Po co komu organizacje?
Znacie The Blues Brothers? Lubicie? Ja bardzo. „Everybody Needs Somebody to Love” mam na playliście na gorsze dni. Słuchałam ostatnio i przyszło mi do głowy, że to śmiało mogłaby być piosenka o organizacjach. Bo przecież Everybody needs NGO to… No właśnie. Do czego?
Mogłoby się wydawać, że to jest jasne. Te od sportu są do krzewienia sportu. Te od kultury prowadzą teatry, robią festiwale, upowszechniają sztukę. Watchdogi pilnują transparentności. A te od kobiet – jak my – wzmacnianiają kobiety. Proste. Tak myślicie? Ech, idealiści z sektora.
Otóż jest wiele innych, mało oczywistych obszarów, w których organizacje są komuś do czegoś potrzebne. Zaczęłam robić listę.
Na przykład celebrytom organizacje przydają się do kończenia dram internetowych. Ktoś kogoś obraził, ktoś się oburzył, ktoś odpowiedział, internet podzielił się na dwa obozy i już zanosi się na to, że będziemy tym żyć przez najbliższe trzy tygodnie. Na szczęście jest wyjście: wpłata na organizację.
Pamiętacie awanturę o to, kto jest Tosią? Czyli tę ostatnią narodową batalię, tę zaraz przed sporem o „Lalkę”? Joanna Jabłczyńska kontra Dorota Szelągowska, rolka – post – rolka, a wreszcie wezwanie od Katarzyny Grocholi do wpłaty na cele społeczne i założona przez Jabłczyńską zbiórka na Rak’n’Roll, zakończona spektakularnym sukcesem. Szach-mat. Wygrała Jabłczyńska. No i Rak’n’Roll. Pieniądze idą na dobry cel, jedna strona ma satysfakcję, druga wychodzi z twarzą, internet może zacząć żyć kolejną aferą. Same korzyści.
Podobny mechanizm działa w przypadku hejterów, tylko tu organizacja przydaje się już nie do kończenia awantury, ale do odkupienia win. Kilka dni temu Agnieszka Gozdyra pokazała obrzydliwy komentarz na swój temat i zapowiedziała jego autorowi spotkanie z prawnikiem. Hejter szybko przeprosił. I od razu zaproponował zadośćuczynienie: może wpłacić wskazaną przez dziennikarkę kwotę, na przykład na wybraną przez nią fundację.
To już prawie odruch warunkowy: obraziłem człowieka, grozi mi prawnik, wpłacam na fundację. Nikt nie musiał mu tego podpowiadać. Samo „przepraszam” najwyraźniej uznał za niewystarczające, ale „przepraszam i wpłacam na fundację” brzmi już jak konkretna pokuta.
Nie ironizuję z samej wpłaty – pieniądze są przecież jednym z największych deficytów w organizacjach, a jeśli ktoś przy okazji zrozumiał, że nie wszystko, co można napisać w internecie, należy w nim napisać, tym lepiej. Fascynuje mnie raczej to, że organizacja staje się w tym układzie instytucją pośredniczącą w odkupieniu win. Kiedyś było samobiczowanie, dziś można zrobić przelew na ważny, społeczny cel. Działa? Działa.
Organizacje przydają się również biznesowi. Tu stawka jest większa, bo większe bywają i pieniądze, i grzechy. Weźmy zupełnie hipotetyczną firmę od fast fashion. Tak hipotetyczną, że z pewnością żadna konkretna nie przychodzi nam teraz do głowy. Produkuje mnóstwo ubrań, kolekcje zmieniają się szybciej niż trendy na TikToku, a troska o planetę jest niezbyt wysoko na liście priorytetów. Ale od czego są organizacje ekologiczne? Można zrobić wspólną akcję, zbiórkę używanych ubrań, program recyklingowy.
