Zakładając fundację, człowiek myśli o misji. O zmianie świata. O pomaganiu. Nie myśli o tym, że któregoś dnia usiądzie do trzynastostronicowego formularza, wpisując niemal same zera. I że te zera będzie trzeba opisać bardzo szczegółowo. Ale zacznijmy od początku, czyli od (prawie) końca marca.
25 marca, środa
Dzisiaj dowiedziałyśmy się, że musimy złożyć sprawozdanie finansowe. To brzmi poważnie, ale nasza sytuacja finansowa jest raczej kameralna. Pięć pozycji na koncie. Patrzę na wyciąg i mam wrażenie, że wszystko zmieści się na karteczce samoprzylepnej. Myślę: świetnie, zrobimy to w godzinę. Może półtorej, jeśli będziemy robić herbatę po drodze.
26 marca, czwartek
Nie wystarczyła godzina. Ani półtorej. Samo ogarnięcie, co mamy zrobić, zajęło prawie trzy. A przy okazji odkryłyśmy coś dużo straszniejszego. Otóż poza sprawozdaniem finansowym jest jeszcze CIT-8. I CIT-D. I to też musimy złożyć do końca marca.
CIT-8? CIT-D? Co to w ogóle jest? Póki co, nasze skojarzenia krążą wokół: RT-DT z Gwiezdnych Wojen; modelu drukarki; nazwy szczepionki; płynu do czyszczenia piekarnika; takiego hasła, które mówi się w samolocie przed awaryjnym lądowaniem; kodzie misji kosmicznej (kilka lat po ARTEMIS II) i ewentualnie procesora nowej generacji. I tak można w nieskończoność, a na pewno dłużej niż do końca marca.
Sprawdzam w internecie. Znajduję. To podatkowe formularze, które trzeba złożyć nawet wtedy, kiedy właściwie nie ma czego opodatkować. Tak podejrzewałam, że to coś o podatkach, zabawa w skojarzenia była grą na zwłokę. Otwieram. I widzę trzynaście stron. TRZYNAŚCIE. Przy pięciu operacjach finansowych na naszym koncie.
Zaczynam rozumieć, że nie chodzi o to, żeby coś policzyć. Chodzi o to, żeby coś przeżyć.
Na szczęście mamy przykładowy formularz z ngo.pl. Czyli ktoś już przez to przeszedł. Czyli da się. Uff.
27 marca, piątek
W ngo.pl czytamy, że mamy dwie opcje: możemy złożyć online lub na papierze. Oczywiście, że wybieramy online! Nowocześnie. Cyfrowo. Bez wychodzenia z domu. Do tego potrzebujemy tylko jednej drobnej rzeczy: formularza UPL-1, czyli upoważnienia, które powie państwu: „To ja, ale trochę nie ja, tylko ja w imieniu fundacji”. Już nie bawimy się w skojarzenia. Wypełniamy. Próbujemy złożyć. Nie da się. To znaczy: da się, ale nie w naszym przypadku. Bo my jesteśmy dwie. A system najwyraźniej lubi, kiedy ktoś jest jeden.
I tu wkracza do akcji zaprzyjaźniony księgowy (tak naprawdę wkroczył ciut wcześniej, przy sprawozdaniu finansowym) i podpowiada, że można to obejść, czyli: wypełnić, podpisać (przez nas obie) i wysłać przez skrzynkę e-doręczeń. Byłoby banalne, gdyby nie seria niefortunnych zdarzeń, czyli: wiceprezesce nie działa profil zaufany, a ja nie pamiętam PIN-u do mObywatela. Cyfryzacja spotyka rzeczywistość i obie strony są wyraźnie zaskoczone.
Wdrażamy plan B: PDF. Druk. Podpis. E-doręczenia. Czyli niby cyfrowo, ale jednak ręcznie.
Kiedy ostatecznie wszystko działa tak, jak powinno i widzę skrzynkę fundacji w moim e-doręczeniowym profilu, czuję euforię. Wysyłam UPL. I czekam.
28 i 29 marca, weekend
Sprawdzam w e-urzędzie (czyli w systemie, w którym to wszystko powinno działać), co z UPL i czy już mogę składać dokumenty w imieniu fundacji. Bo bardzo byśmy chciały złożyć ten nieszczęsny CIT online. Wiem, że urząd nie pracuje w weekend. Ale system cyfrowy chyba pracuje? A może nie pracuje, bo jest częścią urzędu i też ma wolne?
W sobotę rano nic nie ma. Po południu wciąż nic. Podobnie w niedzielę. I rano, i wieczorem.
Zaczynam rozumieć, że cyfryzacja polega na tym, że szybciej możemy sprawdzić, że nic się nie wydarzyło.
30 marca, poniedziałek
UPL-1 nadal nie istnieje w naszej rzeczywistości. Robimy szybką naradę i niczym sztab kryzysowy podejmujemy trudną decyzję: jednak papier. Drukujemy CIT-8. I CIT-D. Trzymam go w rękach i czuję respekt. To nie jest dokument. To jest opowieść. Przeglądam rubryki. Niewiele rozumiem, ale wychodzi na to, że będę wpisywać dużo zer. Dzwonię do zaprzyjaźnionego księgowego.
Na szczęście on te rubryki rozumie. I daje nam gotową instrukcję, gdzie i co mamy wpisać, bez tłumaczenia, co oznacza taka, dajmy na to, „podstawa opodatkowania po uwzględnieniu kwot z części E.3”. Czuję, że ten gest to z jego strony bardzo elegancka forma ochrony naszej godności.
Wpisuję zera. Dwanaście zer we wskazanych miejscach. 36 zer, jeśli liczymy też zera po przecinku. W pewnym momencie mam wrażenie, że to nie jest formularz finansowy, tylko ćwiczenie z pokory.
31 marca, wtorek, godz. 8.18
Nie mamy UPL-1. Mamy za to wydrukowany CIT. Jadę do urzędu skarbowego. Mam w ręku plik papieru, który opisuje pięć operacji finansowych z dokładnością godną międzynarodowej korporacji. Jest 8.18 rano, a ja stoję z grubym plikiem dokumentów i nagle czuję się bardzo dorosła. Mam 52 lata, więc teoretycznie powinnam się już przyzwyczaić do takich uczuć, ale najwyraźniej dopiero CIT-8 (i CIT-D, nie zapominajmy!) mnie do tego doprowadził.
I w pewnym momencie przychodzi jeszcze jedna myśl:
wielkie firmy wypełniają dokładnie ten sam formularz! Orlen. KGHM. PZU. Przez chwilę czuję się jak Rafał Brzoska. Chociaż podejrzewam, że on nie stoi o 8.18 rano przy okienku w urzędzie skarbowym z wydrukiem w ręku.
W moim urzędzie nie ma okienek. Są pokoje. Za wielkim biurkiem siedzi urzędnik. Nie wita mnie uśmiechem. Na moje: „dzień dobry, chciałam zostawić CIT”, kręci głową:
– U nas się nic nie zostawia. U nas się SKŁADA.
– To się dobrze składa – pozwalam sobie na żart – bo chciałam złożyć.
Liczę na jakiś cień uśmiechu. Przeliczam się. Urzędnik patrzy na mnie tak, jakby system jednak popełnił błąd i mnie przepuścił. Opuszcza wzrok na dokumenty, przegląda strona po stronie, wreszcie kiwa głową z aprobatą i kończy czymś, co brzmi trochę jak motto:
– My, proszę pani, nie jesteśmy jak sklep. Że pani kupi albo nie kupi. Do nas trzeba przyjść i załatwić. Czy się podoba, czy nie.
No więc przyszłam. I załatwiłam. Czy mi się podobało? To jest ten rodzaj satysfakcji, który pojawia się po wizycie u dentysty, kiedy lekarz mówi: „wszystko dobrze, zapraszam za pół roku”. Człowiek wychodzi trochę zmęczony, trochę dumny i z poczuciem, że jednak dał radę. Z tą różnicą, że dentysta nie daje do wypełnienia trzynastu stron.
PS. Życzliwy księgowy pojawia się w tym pamiętniku epizodycznie, ale w rzeczywistości jest jego cichym bohaterem. Gdyby nie jego pomoc – również przy sprawozdaniu finansowym – nie pisałabym dziś tego felietonu do ngo.pl, tylko czynny żal do urzędu.
Wniosek jest prosty: najlepszą i najbardziej uniwersalną kompetencją finansową jest znajomość życzliwych ludzi, którzy wiedzą, o co chodzi.
Źródło: informacja własna ngo.pl