Jakub Wygnański: Zaufanie od Skandynawów, innowacja od Ukraińców. Jak odrobić lekcję z odporności społecznej? [wywiad]
Skandynawowie nauczyli się ufać instytucjom i wspólnie przetrwać pierwsze 72 godziny kryzysu. Ukraińcy pokazali światu, jak dzięki cywilnej odwadze i innowacjom „robić coś z niczego” na linii frontu. Jakub Wygnański tłumaczy, dlaczego Polska musi pilnie połączyć te dwie lekcje. Czy potrafimy czerpać z doświadczeń sąsiadów, by zbudować społeczeństwo, którego nie da się złamać?
Magda Dobranowska-Wittels, ngo.pl: – „Narada obywatelska o odporności”, która odbyła się w Senacie i podczas której organizacje społeczne zaprezentowały rekomendacje dotyczące tego, jak – jako społeczeństwo – powinniśmy się przygotować na różne kryzysy, cieszyła się wielkim zainteresowaniem ze strony organizacji społecznych. Dlaczego?
Jakub Wygnański, Fundacja Stocznia: – Ponieważ mamy duże zaległości w tych tematach. Przez długi czas żyliśmy i korzystaliśmy z tak zwanej renty pokoju. Teraz się przebudziliśmy i szybko nadrabiamy zaległości w zakresie odporności, przygotowań na kryzysy. Patrzymy, jak robią to inni.
Odporność partycypacyjna zamiast centralnej władzy
Na przykład?
– Na przykład Skandynawowie. Stamtąd wywodzi się koncept total defence. W Polsce total kojarzy się z wojną totalną, ale to jest odwrócenie tego pojęcia: chodzi o totalną obronę. Rzadko zastanawiamy się, co to znaczy „totalne”, poza tym, że „wszystko”. A na przykład „Poradnik bezpieczeństwa”, który każdy i każda z nas dostał do domu bazuje właśnie na tym pojęciu. Polski poradnik był w dużej mierze inspirowany tym szwedzkim, który zresztą na potrzeby Polaków mieszkających w Szwecji dostępny był także po polsku. Trzeba podkreślić, że głębsze rozumienie owego total nie oznacza totalnej scentralizowanej władzy nad wszystkim. Tu bliższe byłoby raczej sformułowanie współuczestnictwa wszystkich – „odporności partycypacyjnej”.
Ważne jest jednak, by powiedzieć, że model skandynawski ma dwa bardzo silne założenia, które w Polsce mogą być niekoniecznie oczywiste.
Po pierwsze, olbrzymie zaufanie do instytucji publicznych. W Polsce jest ono kilkakrotnie niższe. A cały pomysł tej książeczki generalnie sprowadza się do tego:
72 godziny, na tyle państwo umawia się z obywatelami, że sami zadbają o siebie. Państwo nie będzie się zajmować dowożeniem papieru toaletowego, wody i konserw. To musicie zrobić sami, bo będzie dużo innych rzeczy do ogarnięcia. Ale po 72 godzinach my będziemy, pojawimy się.
To jest rodzaj umowy: kto w pierwszej chwili bierze na siebie ciężar, a kto i kiedy się pojawi, by nam pomóc. To jest bardzo ważne. I oni to ćwiczą. Poza wydawaniem książeczek, robią coroczne, tygodniowe ćwiczenia. To jest zawsze 39. tydzień roku i nazywa się Beredskapsveckan (Tydzień Gotowości) i jest organizowany przez lokalne społeczności.
Edukacja jako najsilniejsza tarcza
A drugie założenie?
– Tutaj Finlandia jest dobrym przykładem. Finowie mają bardzo ciekawe doświadczenia w starciu z „wielkim niedźwiedziem”. Wiemy, że bardzo dobrze potrafią strzelać, świetnie się organizują. To oni, a nie Rosjanie, wymyślili koktajl Mołotowa, poniekąd „na Rosjan” i w walce z nimi. Ważne jest jednak, że mają też system edukacji, który zawsze był bardzo wychwalany. I gdy się z nimi rozmawia, to
oni zakładają, że najbardziej potężną, najsilniejszą tarczą obronną jest właśnie edukacja, czyli to, że ludzie nie dadzą sobie zrobić kompletnej wody z mózgu, że myślą samodzielnie i zachowują się roztropnie. Tu nie chodzi wyłącznie o edukację dzieci, ale także dorosłych, którzy czasem nawet bardziej niż dzieci mają kłopoty w czytaniu ze zrozumieniem i mniejszą odporność na dezinformację.