Oczywiście taka współpraca może być uczciwa i pożyteczna dla obu stron: organizacja dostaje – na przykład – środki i możliwość działania na większą skalę, a firma – wiedzę i doświadczenie, których sama nie ma. Ale może dostać jeszcze coś, czego nie da się tak łatwo kupić ani wyprodukować: społeczną wiarygodność. I właśnie dlatego takie partnerstwa bywają też wykorzystywane do budowania społecznie odpowiedzialnego wizerunku firmy. Co ma pewien skutek uboczny: jeśli robi się zbyt zielono, ale wyłącznie w komunikacji, oberwać może również wiarygodność organizacji. I znamy takie, wcale nie hipotetyczne, przykłady.
Politykom organizacje też się przydają, ostatnio wręcz masowo. Mateusz Morawiecki założył stowarzyszenie Rozwój Plus, Jacek Sasin – Po Pierwsze Polska. W pewnym momencie stowarzyszeń prowadzących działalność polityczną zrobiło się w PiS na tyle dużo, że władze partii nakazały swoim członkom z nich wystąpić. Najwyraźniej do robienia polityki nie zawsze wystarcza już partia. Przydaje się jeszcze organizacja społeczna. Znamy też przypadki, kiedy przez organizacje płynęły publiczne pieniądze na działania mające z polityką całkiem sporo wspólnego.
Organizacje przydają się także państwu. I tu akurat mamy doświadczenie osobiste. Rząd ogłosił niedawno, że potrzebuje małych organizacji społecznych do budowania lokalnej odporności na kryzysy. Zgłosiłyśmy się. Okazało się, że potrzebuje, ale akurat nie nas (to był ten moment, kiedy słuchałam krzepiącej playlisty z Blues Brothers).
Ten konkurs jest bardzo dobrym przykładem tego, do czego państwu potrzebne są organizacje. Bo odporności społecznej nie buduje się tylko zapasem wody, plecakiem ewakuacyjnym i instrukcją, co robić, kiedy zawyje syrena. Potrzebni są ludzie, którzy znają się w okolicy, wiedzą, kto ma agregat, kto potrafi udzielić pierwszej pomocy i z kim trzeba się skontaktować w urzędzie albo OSP. I właśnie tutaj państwu przydają się organizacje. Oficjalny opis konkursu mówi o sąsiedzkim zaufaniu, lokalnej współpracy, wzmacnianiu relacji i organizacjach, które znają potrzeby swoich społeczności. Tego wszystkiego nie da się stworzyć rozporządzeniem na dzień przed kryzysem. Państwo ma pieniądze, instytucje i procedury. Za to organizacje mają coś, czego państwu w wielu miejscach brakuje: ludzi, relacje, rozeznanie i zaufanie. Oczywiście najpierw muszą to wszystko bardzo dokładnie opisać we wniosku.
Mogłabym te przypadki mnożyć, ale myślę, że
ta skromna próba wystarczy, żebyście uwierzyli, że teza EVERYBODY needs NGO jest prawdziwa. Choć niekoniecznie „to love”. Celebryci potrzebują organizacji, żeby zakończyć awanturę, hejterzy – żeby mieć gdzie odbyć finansową pokutę. Biznes może pożyczyć od nich trochę społecznej wiarygodności, politycy – znaleźć dodatkową przestrzeń do robienia polityki, a państwo – ludzi, relacje i zaufanie, których nie da się zadekretować.
Jak się w tej układance odnajduje FemiVoice? Na razie nikt nie kończy swoich dram, wpłacając na nasze konto. Żadna wielka firma nie próbuje pożyczyć od nas wiarygodności. Politycy też jakoś nie garną się do zakładania u nas frakcji. Państwo szukało małych organizacji, ale ostatecznie wybrało inne.
Wygląda więc na to, że chwilowo jesteśmy potrzebne głównie do wzmacniania kobiet. I wiecie co? Chyba to nam wystarczy.
Źródło: informacja własna ngo.pl
Dodaj informację do portalu ngo.pl!
Czekamy na Twój artykuł, komentarz, wywiad czy relację. Dotrzyj ze swoją informacją do tysięcy osób, które czytają ngo.pl.
-
Stowarzyszenie Nowoczesnej Edukacji Prawnej
-
Ela Bajda, Szkoła OFOP, Szkoła reprezentacji
-
Dorota Setniewska, ngo.pl
-
Justyna Dziuma