Zaczęło się od herbaty i bezsilności. Dziś Fundacja Widzialne patrzy władzy na ręce [wywiad]
Protesty uliczne, Pomorskie Herbaty Polityczne, wsparcie dla uchodźczyń i kluby książkowe – Fundacja Widzialne łączy twardy monitoring władzy z budowaniem solidarnych więzi. Ich historia to dowód na to, że grupa zdeterminowanych kobiet może wymusić zmiany na gigantach takich jak Orlen czy wpłynąć na głosowania w Parlamencie Europejskim. O kulisach budowania „sztafety” aktywistycznej, radzeniu sobie z wypaleniem i o tym, dlaczego warto zaprosić polityka na herbatę (nawet jeśli nie chce przyjść), rozmawiamy z Aleksandrą Łobodą i Mają Pietrusiewicz – liderkami Fundacji Widzialne.
Jędrzej Dudkiewicz: – Fundacja Widzialne powstała w efekcie sprzeciwu wobec wyroku Trybunału Konstytucyjnego, zakazującego aborcji z przyczyn wad płodu. Długo protestowałyście w przestrzeni publicznej. Czy już wtedy myślałyście, że w którymś momencie będzie trzeba zrobić kolejne kroki i także w inny sposób patrzeć polityczkom i politykom na ręce oraz walczyć o zmiany na lepsze?
Aleksandra Łoboda: – Do naszego protestu przeciwko zaostrzeniu prawa aborcyjnego do dziś wracamy ze sporą nostalgią. Spotkałyśmy się w gronie pięciu koleżanek na herbatę, zastanawiając się – w bezsilności i wkurzeniu – co możemy zrobić jako nigdzie niezrzeszone obywatelki. Stworzyłyśmy duży baner z napisem „Zajmijcie się pandemią, prawo wyboru zostawcie kobietom” i poszłyśmy z nim okupować teren pod biurem poselskim PiS. Chciałyśmy stać tam cały dzień, to znaczy od siódmej do dwudziestej pierwszej, zakładając, że jeżeli potrwa to trzy dni, uznamy to za sukces. Szybko przyłączyła się jednak masa ludzi, którym spodobała się taka formuła, stworzyła się wspólnota, wprowadziłyśmy system zmianowy. Zaangażowanych było bardzo dużo osób, z czego „ogarniaczek” było mniej więcej 20–30.
Nasz protest ostatecznie trwał pięć i pół miesiąca, ale po pewnym czasie uznałyśmy, że to nie wystarczy. To był pierwszy krok do tego, by działać na rzecz zmiany rzeczywistości – pod kątem praw kobiet, a później ogółem praw człowieka – na lepsze. Jednocześnie chciałyśmy spożytkować tę ogromną energię społeczną, którą udało nam się wyzwolić, dlatego decyzja o formalizacji tego, co robiłyśmy, została podjęta dość szybko.
Maja Pietrusiewicz: – Było to tym bardziej potrzebne, bo jakkolwiek świetne było to, że protest trwał tak długo, to jednak pojawiło się zmęczenie, także z powodu trwającej wtedy zimy. Miałyśmy też świadomość, że sama forma ulicznego działania nie ma aż takiego wydźwięku, że trzeba czegoś więcej, by móc faktycznie wpływać na to, co się dookoła nas dzieje. Stąd decyzja o powołaniu do życia Fundacji Widzialne.
Mamy w zarządzie pięć kobiet, wszystkie są weterankami protestu. Początkowo działałyśmy w formie nieodpłatnej, bez pobierania wynagrodzeń, dostawałyśmy pojedyncze darowizny, pisałyśmy wnioski do Funduszu Feministycznego. Pierwszym przedsięwzięciem była organizacja Spotkań Bez Tabu, konferencji poświęconej zdrowiu psychicznemu i seksualnemu, która do dziś odbywa się dwa razy w roku.
