Lekcja polskości z Kazachstanu. Joanna Wilk-Yaridiz o pasji, która leczy i zmienia świat [wywiad]
Zaczęło się od poruszających opowieści ojca o rodakach zesłanych na Wschód i impulsywnej zbiórki książek, która przerosła najśmielsze oczekiwania. Dziś Fundacja dla Rodaka to ogólnokrajowa siła, łącząca pisarzy, młodzież, samorządy i Koła Gospodyń Wiejskich we wspólnej misji wspierania Polaków w Kazachstanie oraz ułatwiania powrotu repatriantom. O budowaniu mostów ponad granicami, walce z systemową machinerią oraz osobistym przełomie po trudnej diagnozie, który dał siłę do przenoszenia góry, opowiada założycielka fundacji, Joanna Wilk-Yaridiz.
Dziedzictwo pamięci i fundamenty fundacji
Aneta Maria Pawelczyk-Piłat: – Od czego zaczęła się Pani droga w sektorze społecznym? Czy to była przemyślana strategia menedżerska, czy raczej impuls serca człowieka, który nie potrafi przejść obojętnie obok cudzego losu?
Joanna Wilk-Yaridiz: – Zdecydowanie to drugie – czysty impuls, choć głęboko zakorzeniony w szacunku do historii, który wyniosłam z domu rodzinnego. Oficjalnie Fundacja dla Rodaka działa od 2017 roku, ale nieoficjalnie wszystko zaczęło się w maju 2016 roku od skromnej zbiórki książek dla Polaków z Kazachstanu.
Tata od dziecka powtarzał mi w rozmowach, że nasi rodacy zostali zesłani na Syberię i w głąb Kazachstanu, że tam pozostali i nikt o nich na dobrą sprawę nie pamięta. Te opowieści kiełkowały we mnie latami, aż w końcu poczułam, że dłużej nie mogę czekać – muszę po prostu zacząć działać.
W tamtej pierwszej akcji zebraliście ponad dwadzieścia ton książek. Jak kobieta, która na co dzień pracuje zawodowo, była w stanie ogarnąć logistycznie tak gigantyczne przedsięwzięcie bez zaplecza instytucjonalnego?
– To był klasyczny efekt kuli śnieżnej. Szukaliśmy sposobów, żeby przetransportować te zbiory bez gigantycznych kosztów, na które nie było nas stać. I wtedy zadziałała niesamowita, ludzka solidarność. Odnaleźli nas m.in. kibice piłkarscy, którzy jechali na mecz Polska–Kazachstan – spakowali do aut 130 kilogramów literatury i dostarczyli je na miejsce. To potężnie nagłośniło sprawę.
Okazało się, że determinacja zwykłych ludzi potrafi dokonać tego, przed czym kapitulują wielkie instytucje. Jedna akcja zaczęła rodzić kolejną, pokazując, jak wielki głód polskości panuje na Wschodzie.
Dlaczego akurat książka stała się dla tych ludzi czymś tak niezwykle ważnym, niemal symbolicznym?
– Dla Polaków z Kazachstanu – z których wielu to już czwarte pokolenie na obczyźnie – książka to znacznie więcej niż tylko papier czy lektura. Stała się czymś w rodzaju relikwii i namacalnego dowodu, że Ojczyzna o nich nie zapomniała. Z racji tego, że często nie mają dostępu do polskich księgarni, ich jedynymi bibliotekami są skromne salki przy szkołach języka polskiego.
Kiedy patrzę, z jaką pieczołowitością kultywują tradycje czy modlitwy przekazane przez babcie, czasami robi mi się wstyd, gdy słyszę, jak my tutaj, w Polsce, na wszystko narzekamy. Oni tę polskość po prostu bezgranicznie ukochali.
Solidarność w praktyce: od autorów po szkolne ławy
Jak z tego początkowego zrywu zrodziła się ogólnokrajowa inicjatywa „Autorzy dla Rodaka”?
– Pomyślałam, że twórcy, których sama czytam, mają potężne zasięgi i siłę przebicia. Napisałam do pani Ani Sakowicz, potem do kolejnych pisarzy. Dziś mamy w gronie przyjaciół fundacji blisko dwustu polskich autorów i autorek, którzy regularnie przekazują nam swoje książki opatrzone osobistymi, ciepłymi dedykacjami.
