwieniem, myśląc, że to przecież zupełnie niepotrzebne studia.
Stosunek do historii u mnie mocno się zmienił. Teraz podążam za nią, szczególnie w wydaniu lokalnym. I to, co mnie ciekawi, to to, jak się układają indywidualne losy i jak wpisują w tę wielką historię. To nigdy nie jest proste przełożenie. Jest dużo wyjątków, przeróżnych zakrętów, a jednocześnie w tych indywidualnych losach jednak możemy zobaczyć te duże procesy, o których uczyliśmy się w szkole.
Odpoczynek nad Wisłokiem
W jaki sposób Pani odpoczywa?
Ponieważ w pracy dużo czytam, to ostatnio odpoczynkiem jest dla mnie odcięcie się od nowych informacji i częściej zamieniam książkę albo film na ruch fizyczny. Uwielbiam pracować w ogrodzie – ciągle coś dosadzam albo przesadzam, poza tym zaczęłam chodzić na siłownię, a latem często jeżdżę na rowerze albo pływam na kajaku. Woda mnie uspokaja, a że mieszkam blisko Wisłoka, to z tego korzystam. Bardzo lubię też San, ale do niego mam zdecydowanie dalej… Poza tym moja babcia mieszkała nad Wisłokiem i w dzieciństwie, chodząc do niej, dużo czasu spędzałam nad wodą. Więc ta rzeka chyba mnie niesie.
Aha, i jeszcze lubię popracować nad czymś własnymi rękami, szczególnie zimą. Niedawno zajęłam się makramami – to, co widać za mną, to właśnie moje własne dzieło.
Grażyna Bochenek: Absolwentka filmoznawstwa, doktorka nauk o sztuce. Wieloletnia dziennikarka Polskiego Radia Rzeszów, obecnie jako dziennikarka współpracuje z Radiem 357. Stypendystka Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w dziedzinie: literatura, w ramach którego powstała książka „Fredek, Rzeszów, Hollywood. Opowieści o Fredzie Zinnemannie”. Autorka podcastu: Rzeszowskiehistorie.pl o historii Rzeszowa. Pomysłodawczyni i koordynatorka projektu „Mój Rzeszów. Nasz Rzeszów”, poświęconego odkrywaniu historii żydowskich rodzin z Rzeszowa. Prezeska Stowarzyszenia Rajsze, członkini Forum Dialogu. Autorka książki „San. Rzeka, która łączy, rzeka, która dzieli”.
Źródło: informacja własna ngo.pl
Dodaj informację do portalu ngo.pl!
Czekamy na Twój artykuł, komentarz, wywiad czy relację. Dotrzyj ze swoją informacją do tysięcy osób, które czytają ngo.pl.
-
Stowarzyszenie Nowoczesnej Edukacji Prawnej
-
Ela Bajda, Stowarzyszenie Miłosierdzia św. Wincentego à Paulo w Sopocie
-
Dorota Setniewska, ngo.pl
-
Justyna Dziuma