Dużą zmianę organizacyjną dla Fundacji stanowił wybuch pełnoskalowej wojny w Ukrainie. Pojechałyśmy pomagać na granicę i z dnia na dzień pojawiły się duże kwoty darowizn. To spowodowało rozrost i przekształcenie struktur, bo zaczęłyśmy operować dużymi pieniędzmi, pozwoliło to też na stworzenie w fundacji etatów.
Szybko też uznałyście, że elementem tego, co robicie, jest patrzenie polityczkom i politykom na ręce, możliwość wpływania na kształt prawa, a także zwiększanie świadomości politycznej m.in. poprzez dbałość o transparentność. Jak to się rozwijało?
A.Ł.: – Nie zrezygnowałyśmy z protestów i demonstracji – w sprawie praw reprodukcyjnych, migrantek i migrantów, sytuacji na granicy polsko-białoruskiej – ale rzeczywiście uznałyśmy, że konieczne są inne, bardziej usystematyzowane działania. W tym kontekście ważny był 2023 rok i zbliżające się wybory parlamentarne, przed którymi media obiegła informacja, że nawet cztery na dziesięć młodych Polek nie planuje iść na wybory. Postanowiłyśmy więc zrobić coś dla zwiększenia frekwencji. Z jednej strony było to szerzenie informacji, jak wygląda i na czym polega głosowanie, z drugiej organizowanie spotkań z kandydatkami i kandydatami. Ostatecznie, jak wiemy, udało się, bo dzięki staraniom wielu organizacji i inicjatyw, frekwencja była rekordowa. Przy okazji udało się też doprowadzić do unieważnienia antymigracyjnego, ksenofobicznego referendum.
Po wszystkim zaczęłyśmy się zastanawiać, jak utrzymać tę aktywność społeczną, bo mam wrażenie, że dla wielu z nas było to być może najbardziej pozytywne wspomnienie obywatelskie. Chciałyśmy więc wzmocnić działania związane z monitorowaniem tego, co robi władza w okresie międzywyborczym. Zaczęłyśmy brać udział w konsultacjach społecznych, organizować kolejne spotkania z polityczkami i politykami, podczas których padały pytania o konkretne obietnice – np. dlaczego nic nie dzieje się w temacie aborcji lub czemu wciąż trwają pushbacki na granicy polsko-białoruskiej.
M.P.: – Nie porzuciłyśmy też działań profrekwencyjnych, bo kampanię z tym związaną robiłyśmy też przed wyborami samorządowymi, do Parlamentu Europejskiego i prezydenckimi. Testowałyśmy też nowe formy działania. Przykładowo przed zeszłorocznymi wyborami prezydenckimi robiłyśmy wspólne oglądanie debaty w formie strefy kibica. Stworzyłyśmy bingo, w którym zgadywało się, o czym poszczególne osoby będą w trakcie debaty mówić, miałyśmy koło fortuny, fotobudkę, w której można było zrobić sobie zdjęcie z wizerunkiem wybranej kandydatki lub kandydata. Z jednej strony było to wszystko dość luźne, z drugiej ważne było bycie razem.
A.Ł.: – Takich spotkań było więcej, bo zrobiłyśmy też silent disco połączone ze wspólnym oglądaniem wyników wyborów. Założenie było takie, że jak ktoś pokaże zdjęcie przy urnie wyborczej, to dostanie słuchawki za darmo. Przyszło tyle osób, że nie dla wszystkich starczyło. Było to też bardzo cenne doświadczenie, bo różnorodne – wydarzenie zgromadziło ludzi popierających bardzo różne osoby i strony polityczne.
Opowiedzcie nieco więcej o spotkaniach z polityczkami i politykami.
A.Ł.: – Organizujemy – do tej pory było dziewięć edycji – Pomorskie Herbaty Polityczne. Bierzemy na warsztat temat związany z naszą misją, czyli prawami człowieka, zapraszamy polityczki i polityków oraz osoby ze społeczeństwa obywatelskiego i prowadzimy o tym otwartą rozmowę. Konfrontujemy wtedy osoby z polityki z pytaniami o to, czemu różne rzeczy nie zostały zrobione, chociaż były obiecywane.