Do grona naszych wolontariuszy dołączyła nawet Joanna Jax, która pod wpływem rozmów z nami napisała poruszającą trylogię o zesłańcach. To dowód na to, że sektor społeczny żyje wtedy, gdy potrafimy mądrze łączyć różne środowiska: pisarzy, czytelników i ludzi dobrej woli.
A jak w praktyce wyglądają Wasze „Lekcje dla Rodaka” i kto odpowiada za ich prowadzenie?
– Pokazujemy młodzieży historię przez pryzmat autentycznych emocji, a nie tylko suchych dat z podręcznika. Kluczową rolę w tym projekcie odgrywali nasi stypendyści – studenci m.in. z Kazachstanu, Mołdawii, Białorusi, Ukrainy czy Gruzji. Mieli to wpisane w regulamin, dzięki czemu dawali coś od siebie. Odwiedzali szkoły i opowiadali o własnych dziadkach i pradziadkach, o ich losach na zsyłce. Dla dzieciaków to były najlepsze, żywe lekcje historii, bo słuchały rówieśników dzielących się swoją własną, rodzinną opowieścią.
Z kolei akcja „Kartka dla Rodaka” angażuje setki placówek edukacyjnych, które wysyłają starszym rodakom na Wschodzie własnoręcznie robione kartki z życzeniami. Dla tych ludzi te gesty są bezcenne.
Od Olsztyna po Wschód: lokalny wymiar pomocy i nowe partnerstwa
Fundacja mocno zakorzeniona jest także lokalnie, tutaj na warmińskiej ziemi. Jakie działania prowadzicie na naszym rodzimym podwórku w Olsztynie?
– Staramy się być tam, gdzie jest autentyczna potrzeba i gdzie możemy połączyć ludzkie siły. W Olsztynie robimy spotkania autorskie m.in. w zaprzyjaźnionej filii nr 6 Miejskiej Biblioteki Publicznej na Jarotach. Tam również, w ramach akcji „Gra dla Rodaka”, wspieramy miejsce, w którym raz w tygodniu przez parę godzin można się spotkać i pograć w planszówki.
Ponadto, wspólnie z Nadleśnictwem Kudypy, udało nam się postawić „Książkodziuplę” w przepięknym miejscu przy tamtejszym Arboretum – w pniu drzewa zamontowaliśmy leśne półki, które mieszkańcy chętnie odwiedzają, a książki znikają stamtąd błyskawicznie, promując czytelnictwo w otoczeniu przyrody.
Rozszerzacie też współpracę o zupełnie nowe środowiska, w tym Koła Gospodyń Wiejskich czy mniejszości narodowe.
– Zdecydowanie! Współpracujemy ze Stowarzyszeniem Mniejszości Niemieckiej oraz niesamowitymi dziewczynami z Kół Gospodyń Wiejskich, które tryskają niewyczerpaną energią. Panie przygotowują własnoręcznie prezenty dla dzieci, organizują niezwykłe warsztaty rękodzielnicze i angażują się w pomoc całym sercem.
To właśnie jest piękno sektora społecznego – umiejętność łączenia lokalnego potencjału z pomocą o szerszym, często międzynarodowym wymiarze.
Mam przekonanie, że gdyby Koła Gospodyń Wiejskich włączono w ten model w skali ogólnokrajowej, kwestię wsparcia repatriacji mielibyśmy dawno uregulowaną. Członkinie KGW potrafią zaopiekować się całą rodziną, poruszyć lokalną społeczność i sprawić, że pomoc nie kończy się na przekazaniu świadczeń czy znalezieniu mieszkania, ale staje się prawdziwym przyjęciem człowieka do wspólnoty.
Ten pomysł staramy się zresztą promować już od pewnego czasu. Rozmawialiśmy o nim m.in. podczas konferencji skierowanej do wójtów, przekonując, że warto słuchać lokalnych KGW i wykorzystywać ich ogromny potencjał. Z kolei podczas zlotów zachęcaliśmy same panie, aby rozmawiały ze swoimi samorządowcami i pokazywały im, że mogą odegrać kluczową rolę w procesie powrotów do ojczyzny. Stąd też nasza akcja „Gmina dla Rodaka” – chcemy krok po kroku pokazywać, że samorząd i społeczność mogą realnie włączyć się w pomoc rodakom powracającym do Polski.
Skoro rozwiązania systemowe na najwyższym szczeblu wciąż kuleją, może warto zacząć od dołu: od gmin, sołectw, Kół Gospodyń Wiejskich i ludzi, którzy po prostu potrafią być dla drugiego człowieka. Czasem właśnie od takich małych kroków zaczynają się duże zmiany.
Szeroki horyzont misji: od wakacji po stypendia
Warto przypomnieć, że działalność Fundacji dla Rodaka nie ogranicza się tylko do książek czy pojedynczych zbiórek. Jakie jeszcze formy wsparcia stały się Waszą codziennością?
– Nasze działania statutowe obejmują szeroko pojętą pomoc humanitarną, edukacyjną i integracyjną. Poza organizacją projektów takich jak „Wakacje dla Rodaka”, przez kilka lat prowadziliśmy też program stypendialny, wspierając setki studentów ze Wschodu.
Wiemy, jak trudne są pierwsze lata w Polsce dla kogoś, kto przyjechał tu zupełnie sam, zostawiając cały swój dotychczasowy świat za wschodnią granicą. Piękne jest to, że z tych relacji rodzą się nowe, trwałe więzi – niektórzy nasi studenci założyli tu rodziny i dziś mamy już mnóstwo fundacyjnych wnuków.
Logistyka nadziei, bariery systemowe i krakowski cud
Z jakimi największymi trudnościami mierzy się obecnie fundacja przy organizacji tak potężnych przedsięwzięć, jak chociażby „Wakacje dla Rodaka” oraz powracające po przerwie przyjazdy dzieci z Kazachstanu i Gruzji?
– Jak to w trzecim sektorze bywa najczęściej – ze ścianą finansową. Zeszłoroczne projekty i koszty logistyczne potrafią przyprawić o ból głowy. Podstawą jest walka o dotacje – m.in. ze środków Senatu RP czy innych instytucji publicznych – oraz umiejętność poszukiwania brakujących funduszy we własnym zakresie.
Ogromnym problemem strukturalnym w Polsce jest kalendarz konkursowy: wyniki dotacyjne ogłasza się często w listopadzie, a środki spływają dopiero wiosną, np. w kwietniu. Jak mamy w kwietniu – tuż przed planowanym przyjazdem dzieci, gdy ceny biletów lotniczych i ośrodków wypoczynkowych gwałtownie szybują w kosmos – opłacić logistykę bez bezpiecznych zaliczek?
To jest momentami czysty maraton przetrwania: dziesiątki telefonów, spotkania, uruchamianie grup z licytacjami charytatywnymi, nieustanne poszukiwanie darczyńców i sponsorów. Myśl o tym, co można pozyskać na rzecz fundacji, to już chyba nasz zawodowy nawyk – rozmawiając z kimś prywatnie, automatycznie kalkuluję, w jaki sposób ta osoba mogłaby pomóc naszym podopiecznym. Jako wolontariuszki musimy całkowicie wyzbyć się dumy, umieć prosić o pomoc, a negocjowanie rabatów to nasza codzienność. Robimy to bezceremonialnie, bo przecież nie żebrzemy dla siebie, lecz w imię wyższej, wspólnej sprawy.
Czy w tej codziennej walce o budżety pojawiają się momenty, które wymykają się racjonalnej kalkulacji i dają wiarę w sens tego wysiłku?
– To nie jest anegdota, to po prostu autentyczny cud z samych narodzin naszej fundacji. Powstaliśmy 24 marca 2017 roku – nie było więc mowy o składaniu wniosków o jakikolwiek start-up czy dotacje. Mimo to marzyliśmy o zorganizowaniu pierwszych wakacji dla dzieci z Kazachstanu. Potrzebowałam kilkunastu tysięcy złotych na same bilety lotnicze. Dzwoniłam wszędzie, prosząc o wsparcie. Do ostatecznego terminu wpłaty brakowało mi dokładnie 15 000 złotych.
Byłam autentycznie załamana, bo termin mijał na dniach. Zaglądam na konto bankowe dzień przed ostatecznym przelewem, a tam… niespodziewany przelew z Krakowa na równe 15 000 złotych! Później dowiedziałam się, że to sprawka darczyńcy, który mnie wcześniej uważnie wysłuchał, uśmiechnął się, niczego wprost nie obiecywał – a pomógł dokładnie wtedy, kiedy najbardziej tego potrzebowaliśmy. To była czysta, namacalna siła wyższa.
Przewartościowanie życia, choroba i niegasnąca energia
A jak wyglądał ten fundamentalny, osobisty moment zwrotny w Pani życiu, związany z trudną diagnozą lekarską i całkowitym przewartościowaniem życiowych priorytetów?
– To był moment podwójny, wręcz graniczny. Na moje 40. urodziny dostałam od losu specyficzny „pakiet”. W tym samym czasie robiłam wymarzone studia podyplomowe MBA i usłyszałam druzgocącą diagnozę: guz mózgu, przy czym zmiana uciskała już rdzeń. Pierwszy weekend po wiadomościach spędziłam w absolutnej, czarnej rozpaczy. Pomyślałam jednak: „Nie, absolutnie nie wybieram się na tamten świat, mam dla kogo żyć, mam wspaniałą córkę”.
Ogromna fala modlitw, wsparcia od bliskich i życzliwych ludzi postawiła mnie na nogi. Niezwykli lekarze – prof. Maksymowicz i cały zespół medyczny, za co będę im wdzięczna do końca moich dni – przeprowadzili dwie skomplikowane operacje. Po wszystkim usłyszałam od lekarzy słowa, które z jednej strony dawały cień nadziei, a z drugiej mroziły krew w żyłach: przyznali, że od momentu pierwszej diagnozy dawali mi maksymalnie trzy tygodnie życia.
Dostała więc Pani od losu symboliczną, drugą szansę, którą przekuła Pani w gigantyczną siłę sprawczą.
– Dokładnie tak to odczuwam. I dlatego dzisiaj po prostu nie potrafię siedzieć z założonymi rękami. Mam w sobie pokłady ogormnej energii, radości i optymizmu, a czasem – jak mówią niektórzy – zdrowego, pozytywnego szaleństwa. Skoro dostałam od życia dodatkowy czas, to moim absolutnym obowiązkiem jest wykorzystać go najlepiej, jak potrafię, służąc innym.
Pamięć, repatriacja i plany na przyszłość
Jakie cele, marzenia i plany stawia sobie Fundacja dla Rodaka na kolejne lata?
– Chcemy niezmiennie iść naprzód, bo pamięć o naszych rodakach na Wschodzie i kwestia prawdziwego, systemowego wsparcia repatriacji to zobowiązanie, z którego nikt nas nie zwolnił. Marzę o tym, by zyskać stabilne zaplecze finansowe, które pozwoli nam organizować „Wakacje dla Rodaka” czy wsparcie studentów z poczuciem realnego bezpieczeństwa, a nie w ciągłym stresie o jutro.
Ostatnie lata pokazały, jak łatwo wszystko może legnąć w gruzach, a odbudowywanie przerwanych relacji od zera kosztuje mnóstwo trudu. Będziemy jednak dalej robić swoje: pielęgnować historyczną pamięć, walczyć o godny powrót tych, którzy wciąż czekają na Ojczyznę, budować mosty między Polską a Wschodem i udowadniać, że grupa zwykłych, z pozoru skromnych wolontariuszek potrafi realnie przenosić góry.
Joanna Wilk‑Yaridiz – społeczniczka, założycielka i prezeska Fundacji dla Rodaka z Olsztyna. Od lat organizuje działania pomocowe, edukacyjne i kulturalne na rzecz Polaków mieszkających na Wschodzie oraz repatriantów przyjeżdżających do kraju. Jest pomysłodawczynią inicjatyw takich jak „Autorzy dla Rodaka”, „Lekcje dla Rodaka”, „Gmina dla Rodaka” czy programów letniego wypoczynku dla dzieci z Kazachstanu i Gruzji. W swojej pracy łączy lokalne społeczności, twórców i samorządy, budując trwałe wsparcie dla pielęgnowania polskiej pamięci i tożsamości.
Dodaj informację do portalu ngo.pl!
Czekamy na Twój artykuł, komentarz, wywiad czy relację. Dotrzyj ze swoją informacją do tysięcy osób, które czytają ngo.pl.
-
Galeria Apteka Sztuki ZAZ
-
Dorota Setniewska, ngo.pl