„Informacja to potęga. Odzyskaj swoje prawo do wolności słowa. Przygotuj się” – taka obietnica wita odwiedzających nieczynną jeszcze stronę freedom.gov, nad którą od jakiegoś czasu pracuje administracja Donalda Trumpa.
Ta najnowsza inicjatywa amerykańskiego rządu ma „uwolnić” Europejczyków od cenzorskich zapędów ich władz i zapewnić im nieskrępowany dostęp do treści usuniętych z internetu na mocy unijnego rozporządzenia Digital Services Act (DSA) i innych przepisów regulujących kwestie wolności słowa i odpowiedzialności za nie.
Nie wiadomo jeszcze, jak konkretnie ma wyglądać wybór i publikowanie usuwanych treści, wymagałoby to jakiejś formy współpracy z platformami, które wcześniej same te treści musiały usunąć – skądinąd bowiem brać usunięty materiał na swoją stronę?
Takich praktycznych kwestii jest zresztą dużo więcej – jeśli opublikuję w którymś serwisie coś, co łamie polskie prawo i serwis ten zostanie zmuszony do usunięcia mojego wpisu, być może wcale bym nie chciała, żeby ów wpis wzięła sobie od niej amerykańska administracja na swoją stronę bez pytania mnie o zgodę na jego powielenie. W końcu to ja ponoszę cywilną i karną odpowiedzialność za swoje słowa,
przywrócenie tego, co zostało z Internetu usunięte jako łamiące prawo może okazać się niedźwiedzią przysługą dla samych autorów.
Ale Donaldowi Trumpowi wszystkie pomysły do tej pory fantastycznie wychodzą, więc i w tym przypadku na pewno dogłębnie przeanalizowano wszystkie techniczne i prawne wątpliwości.
Zapowiedzi działań służących obejściu europejskich przepisów spotkały się – jak zresztą wszystko, co Donald Trump mówi i robi – z ogromnym entuzjazmem naszej prawicy, co może świadczyć o tym, że nie bardzo rozumie potencjalne konsekwencje uwolnienia internetowego szamba dla spraw, które dla niej samej są bardzo ważne. Albo przeciwnie – doskonale sobie zdaje sprawę, że internetowa wolność będzie przez Amerykanów starannie reglamentowana i na „wolnościowej” stronie znajdziemy wyłącznie to, co będzie służyć realizacji politycznych interesów Donalda Trumpa i tych europejskich polityków, którzy u nas jego interesów pilnują.
Gdyby strona freedom.gov, już dzisiaj przez niektórych porównywana do Radia Wolna Europa, naprawdę zaczęła publikować bez cenzury to, co na mocy polskiego lub unijnego prawa zostało z Internetu usunięte, szybko okazałoby się, że wolność słowa nie jest taka fajna, jeśli dotyczy tego, czego sami czytać nie chcemy.
W lipcu 2021 roku, po zaledwie kilku tygodniach funkcjonowania, została zamknięta strona „poufna rozmowa”, na której ktoś publikował maile wykradzione ze skrzynki ówczesnego ministra Michała Dworczyka. Podobno w usuwaniu niewygodnych dla ministra treści pomógł nawet któryś z naszych sojuszników z NATO. Myślę, że minister bardzo by nie chciał, aby w imię wolności słowa w Internecie jakiś obcy rząd opublikował na swojej stronie usunięte maile. A to tylko jeden z przykładów, które warto mieć z tyłu głowy zanim się ochoczo przyklaśnie pomysłowi, żeby obcy rząd przekierowywał do nas całe szambo, które na mocy obowiązujących przepisów musimy z Internetu usuwać.
Polska jest jednym z państw demokratycznych o najbardziej restrykcyjnych ograniczeniach wolności słowa, nieostrożne korzystanie z niej może się skończyć nawet więzieniem i to z co najmniej kilku artykułów Kodeksu karnego, by wspomnieć choćby Andrzeja Leppera skazanego na szesnaście miesięcy więzienia za nazwanie prezydenta Kwaśniewskiego „nierobem”, co okazało się – zdaniem prokuratora i sądu pierwszej instancji – karalnym znieważeniem prezydenta.
Żyjemy w kraju, w którym kaganiec jest chętnie stosowany przez polityków każdej opcji i nic nie wskazuje na to, żeby któraś z nich była gotowa na uwolnienie słowa.
Instytut Ordo Iuris prowadzi właśnie internetową kampanię przeciwko planom usunięcia z katalogu kar za obrazę uczuć religijnych kary bezwzględnego więzienia, najwyraźniej uznając, że wolność słowa powinna być nie tylko bardzo ograniczona, ale czasami karana odsiadką. Wątpię, aby ktoś na prawicy chciał, aby na amerykańskiej rządowej stronie publikowane były wszystkie obrazoburcze grafiki i wypowiedzi usunięte z Internetu z powodu naruszenia polskich przepisów o ochronie uczuć religijnych.
Jestem też pewna, że nikt by nie chciał rozpowszechniania w amerykańskim rządowym serwisie wszystkich obraźliwych słów, jakie Jakub Żulczyk może jeszcze kiedyś skierować pod adresem polskiego prezydenta – znieważenie prezydenta jest w Polsce zakazane, ale amerykański urzędnik może przecież uznać, że ten zakaz ogranicza wolność słowa jego autora i trzeba mu tę wolność oddać.
Każdy rozsądny człowiek, który uważa, że są treści, które w jego kraju nie powinny być bezkarnie rozpowszechniane, powinien się dobrze zastanowić, czy na pewno chce poprzeć interwencję innego państwa, które zamierza mu te zakazane treści narzucać.
A jeśli zrozumienie tego jest zbyt trudne dla „osoby w kryzysie trumpizmu”, niech sobie spróbuje wyobrazić swoją reakcję na inicjatywę niemieckiego rządu, gdyby ten zechciał wrzucać do polskiego Internetu wszystko, co sami z niego wyrzucimy.
Żaden polityk suwerennego kraju nie powinien przyzwalać na tego rodzaju ingerencję, nawet jeśli na krótką metę dostrzega polityczne korzyści z tego, że obcy rząd będzie pompował dezinformację wymierzoną w jego politycznych przeciwników i być może pomoże mu wygrać wybory.
Gdyby prawica naprawdę wierzyła, że Donald Trump chce nam zagwarantować nieskrępowaną wolność słowa, nigdy by tego pomysłu nie poparła, wiedząc, że musi oznaczać także promowanie treści, których nie akceptuje i najchętniej by za nie wsadzała. Jeśli popiera tę inicjatywę, to wyłącznie dlatego, że ma pewność jej skrajnej wybiórczości i dezinformacyjnego potencjału tak potrzebnego w przyszłorocznej kampanii wyborczej.
Katarzyna Sadło – trenerka, konsultantka i autorka publikacji poradniczych dla organizacji pozarządowych. Była wieloletnia prezeska Fundacji Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego. Związana także z Ogólnopolską Federacją Organizacji Pozarządowych, Funduszem Obywatelskim im. Henryka Wujca i Stowarzyszeniem Dialog Społeczny. Członkini zarządu Fundacji dla Polski.
Źródło: informacja własna ngo.pl