Idealnym tego przykładem jest ostatnia dyskusja na temat ustawy o asystencji osobistej dla osób z niepełnosprawnościami, która była w programach wszystkich partii tworzących obecną koalicję rządową. Wcześniej rozmawiałyśmy z ówczesną ministrą ds. równości Katarzyną Kotulą, czemu nie ma związków partnerskich. Staramy się więc być w dość regularnym kontakcie z osobami decyzyjnymi, by wiedziały, że to nie jest tak, że zapomniałyśmy o tym, co zostało obiecane.
I jak wyglądają te kontakty, udaje się bez problemu zaprosić wszystkich? Na dyskusji o asystencji osobistej były osoby chyba tylko z Nowej Lewicy, Razem i PSL…
A.Ł.: – Jestem odpowiedzialna za organizację wielu tych wydarzeń, w związku z czym często piszę nawet do kilkudziesięciu polityczek i polityków, wydzwaniam też do ich biur. Nierzadko zdarza się, że numery są nieaktywne, coraz więcej jest też przypadków braku jakiejkolwiek
Niechęć do tego, by rozmawiać z ludźmi rośnie wprost proporcjonalnie do tego, jak dawno temu były wybory…
M.P.: – Przed wyborami w 2023 roku zrobiłyśmy też kwestionariusz, w którym polityczki i politycy odpowiadali na pytania, by ludzie potem mogli sprawdzić, do kogo jest im najbliżej. Wtedy wszyscy byli bardzo chętni i zaangażowani, tak samo w Pomorskie Herbaty Polityczne. Trwało to jeszcze przez jakiś czas po rozpoczęciu kadencji, ale ostatnio wygląda to wręcz katastrofalnie. Nawet w przypadku osób, które deklarowały poparcie dla działań Fundacji Widzialne, do których mamy bezpośrednie numery telefonów – też zderzamy się ze ścianą.
A.Ł.: – Bywają też absurdalne sytuacje, kiedy jedna osoba nawet na kilka godzin przed spotkaniem nie była w stanie mi powiedzieć, czy na nie w ogóle dotrze. Dzwonię, pytam: „Czy wsiądzie pan do pociągu i do nas dotrze?” i słyszę: „No, nie wiem, dam jeszcze znać”. To jest niepoważne traktowanie społeczeństwa obywatelskiego, które cały czas jest aktywne i chce przychodzić na nasze wydarzenia, by rozmawiać o wielu kwestiach. Oczywiście jest kilka osób wśród decydentek i decydentów, na których możemy polegać, zawsze odpisują na maile. Jednocześnie nie chcemy bez przerwy zapraszać tych samych ludzi, tylko by było to bardziej różnorodne.
M.P.: – Na pewno też dostęp do polityczek i polityków jest łatwiejszy na poziomie samorządowym. Jak robiłyśmy dwie debaty przed wyborami samorządowymi w Gdańsku, Gdyni i Sopocie, to w Gdyni byli ludzie ze wszystkich partii, w Gdańsku i Sopocie zabrakło tylko kogoś z PiS.
Nie znaczy to jednak, że za każdym razem, gdy zapraszamy kogoś z urzędu wojewódzkiego lub miejskiego, to taka osoba przychodzi. Tu też niekiedy pojawia się różnego rodzaju opór. Na przykład jutro (wywiad był przeprowadzany 11 lutego 2026 – dop. J.D.) idziemy złożyć do Urzędu Miasta petycję w sprawie zakazu zgromadzeń antyaborcyjnych pod szpitalem na Zaspie w Gdańsku. I nie otrzymałyśmy odpowiedzi, czy na konferencji prasowej pojawi się ktoś z władz miasta (ostatecznie petycję odebrał wiceprezydent Piotr Borawski – dop. J.D.).
W Trójmieście i województwie pomorskim jesteście pewnie bardziej rozpoznawalne.
A.Ł.: – Na pewno, ale mamy w sobie dużą niezgodę na to, że postrzega się nas jako lokalną organizację, która działa tylko na terenie Trójmiasta.
Jednym z elementów naszej misji jest to, by działania polityczne przenosiły się także poza Warszawę, żeby decydentki i decydenci przyjeżdżali, by zobaczyć się ze swoimi wyborczyniami i wyborcami. Uważam, że to jest obowiązek ludzi, którzy zasiadają w Parlamencie, żeby byli dostępni dla osób, które ich wybrały.
Mimo wszystko nie zrażacie się i działacie. Co uważacie za swoje największe sukcesy w zakresie wpływania na kształt prawa, nacisku na polityczki i polityków? Czy jest jakaś zmiana na lepsze, do której się przyczyniłyście?
M.P.: – Patrząc ogólnie, doceniłabym na pewno to – jakkolwiek oczywiście wiele osób, w tym my, różnie może oceniać działania obecnego rządu – jak wiele młodych kobiet jednak zdecydowało się pójść na wybory w 2023 roku. Głosowanie, aktywność polityczna, zainteresowanie tym, co dzieje się dookoła, zawsze ostatecznie przynosi dobre efekty, nawet jeżeli nie od razu. Jako sukces określiłabym też utrzymanie zaangażowania i chęci rozmowy. Idealnym tego dowodem jest, jak wiele ludzi przyszło na dwa spotkania, które udało nam się zorganizować w trakcie kampanii prezydenckiej – z Adrianem Zandbergiem i Magdaleną Biejat. Wszystko to przełożyło się też na większą widzialność naszej fundacji, z czym przez dłuższy czas miałyśmy problem. A to z kolei doprowadziło do tego, że możemy robić więcej rzeczy na większą skalę i nawiązujemy współprace z innymi organizacjami pozarządowymi.
A.Ł.: – To ja opowiem o trzech konkretnych rzeczach: na poziomie samorządowym, krajowym i europejskim. Pierwszy sukces to doprowadzenie do zerwania współpracy Sopotu z izraelskim miastem Aszkelon, ze względu na to, że kraj ten dokonuje ludobójstwa w Strefie Gazy. Działałyśmy wspólnie z inicjatywą Trójmiasto dla Palestyny oraz partią Razem, zabierałyśmy głos na radzie miasta, apelując i opowiadając o prawach człowieka. Do ostatniej chwili nie było wiadomo, jak potoczy się głosowanie, bo każdy miał to zrobić zgodnie ze swoim sumieniem. Gdy okazało się, że współpraca zostanie zerwana, to był to piękny moment i pokaz mocnego wpływu społeczeństwa obywatelskiego na to, co dzieje się w danym mieście.
Drugi sukces to prawno-człowiecza interwencja na poziomie krajowym w sprawie migrantek i migrantów pracujących przy inwestycji Orlenu pod Płockiem. Przez kilka miesięcy kilkaset osób nie otrzymywało wynagrodzeń, przez co nie miało jak utrzymywać siebie i rodzin. Napisałyśmy do Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, Ministerstwa Aktywów Państwowych, wysłałyśmy zgłoszenie do Państwowej Inspekcji Pracy i Rzecznika Praw Obywatelskich. Pomogła nam w tym senatorka Anna Górska i ostatecznie ludzie otrzymali zaległe wypłaty, a pracodawca został ukarany. Wprowadzono też zmiany, które powinny przyczynić się do tego, że taka sytuacja już się tam nie powtórzy. Chciałybyśmy jednak, żeby coś takiego zadziało się na poziomie systemowym.
Trzeci sukces to inicjatywa My Voice, My Choice, mająca zapewnić bezpłatny dostęp do aborcji dla wszystkich osób mieszkających w Unii Europejskiej. Podpisy zbierałyśmy wspólnie z Inicjatywą Wschód oraz Ogólnopolskim Strajkiem Kobiet, a potem namawiałyśmy europarlamentarzystki i europarlamentarzystów do tego, by zagłosowali za tym projektem. Do nich też było trudno dotrzeć, ale pisałyśmy, dzwoniłyśmy, odzywałyśmy się przez media społecznościowe i ostatecznie większość polskiej delegacji w PE, poza oczywiście skrajną prawicą, zagłosowała za. Inicjatywa przeszła, czeka na głosowanie w Komisji Europejskiej, czyli jest już naprawdę blisko.
Jakie sprawy są według Was najpilniejsze do załatwienia i pilnowania których na pewno nie odpuścicie? Innymi słowy, o co walczycie w perspektywie krótko- i długoterminowej?
M.P.: – Na pewno kwestia aborcji, czyli to, od czego wszystko się u nas zaczęło. W żaden sposób nie zostało to posunięte do przodu, a mamy wręcz poczucie, że jest gorzej. Przykładem tego jest sytuacja Przychodni AboTak w Warszawie, pod którą regularnie odbywają się pikiety przeciwników aborcji.
Polityczki i politycy w dużym stopniu odwrócili się od dziewczyn z Aborcyjnego Dream Teamu. Zamierzamy więc cały czas głośno mówić, że żadna z nas nie zapomniała o aborcji.
W zeszłym roku otworzyłyśmy zresztą związaną z tym infolinię pomocową w Trójmieście, żeby odciążyć trochę ADT i by pomoc w aborcjach w województwie pomorskim mogła być udzielana bardziej lokalnie.
A.Ł.: – Wspomniałeś o asystencji osobistej i o nią też zamierzamy walczyć. Na ostatniej Pomorskiej Herbacie Politycznej padła deklaracja ze strony jednej posłanki, że ustawa na pewno pojawi się do końca kadencji. Dodam do tego, że uważam, iż trzeba koniecznie zajmować się nastrojami ksenofobicznymi, które wzmacniają niektórych polityków, zresztą praktycznie ze wszystkich partii. Konsultowałyśmy Strategię Migracyjną Polski, która jest w naszym odczuciu niestety bardzo mocno oparta właśnie na ksenofobii. To ogromne rozczarowanie, tak samo jak zawieszenie prawa do azylu, na co nawet PiS się nie zdecydował. Mimo wszystko był to dla mnie szok.
Jakie w takim razie są Wasze zamiary w kontekście kolejnych wyborów parlamentarnych?
A.Ł.: – Bardzo dużo o tym myślimy. Czy będzie można ponownie zmobilizować obywatelki i obywateli do głosowania? Ba, nie wiemy, czy same będziemy w stanie się zmobilizować, biorąc pod uwagę wszystkie niezrealizowane obietnice. Niewykluczone, że trzeba będzie zastanowić się nad tym, jakie są najlepsze możliwości walki o prawa człowieka, prawa mniejszości, ogółem zmiany na lepsze.
M.P.: –
Mamy więc duże wątpliwości, czy ponownie robić kampanię profrekwencyjną, skoro rozczarowanie jest tak duże i powszechne.
Jednocześnie nie chodzi przecież o to, by nic nie robić i pozwolić na to, by sytuacja zmieniła się na jeszcze gorszą. Popieramy jednak świadome prawo do wyboru, a to zakłada również zgodę na to, że ktoś tego wyboru nie będzie chciał podejmować.
Jak radzicie sobie z frustracjami, które są efektem częstego zderzania się ze ścianą i rozczarowań?
M.P.: – Myślę, że przede wszystkim te sukcesy, o których powiedziałyśmy, nawet jeśli niekiedy są to małe rzeczy, dają nam nadzieję. Proponujemy także inne formy spędzania czasu i podejmowania dyskusji, jak klub filmowy i klub książkowy. Widzimy, że ludziom chce się angażować w przeżywanie czegoś razem. Odwołam się zresztą do spotkania autorskiego z Tobą, Jędrzej, bo przecież w jego trakcie wywiązała się bardzo ciekawa rozmowa na wiele tematów politycznych. Wydaje mi się, że taka luźniejsza forma, kiedy mówi się: „Ej, chodź, pogadamy nie o polityce, tylko o jakiejś książce”, w której bierze udział 10–20 osób, dobrze się sprawdza i ładuje baterie. Pojawiają się często ludzie, którzy nie są zaangażowani, ale chcą o czymś posłuchać, coś zobaczyć i niekiedy później chcą działać dalej. Mamy zresztą bardzo dużo wolontariuszek, które dołączyły do Fundacji Widzialne właśnie przez klub książkowy i filmowy. Każda nowa osoba, która chce coś robić, daje nadzieję i buduje poczucie sensu.
A.Ł.: – Też wspomnę o Twoim spotkaniu autorskim, bo było dla mnie bardzo motywującym doświadczeniem. Inną motywacją jest to, że
jesteśmy w tym razem, działamy jak sztafeta. Jak mam już trochę dość i nie mam siły dzwonić do polityczek i polityków, to przejmuje to ktoś inny. Odpocznę i potem znów będę miała na to przestrzeń.
Tak jest ze wszystkim. Do tego mamy też superwizję, która jest wzmacniająca, co jest istotne, bo działania aktywistyczne potrafią być bardzo wypalające.
M.P.: – Poza superwizją stworzyłyśmy też w zeszłym roku regulaminy – wynagrodzeń, wolontariatu, antymobbingowy. Dbamy o szkolenia wewnętrzne, dwa razy w roku organizujemy wyjazdy integracyjne. Także to, że udało nam się przekształcić naszą działalność w pracę, jest istotne.
Przez pierwsze dwa lata normalnie pracowałyśmy gdzie indziej, a sprawy fundacyjne ogarniałyśmy po godzinach. Nie da się długo w ten sposób funkcjonować.
Skoro pojawił się klub książki i klub filmowy, opowiedzcie więcej o Waszej działalności, zarówno kulturalnej, jak i solidarnościowej?
M.P.: – Działania kulturalne wzięły się stąd, że kilka osób z fundacji bardzo lubi czytać i miałyśmy sporą potrzebę gadania o tym. Zrobiłyśmy więc pierwsze spotkanie, które dotyczyło książki „Chłopczyce z Kabulu. Za kulisami buntu obyczajowego w Afganistanie” o sytuacji kobiet w Afganistanie. Początkowo były to spotkania wewnątrzfundacyjne, ale potem zaczęłyśmy informować o nich w bibliotekach i innych miejscach związanych z czytelnictwem. Obecnie więc co miesiąc organizujemy klub książkowy, do tego dochodzi też raz w miesiącu klub filmowy.
Każdy miesiąc ma swój określony temat, np. luty to Ukraina ze względu na rocznicę pełnoskalowej inwazji Rosji, a w październiku staramy się rozmawiać o Palestynie. Dostosowujemy też tematy do bieżących spraw politycznych – kwestii mieszkalnictwa, mniejszości etnicznych, etc. Zawsze staramy się kogoś zaprosić, np. autorkę lub autora książki. Wszystko to sprawia, że często przychodzi naprawdę dużo osób, chociażby na spotkaniu z Aleksandrą Herzyk na temat podwójnych standardów męskości było prawie 60 osób.
A.Ł.: – Warto podkreślić, że nie działamy od Sasa do Lasa, tylko wszystko jest powiązane z ważnymi dla nas tematami społecznymi i dotyczącymi praw człowieka. I wzajemnie się uzupełnia, bo spotkania kulturalne przyciągają niekiedy ludzi, którzy nie wybraliby się na protest. W ten sposób jednak i tak słuchają o jakiejś sprawie, czegoś się dowiadują i jakoś to zmienia świadomość społeczną.
Jeśli chodzi natomiast o działania solidarnościowe, to mamy infolinię, na której można otrzymać wsparcie prawne, psychologiczne, konsultacje medyczne, pomoc w pisaniu CV i szukaniu pracy. Zgłasza się do nas bardzo dużo osób z doświadczeniem migracji, które często pracują poniżej swoich kompetencji. Zaznaczę tu, że jeżeli uznajemy, iż nie mamy kompetencji, by komuś pomóc, robimy wszystko, by znaleźć odpowiednie wsparcie. Organizujemy też bardzo dobrze sprawdzające się kręgi wsparcia – wiele osób, które na nie przychodzi, poznaje się wzajemnie i potem pomaga sobie na co dzień w różnych sprawach. Udało się też zrobić już dziesięć wyjazdów wzmacniających dla kobiet w trudniejszej sytuacji. To zwykle pierwszy raz od lat, kiedy jadą na wakacje z dziećmi i kiedy – dzięki temu, że przejmujemy opiekę – mogą odpocząć. Kobiety te mówią potem, że dawno już nie miały okazji po prostu poczytać książki.
M.P.: – Na te wyjazdy wybiera się wiele osób z Ukrainy i Białorusi, niektóre z nich chcą się potem angażować. Mamy już trzy wolontariuszki z Ukrainy, które poczuły się włączone w to, co robimy, ale więcej ludzi zgłasza, że chce w jakiś sposób – na przykład przygotowując jedzenie na wernisaż wystawy o relacjach polsko-ukraińskich – wspierać naszą fundację.
Czyli są nie tylko frustracje, ale też wiele pozytywnych rzeczy, które coś zmieniają na lepsze. Powiedzcie na koniec, jakiej Polski chcecie i co Was najbardziej w tym wszystkim cieszy?
A.Ł.: – Budujemy świat bez wykluczeń i chcemy Polski, która jest fajnym krajem do życia dla wszystkich, niezależnie od płci, orientacji seksualnej, kraju pochodzenia, stanu zdrowia, wyglądu. Mam poczucie, że jesteśmy na tyle zgraną i wzajemnie się wspierającą ekipą, że możemy naprawdę dużo zrobić, tym bardziej, że zwykle udaje nam się zrealizować więcej niż początkowo planowałyśmy.
M.P.: – W pełni się pod tym podpisuję. Fakt, że nasz zarząd jest stały, a wiele z nas współtworzy fundację od samego początku, ma ogromne znaczenie. Darzymy się dużym zaufaniem i zawsze możemy na siebie liczyć. Skoro udało nam się zbudować taką relację w grupie kilkudziesięciu kobiet, jestem przekonana, że te same wartości możemy z sukcesem przenieść na szerszą skalę społeczną.
Aleksandra Łoboda – współzałożycielka i prezeska zarządu feministycznej Fundacji Widzialne, gdzie zajmuje się rzecznictwem, komunikacją i działaniami proobywatelskimi. Absolwentka studiów magisterskich z Praw Człowieka i Pomocy Humanitarnej w Instytucie Nauk Politycznych Sciences Po w Paryżu, a także studiów podyplomowych ze Współczesnych migracji międzynarodowych na Uniwersytecie Warszawskim. Walczy z dyskryminacją, szczególnie ze względu na płeć i kraj pochodzenia. W swojej pracy kieruje się podejściem intersekcjonalnym, zwracając szczególną uwagę na prawa osób z grup narażonych na wykluczenie.
Maja Pietrusiewicz – prawniczka i kryminolożka zaangażowana w walkę o prawa człowieka. Współzałożycielka Fundacji Widzialne, gdzie wspiera osoby doświadczające wykluczenia, budując ich pewność siebie i świadomość. W Fundacji Widzialne zajmuje się kwestiami administracyjno-prawnymi i współkoordynuje sekcję Kulturalne – łącząc prawo i wrażliwość społeczną z pasją do kina i literatury. Na co dzień działa również w Stowarzyszeniu Watchdog Polska, monitorując władzę i upowszechniając prawo do informacji publicznej. Jest szczęśliwa mamą swojego pieska staffordshira Limy.
Źródło: informacja własna ngo.pl