Prasa lokalna kontra „szlam” dezinformacji
W Polsce to jest duże wyzwanie, aby zobaczyć, że system odporności społecznej i bezpieczeństwa składa się z bardzo wielu elementów.
Dobrym przykładem jest prasa lokalna – nawet, a może przede wszystkim – ta drukowana, ponieważ jest znacznie trudniejsza do manipulacji. W Norwegii np. państwo wspiera ok 160 tytułów prasy lokalnej, bo – co podpowiada zdrowy rozsądek – tam, gdzie istnieje godny zaufanie tytuł czy rozpoznawalny lokalny dziennikarz, u którego można potwierdzić informacje, to w krytycznych momentach ma to olbrzymie znaczenie z punktu widzenia odporności.
Norwedzy nawet robili badania, z których wynika, że tam, gdzie jest lokalna gazeta, znacznie gorzej rozprzestrzenia się dezinformacja – głównie rosyjska. Jest na to specjalna nazwa po angielsku slime, rodzaj śluzu, szlamu – czegoś, czym napełnia się parówki i co wciska się „wszędzie”. Trzeba stawiać temu opór. W Polsce także. Tę nauczkę powinni sobie brać do serca np. ludzie z Ministerstwa Kultury i natychmiast zacząć wspierać lokalne tytuły, które właśnie toną.
W Norwegii program wsparcie gazet kosztuje rocznie ok 30 mln euro. To jest mniej więcej wartość jednego nowoczesnego czołgu. To mniej niż 0,5% kwoty, jaką wspierane są media publiczne w Polsce. Ktoś wreszcie musi zacząć łączyć kropki.
Skoro o tym mowa i a propos łączenia kropek, a właściwie braku połączenia: póki co na poziomie rządowym nie udaje się doprowadzić do tego, żeby NIW mógł być operatorem grantów dla organizacji pracujących w dziedzinie odporności. Na razie dostęp do nich ma wyłącznie kilka organizacji „wpisanych” do systemu. Tym razem mówimy o kwocie ok. 20 mln złotych, a to jest – uwaga – 0,1% kwoty przeznaczanej corocznie z budżetu na ochronę ludności i obronę cywilną. Coś tu bardzo nie działa. I to nie jest już śmieszne, ale raczej groźne.
Ukraina: Laboratorium innowacji i wartości
Od kogo jeszcze, oprócz Skandynawów, możemy się uczyć?
– Przede wszystkim ważne są lekcje z Ukrainy. Może ich nie doceniamy, ale
jeśli istnieje na świecie laboratorium, społeczeństwo i armia, które jest najbardziej innowacyjne, najbardziej autorefleksyjne, najbardziej przywiązana do wartości, za które gotowi są umierać, to z całą pewnością jest to społeczeństwo ukraińskie.
To trzeba sobie jasno powiedzieć. A część z nas ma do tego kompletnie protekcjonalne podejście.
Moim zdaniem Ukraina jest jak otwarta księga, której każda kartka bardzo dużo kosztuje. To są realne doświadczenia.
Z jednej strony mamy to, co ustrukturyzowane, takie prawie eleganckie, jak te nordyckie rozwiązania, a z drugiej – coś, co jest nam czasem bliższe, czyli umiejętność improwizacji, innowacji, mobilizacji, robienia czegoś z niczego. Nie możemy przegapić tego momentu na uczenie się.
Szkoły, drony i niewykorzystany potencjał
Czego możemy się od nich uczyć? Praktycznie?
– Natura obecnej wojny jest inna niż dawniej. Bardzo dużo zadań mają do wykonania cywile. To mówią Ukraińcy. Radzą: w każdej waszej szkole powinna być klasa dronowa.
Inny przykład. Trzy lata temu do szkół kupiliśmy 19 tysięcy drukarek 3D. Wiele z nich stoi zamkniętych. Nie wiadomo, po co są. Często nauczyciele wręcz obawiają się otworzyć pudełka, żeby nie ponosić odpowiedzialności za ewentualne uszkodzenie. W znakomitej większości wiedzą o nich być może mniej niż uczniowie. Z drugiej strony, mamy nowy program edukacji obywatelskiej. W co trzeciej straży pożarnej mamy drużyny młodzieżowe. Mam silny ruch makerski. Znów wystarczy połączyć kropki. Jak „odparkować” drukarki, wpuścić do szkół instruktorów druku 3d oraz młodych strażaków i strażaczki, i zacząć drukować coś ambitniejszego. Nie breloczki, a raczej przedmioty na potrzeby lokalnej społeczności i np. rówieśników z Ukrainy.
Zdobyłem dokumentację, zdjęcia, na których widać, jak dzieciaki w Ukrainie drukują przedmioty przydatne do przetrwania, np. peryskopy albo sprzęt rehabilitacyjny. Nawet tak przerażające rzeczy, jak specjalne kopie zabawek. Dlaczego? Ano dlatego, że Rosjanie rozrzucają zaminowane zabawki. A te dzieciaki ukraińskie drukują specjalne duplikaty i uczą „Tego nie dotykamy”. Moim marzeniem jest, że ktoś nagle kliknie i mówi „Nasze dzieciaki muszą się tego uczyć”. To jest część edukacji obywatelskiej. Jak zrobić coś z niczego? Coś, co jest lokalnie potrzebne. Niech sobie wymyślą coś takiego.
Walka o demokrację w czasie zagrożenia
A co na to wojsko?
– Ludzie z armii im bardziej są profesjonalistami, tym bardziej rozumieją, że na każdego żołnierza na froncie pracuje mnóstwo osób w cywilu. Co więcej: po to się właśnie prowadzi wojnę.
To jest olbrzymia dyskusja o demokracji. Czy militaryzacja społeczeństwa – a mamy z tym do czynienia – oznacza, że demokrację trzeba zaparkować? To byłoby najgorsze rozwiązanie. W końcu o co mielibyśmy walczyć, jak nie o to, żeby żyć w wolności i rządzić się demokratycznie?
W Ukrainie, gdy prezydent Żeleński próbował ograniczyć uprawnienia służb antykorupcyjnych, to kilka dni później w 20 miastach, w czasie wojny, ludzie wyszli na ulice. A chłopak z amputowanymi nogami, siedział na wózku, a na piersi miał napis „Walczymy za Ukrainę, a nie za waszą bezkarność”. To społeczeństwo rozumie, o co walczy. W Europie, która jest tak sfatygowana demokracją, że gotowa jest popełnić demokratyczne samobójstwo. Nawet nie chce nam się chodzić na wybory ani poważnie zastanawiać się, na kogo głosujemy. Widać, w którym kierunku to idzie. Te schematy są świetnie znane. Jak wpadniemy w ten korkociąg, to będzie bardzo niedobrze. Jesteśmy tego blisko, bo od dawna przegrywamy w wojnie kognitywnej. Polem walki jest nasz mózg, a jeszcze bardziej emocje, to co mamy „pomiędzy uszami”. Tam spustoszenia są ogromne.
Kolektywna inteligencja organizacji społecznych
W czym jeszcze powinniśmy się ćwiczyć?
– To wiele organizacji musi obmyśleć samodzielnie. Wiele z nich ma ważne funkcje w systemie odporności. Organizacje powinny myśleć nie tylko o tym, jak chronić siebie, ale także jak – w miarę możliwości – dawać oparcie. To tak, jak w tym nieodmiennym komunikacie na początku lotu. Jakby co, najpierw załóż maskę sobie, a później dziecku. Czy umiemy to zrobić? Każdy niech odpowie sobie sam na to pytanie.
W Stoczni pracujemy nad innowacjami społecznymi. Można o nich myśleć jako o indywidualnym geniuszu, ale w obecnych czasach przez innowacje społeczne rozumiałbym przede wszystkim rodzaj zbiorowego mózgu, kolektywnej inteligencji społecznej. Taka jak społeczność mrówek.
Moim zdaniem w tym powinniśmy się ćwiczyć. Tylko problem jest taki, że my – i to jest nasz wielki błąd – mamy momenty uniesienia i insurekcji, potrafimy robić niesamowite rzeczy, ale później zapominamy.
Gdybyś zapytała teraz kogoś, kto spędził dużo czasu na dworcu w czasie kryzysu ukraińskiego albo pomagając powodzianom, czy zrobi to jeszcze raz, to może powie tak, a może raczej „Nigdy więcej”. Moim zdaniem wielkie zadanie to zarządzanie całą tą energią, która jest łatwopalna – w tym pozytywnym sensie, ale ma też swoją ciemną stronę, która później domaga się wyrównania, wdzięczności. Tego nie robimy. Nie zapamiętaliśmy tych ludzi. Nie tylko po to, żeby im podziękować, bo nikt tego nie zrobił, ale także, żeby budować bazę.
Może się okazać, że ważne jest pytanie, nie o to, czy zapisałaś się do wojska, ale np. czy umiesz prowadzić traktor, latać dronem, drukować 3D itd. Dobrze byłoby to wiedzieć.
To bardzo dobrze pandemia pokazała. Konieczny jest nowy sposób myślenia o tym, co to znaczy społeczność, o której można powiedzieć, że jest bezpieczna.
Bezpieczeństwo to sieć, a nie tylko hierarchia
A co to znaczy Twoim zdaniem?
– Z całą pewnością to coś więcej niż iluzja, że wydając aż 5% PKB na obronność zagwarantujemy sobie bezpieczeństwo. Także nie to, że kupiliśmy tak wiele wozów strażackich i koparek. To wszystko jest ważne, ale za mało.
Gdy myślimy o bezpieczeństwie w kontekście organizmu, to może się okazać, że ważne będzie wiedzieć, czy w okolicy jest choć jeden „haker”, który potrafi stary komputer przerobić na coś, co jest pożyteczne, bo dzieci uczą się online. Czy ktoś w okolicy ma agregat – gdyby był blackout i trzeba było schować insulinę w lodówce? Czy potrafimy się komunikować, jeśli padnie telefonia komórkowa i internet? Kto w okolicy ma przestrzeń na magazyn żywności? Gdzie można się schronić przed falą upałów? I wreszcie: co się zdarzy, jeśli prawie wszyscy, którzy mieli mieć odpowiedź na te pytania zostaną zmobilizowani i wyjadą? To są ważne pytania, na które wspólnie i lokalnie musimy szukać odpowiedzi. Warto o tym rozmawiać i tworzyć sztaby „przedkryzysowe”, zanim – co nie daj Boże – potrzebne będą kryzysowe.
Trzeba popatrzeć na system odporności i chwycić równowagę między jednorodnością i różnorodnością. Bezpieczeństwo może być i takie, i takie. Musi być równowaga między tym, co jest hierarchiczne i tym, co jest sieciowe, rozproszone. Między tym, co jest mechaniczne, hardwarowe i między tym, co jest organiczne, jest softwarem.
Polska w rozdzielczości 4K
Trzeba też zacząć może inaczej myśleć o przywództwie. Używam takiego porównania, że są kompanie braci i kompanie sióstr. W wielu sytuacjach kryzysowych okazuje się, że pojawiają się zupełnie nowi, bardzo wiarygodni liderzy i czasami to w ogóle nie są ludzie w mundurach.
O tym powinniśmy rozmawiać. Trzeba stworzyć zwyczaj, program uruchamiania bardzo licznych narad obywatelskich na te tematy, prowadzonych lokalnie. Wiemy już, jak mamy się przygotować jako osoby. Mówi o tym „Poradnik bezpieczeństwa". Teraz potrzebne są dwa nowe poziomy. Odporność instytucji: przedsiębiorców, instytucji publicznych, organizacji społecznych oraz odporność wspólnot. Warto je organizować.
Sieci, które mogłyby się tego podjąć jest dużo. Nazywam to Polska w rozdzielczość 4K. Mamy 16 tys. Ochotniczych Straży Pożarnych, 16,5 tys. Kół Gospodyń Wiejskich, 11 tys. oddziałów Caritas, 8 tys. bibliotek, 20 tys. szkół, 5 tys. Ludowych Zespołów Sportowych, ok 2,5 tys. Orlików, tysiące oddziałów PKO BP, czy Banku Spółdzielczego, 5 tys. placówek Poczty Polskiej. Mógłbym tak długo. Sprawy są poważne. Damy radę, ale – cytując Wyspiańskiego z Wyzwolenia – „Jest tyle sił w narodzie, jest tyle mnogo ludzi”. Pozostaje pytanie, kto śpiących obudzi.
Źródło: inf. własna ngo.pl
Redakcja www.ngo.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy.