Agnieszka Kosowicz: Jesteśmy zmęczeni i pomagamy. Bo jest taka potrzeba [wywiad]
O rzecznictwie w cieniu politycznego wrzasku, uchodźcach zepchniętych na margines i o tym, dlaczego zmęczenie nie oznacza obojętności, rozmawiamy z Agnieszką Kosowicz, prezeską Polskiego Forum Migracyjnego.
Małgorzata Łojkowska: – Monitorując sytuację migrantów i migrantek w Polsce wynotowałam między innymi takie zdarzenia: Jesienią 2024 roku rząd przyjął strategię migracyjną na lata 2025–2030. Przed jej przyjęciem nie przeprowadzono konsultacji publicznych. Pod presją organizacji zorganizowano wysłuchanie obywatelskie, które chyba w kluczowych kwestiach niczego nie zmieniło.
Projekt ustawy wygaszającej pomoc obywatelom Ukrainy został przesłany organizacjom przed Wigilią z terminem odniesienia się wynoszącym cztery dni robocze. List protestacyjny podpisało ponad 60 organizacji. Ostatecznie odbyło się spotkanie konsultacyjne, ale większość uwag nie została uwzględniona.
W lutym 2025 roku pojawił się projekt ustawy wprowadzający możliwość czasowego ograniczenia prawa do złożenia wniosku o azyl. Organizacje protestowały – znów brak reakcji. Wielokrotne przedłużanie zawieszenia prawa do azylu – organizacje protestują, brak reakcji.
Ostatnio pojawił się projekt, zgodnie z którym organizacje będą mogły być zostać poinformowane o deportacji cudzoziemca zaledwie na dwie godziny przed jej przeprowadzeniem. Rząd nie chce, żeby organizacje angażowały się w sprawy deportacji.
Przychodzą mi do głowy dwie myśli. Pierwsza jest taka, że migracje to taki obszar spraw społecznych, w którym spór między rządzącymi a organizacjami społecznymi, jest chyba największy. Druga – że rzecznictwo w tym obszarze niewiele daje. To chyba nie będzie wesoła rozmowa?
Agnieszka Kosowicz, Polskie Forum Migracyjne: – Staram się nie myśleć o tym, że nasza praca nie daje efektów. Dużo wysiłku wkładam w to, żeby konsekwentnie mówić o tym, co jest dla nas ważne – czyli o prawach człowieka, godności, równości i sprawiedliwości – oraz o potrzebie kierowania decyzji państwa w stronę rozwiązań, o których wiemy, że nie są społecznie szkodliwe.
I tak, nie mam poczucia, żeby rząd nas bardzo wnikliwie słuchał i uwzględniał nasze postulaty. Ale jestem przekonana, że potrzebny jest taki głos, który wskazuje krzywdzące ludzi decyzje państwa, pokazuje, które jego decyzje przyniosą złe skutki. I to staramy się robić.
To prawda, że nie mamy spektakularnych sukcesów i nie jest tak, że nasze rekomendacje doprowadzają do znaczących zmian prawnych. Rząd odchodzi od równego traktowania ludzi, od praw człowieka. Regularnie przekazuje też społeczeństwu kłamliwe informacje. Mimo to staramy się działać dalej. Ostatnio wysyłaliśmy apel do rządu w sprawie ustawy „wygaszeniowej”, żeby jednak zastanowić się raz jeszcze i objąć pomocą osoby z grup wrażliwych, które tą ustawą zostały pozbawione elementarnej pomocy.
➡️ Przeczytaj: Wygaszeni [komentarz Agnieszki Kosowicz]
➡️ Przeczytaj też: List ws. skutków wygaszenia tzw. specustawy ukraińskiej
Sytuacja tych ludzi jest naprawdę tragiczna. I naprawdę chcę wierzyć, że to efekt pośpiesznych zmian prawa, nie złej woli rządzących. Zabrakło wnikliwego namysłu wtedy, kiedy zmieniano przepisy, co niestety stanowi ostatnio standard.
W obszarze migracji za każdym razem prawo zmieniane jest pod presją czasu, w cieniu sporu politycznego w Polsce.
Ma pani poczucie, że polityka migracyjna powstaje bardziej pod wpływem emocji niż realnego namysłu nad skutkami?
– My w ogóle nie rozmawiamy o tym, co robimy jako państwo w tych sprawach w spokojny sposób, myśląc o długoterminowych skutkach podejmowanych decyzji. Wszystko dzieje się nerwowo, pospiesznie. Rządzący dostosowują prawo do, jak im się wydaje, niechętnych migrantom postaw społecznych. Nie ma namysłu, czy ludzie rzeczywiście tak myślą – to po pierwsze. A po drugie – co z tego wyniknie. Nie ulega wątpliwości, że część społeczeństwa jest niechętnie nastawiona do migrantów, i jest to część, którą wyraźniej słychać. Jednocześnie, wiele Polek i Polaków cały czas angażuje się pomoc. Wiele osób dostrzega korzyści z obecności osób z Ukrainy czy innych migrantów.
Na przykład obecnie rozmawiamy o osobach w kryzysie zdrowotnym, które rząd odciął od prawa do ubezpieczenia. Wyobraźmy sobie pacjenta w zakładzie opiekuńczo-leczniczym albo DPS-ie – który korzysta tam z opieki przez całą dobę, ponieważ ma 85 lat, chorobę Alzheimera albo demencję, nie chodzi sam, sprawnie się już nie komunikuje. Co dobrego jest w wyrzuceniu tej osoby z tego DPS-u? I gdzie? Na ulicę, do noclegowni dla bezdomnych? A kto się w tej noclegowni tą osobą zajmie? Przecież tam nie ma ani personelu, ani zasobów. To są praktyczne problemy, z którymi ludzie mierzą się już teraz. Jak wnieść leżącego pacjenta do tej noclegowni? Naprawdę wątpię, że społeczeństwo chce, żeby ludzi zostawiać na pastwę losu.
Dlaczego właśnie w tym obszarze politycy tak bardzo nie słuchają organizacji?
– Bo chcą wygrać wybory? Mam poczucie, że dyskurs polityczny w Polsce odchodzi daleko od problemów społecznych. Polityka nie jest w tej chwili skupiona na tym, żeby rozwiązywać problemy ludzi.
Która partia przedstawiła społeczeństwu program rozwiązania kryzysu mieszkaniowego? W ogóle się o tym nie rozmawia. Albo kwestia depopulacji – politycy nie rozmawiają ze społeczeństwem o tym, jak wyobrażamy dalszy rozwój kraju w sytuacji, w której systematycznie zmniejsza się liczba ludności. A przecież warto byłoby prowadzić taką dyskusję.
Można krzyczeć „Polska dla Polaków” albo „Polska otwarta”, ale co właściwie ludzie mają na myśli? Nie ma dyskusji polityków ze społeczeństwem. Jest mowa tylko o tym, że słupki się przechylają trochę w lewo, trochę w prawo.
Naprawdę nie widzę w Polsce debaty na temat tego, co ludzie uważają za ważne. Brak argumentów, nazywania problemów, omawiania skutków różnych rozwiązań. Nie prowadzimy dojrzałej dyskusji o tym, z czym mierzymy się jako społeczeństwo. Dużo krzyczymy. Nie słyszymy argumentów, słyszymy wrzask.
Myślę też, że ten brak merytorycznej rozmowy o migracji jest elementem większego problemu.
Jeżeli jednak chodzi o naruszenia praw człowieka, to w żadnym innym obszarze sytuacja nie jest chyba dziś tak zła, jak w przypadku migracji. Coraz więcej mamy regulacji niezgodnych z prawem międzynarodowym i praktyk działania, które również budzą poważne zastrzeżenia w tym kontekście. Dlaczego akurat obszar migracji jest takim obszarem?
– Od 2015 roku podczas każdych wyborów pojawia się wątek migracji. Migranci są pokazywani jako zło, niekorzystny element rzeczywistości, z którym trzeba walczyć, źródło problemów. Ludzie są migracją i migrantami straszeni. I to straszenie dotąd działało. Ten, kto bardziej radykalnie pokazał migrantów w swoich spotach reklamowych i skuteczniej zbudował narrację opartą na strachu przed obcymi, wygrywał wybory.
Politycy mają więc poczucie, że straszenie uchodźcami jest przepisem na wygraną wyborczą. Prześcigają się w straszeniu.
Jednocześnie jednak słyszymy od biznesu, że potrzebujemy co najmniej 200 tysięcy ludzi rocznie dodatkowo, żeby wypełnić puste miejsca na rynku pracy. Pracownicy migranccy decydują o sukcesie polskiej gospodarki, a istotny odsetek polskich firm nie funkcjonowałby, gdyby nie pracownicy z doświadczeniem migracji. Są całe sektory zależne od migrantów, jak na przykład rolnictwo, gastronomia albo opieka nad osobami starszymi (ponad 90 procent opiekunek to migrantki). Po prostu nie byłoby tych usług, gdyby nie migranci. Ale o tym nie prowadzi się poważnej rozmowy, takiej, która tłumaczyłaby społeczeństwu dalsze skutki lęku.
Widzi pani różnicę w sytuacji migrantów i migrantek oraz organizacji wspierających migrantów, pomiędzy okresem rządów Prawa i Sprawiedliwości a obecną sytuacją?
– Przykro mi to mówić, ale nie. Zmiana rządu oczywiście napawała nas nadzieją. Nie oczekiwaliśmy nawet, że antymigracyjna narracja PiS-u zmieni się w promigrancką narrację nowego rządu, ale
mieliśmy nadzieję na to, że będziemy mogli rozmawiać z rządem jak dorośli ludzie. Że rozmowa będzie merytoryczna. Że rząd będzie przywiązany do konceptu praw człowieka. No i srodze się zawiedliśmy.
Może to oczekiwanie było naiwne. Badacze migracji wskazują, że polityka migracyjna rządów prawicowych i liberalnych, nawet lewicowych, na poziomie działań nie różni się zbytnio.
Powiedziała pani wcześniej, że politycy przekazują nieprawdziwe informacje na temat migracji. Jakie przykłady pojawiają się dziś najczęściej?
– Ostatnio takim tematem są deportacje. Rząd buduje narrację na temat tego, jak skutecznie deportuje ludzi, co zwiększa bezpieczeństwo państwa. Twierdzi też, że te deportacje prowadzone są zgodnie z prawem. Tymczasem niedawno np. deportowano do Afganistanu osoby, w sprawie których Europejski Trybunał Praw Człowieka wydał decyzje zakazujące deportacji. Rząd informował opinię publiczną o tym, że takie dokumenty nie istniały. Tymczasem przedstawiciel organizacji społecznej – Fundacji Instytut na rzecz Państwa Prawa z Lublina – miał je w ręku i wielokrotnie pokazywał je organom władzy.
Inny przykład: granica polsko-białoruska. Regularnie pojawiają się oskarżenia wobec osób niosących pomoc humanitarną, sugerujące ich kontakty z białoruskimi służbami. To oczywiście nie jest prawda. Te osoby pomagają ludziom pokrzywdzonym przez białoruskie służby.
Widzimy też sprzeczność między doświadczeniami organizacji, a tym, co mówi rząd na temat pushbacków. Rząd zapewnia na przykład, że nie deportuje nikogo ze szpitala, a tymczasem my wiemy o takich deportacjach. Wiemy też o rozdzielaniu rodzin, choć rząd twierdzi, że tego nie robi. Wiele informacji podawanych na temat sytuacji na granicy z Białorusią nie odpowiada temu, co widzimy w rzeczywistości.
Rząd buduje narrację, że sytuacja na granicy jest opanowana, że wszystko odbywa się zgodnie z prawem, że państwo ma nad sytuacją kontrolę. Z perspektywy lokalnych organizacji i obserwatorów tak nie jest.
Widzimy osoby wyrzucane na Białoruś i skazywane na nieludzkie traktowanie, czasem wręcz tortury.
Innym przykład rozbieżności między narracją a rzeczywistością to Pakt Migracyjny. Rząd mówi społeczeństwu, że nie wdraża Paktu i że nie będzie go wdrażał. Tymczasem kolejne regulacje są sukcesywnie wprowadzane do polskiego systemu prawnego, niemalże punkt po punkcie.
Rząd tańczy jakiś szalony taniec, w którym narracje i działania nie zawsze idą w parze. Nawet mając dobre intencje, ulega tej części społeczeństwa, która nastawiona jest ksenofobicznie i antymigrancko. Działania rządu wokół migracji to istne piruety, aby nie rozsierdzić prawicowej części sceny politycznej i społecznej. Nie da się tak działać na dłuższą metę. Nie sposób zabezpieczać podstawowych praw tak, żeby to się podobało ludziom, którzy te prawa mają za nic.
Moim zdaniem nasza klasa polityczna za mało wyjaśnia i uzasadnia swoje decyzje.
A jest jakiś obszar, o którym się dziś właściwie nie mówi?
– Wielu spraw się nie porusza albo porusza za mało. Pierwszym takim obszarem są pieniądze. W Polsce duże emocje budzi korzystanie przez Ukraińców z polskiego systemu pomocy społecznej, czy rzekome nadużywanie polskiej gościnności. Tymczasem raporty pokazują, że obecność Ukraińców w Polsce korzystnie wpływa na rozwój gospodarki, że zakładane przez Ukraińców firmy generują ruch biznesowy i powstawanie polskich firm. Są też dane pokazujące, jak duże wpływy podatkowe wynikają z tego, że Ukraińcy mieszkają i pracują w Polsce. Nikt z polityków nie używa jednak tych danych, żeby uspokoić nastroje społeczne i pokazać pozytywny wpływ migracji na naszą rzeczywistość.
Drugim takim obszarem jest agresja wobec osób migranckich, szczególnie w tej chwili wobec osób z Ukrainy. Po pobiciu 16-letniego chłopaka na moście w Warszawie pojawiły się dwa bardzo enigmatyczne komentarze polityków (tylko Magdalena Biejat i Włodzimierz Czarzasty jasno zabrali głos). Reszta polityków udaje, że takie rzeczy się nie zdarzają. Brak wyraźnej reakcji sprawia, że agresorzy czują przyzwolenie i mają poczucie, że agresywne zachowania wobec migrantów są społecznie akceptowane.
Przypadki mowy nienawiści i ataków na migrantów w ostatnich latach wzrosły o 60 procent. Stowarzyszenie Nomada niedawno wydało ciekawy raport na temat przemocy w stosunku do osób migranckich we Wrocławiu. Wynika z niego, że tylko kilkanaście procent z tych, które doświadczyły przemocy, zgłasza ten fakt komukolwiek. Mamy więc w Polsce wielu ludzi, którzy nie ufają naszemu państwu, nie liczą na jego pomoc – bo lekceważy ich cierpienie.
Jakie są dziś największe problemy migrantek i migrantów w Polsce? Mówiła pani o skutkach ustawy „wygaszeniowej”. Jakie osoby najczęściej trafiają teraz do Waszej organizacji?
– Skupiamy się przede wszystkim na wsparciu osób znajdujących się w najtrudniejszej sytuacji zdrowotnej albo życiowej. Zorganizowaliśmy dla nich zbiórkę i właśnie zaczynamy dystrybucję tych środków.
Dużą grupą potrzebującą pomocy są seniorzy. Trochę w innej sytuacji są ludzie, którzy uzyskali polskie emerytury i ci, którzy ich jeszcze nie uzyskali. Osoby pobierające polską emeryturę mają prawo do ubezpieczenia zdrowotnego, więc ich potrzeby medyczne są przynajmniej częściowo zabezpieczone. Problem polega jednak na tym, że te emerytury często wynoszą 10, 20 albo 60 złotych. To stawia te osoby w tragicznej sytuacji ekonomicznej i realnym ryzyku bezdomności.
Z kolei osoby pobierające ukraińską emeryturę nie mają prawa do opieki zdrowotnej. Starszy wiek często wiąże się z przewlekłymi chorobami i koniecznością stałego leczenia. Zgłaszają się do nas osoby, które nie są w stanie wykupić leków. Wśród naszych klientów są osoby onkologicznie chore, po operacjach, dializowane, z cukrzycą – ludzie, którzy nie mają dostępu do lekarza i pomocy medycznej.
Niedawno dzięki Fundacji Biedronka prowadziliśmy akcję wsparcia osób starszych – powyżej 75. roku życia. Przychodziliśmy codziennie do pracy i mijaliśmy kolejkę osób z chodzikami i laskami – to łamało serce. Musieliśmy decydować, komu przyznać pomoc, komu nie. Trudno było też słuchać tego, co ludzie mówili po otrzymaniu wsparcia. Przydzielaliśmy karty przedpłacone na kwotę 230 zł i niektórzy płakali i mówili, że dzięki temu mogą kupić sobie np. kefir, czy biały ser.
Kolejną grupą w trudnej sytuacji są matki z dziećmi. W marcu rząd wykreślił kobiety, które mają trójkę i więcej dzieci z katalogu grup wrażliwych. Ten katalog się zrobił bardzo krótki. System oczekuje, że te matki pójdą do pracy i utrzymają siebie oraz dzieci, ale często jest to po prostu niemożliwe. Przy trójce dzieci zawsze któreś choruje. Nie mówiąc już o sytuacjach, w których jedno z nich ma niepełnosprawność albo specjalne potrzeby. Polskie prawo widzi osoby z niepełnosprawnościami dopiero, gdy uzyskają polskie orzeczenie o niepełnosprawności – a to trwa.
Uderzający jest kontrast pomiędzy naszym doświadczeniem a narracją polityczną, że uchodźcy nas wykorzystują i żyją sobie jak pączki w maśle.
Porozmawiajmy chwilę o Waszej zbiórce. Wydaje mi się, że ona pokazała, że to nie jest prawda, że nie chcemy wspierać osób z Ukrainy, że jesteśmy zmęczeni pomaganiem.
– W dwa dni zabraliśmy milion złotych, a w trzy tygodnie blisko dwa miliony. To coś naprawdę wspaniałego. Mamy poczucie, że są ludzie, którym nie jest obojętna ani nasza praca, ani przede wszystkim sytuacja osób znajdujących się w kryzysie. Ludzie głosują w takim przypadku nie nogami nawet, tylko portfelem. To bardzo konkretna deklaracja wsparcia. Tak właśnie ją traktujemy.
Między innymi na bazie tej zbiórki przygotowałyśmy apel do rządu z prośbą o ponowne przemyślenie zmian prawnych i objęcie możliwością ubezpieczenia także osób w kryzysie zdrowotnym.
Co do zmęczenia pomaganiem: w pierwszym momencie pomyślałam tak, jak pani – że nie jesteśmy zmęczeni pomaganiem, że to tylko slogan, że jest siła w narodzie. Potem, że to jest jednak bardziej złożone. Jesteśmy zmęczeni. Ludzie od czterech lat angażują się we wsparcie osób z Ukrainy. Nadal wiele osób kogoś gości, zatrudnia, dzieli się tym, co ma. Ale to, że się jest zmęczonym, nie znaczy, że jest się nieżyczliwym. Albo to, że się jest zmęczonym, nie znaczy, że uważa się, że już dość tego wsparcia. Jesteśmy zmęczeni i pomagamy. Bo jest taka potrzeba.
Czy ma pani pomysł, jak prowadzić rzecznictwo w tak trudnym temacie?
– Najważniejsze jest po prostu to, żeby je prowadzić – cierpliwie, systematycznie. Nie wiem jeszcze, jak to robić najlepiej. Mam poczucie, że cały czas szukamy dobrej drogi. Zbiórka, o której rozmawiałyśmy, nie miała być przecież narzędziem rzeczniczym, a stała się nim. Ponad 14 tysięcy osób dało nam pieniądze na pomoc ludziom w kryzysowej sytuacji. To jest siła. Ci ludzie stali za nami, gdy po zbiórce ponownie pisaliśmy apel do rządu – trzeci w tym roku w tej samej sprawie.
Metoda pracy naszej fundacji polega przede wszystkim na systematyczności i konsekwencji. Bardzo wierzę w „rzecznictwo oparte na doświadczeniu” – gdy dotykamy tematów, o których mówimy. To staramy się robić – stale dzielić się wiedzą o tym, co widzimy, o problemach, z którymi przychodzą do nas ludzie.
Myślę, że dużym wyzwaniem jest właśnie to, żeby się nie poddać i nie ulec temu poczuciu, o którym rozmawiałyśmy na początku – zwątpieniu, czy nasze działanie jest skuteczne. Trudno nie stracić wiary, że praca ma sens, kiedy nie widać znaczących efektów.
Mam też poczucie, że czasami sukces polega na tym, żeby wnosić do przestrzeni publicznej inną perspektywę – naszą perspektywę, także perspektywę samych migrantów. Żeby nasz głos był obecny w debacie publicznej, żeby nie dać się z niej wyrzucić. Myślę, że to też jest cel naszego rzecznictwa.
Co do metody pracy: rzecznictwo to ostatecznie rozmowy i współprace z konkretnymi ludźmi. Trudne jest, że wiele osób ma dziś naprawdę krótki lont. Napięcie wokół tematu jest duże, towarzyszy mu wiele silnych emocji, poczucia niesprawiedliwości, krzywdy, strachu, ale też złości, odpowiedzialności. Działamy pod ciągłą presją czasu, napięcie jest w tej branży stałym elementem rzeczywistości.
Wiele osób, z którymi rozmawiamy w różnych środowiskach ma poczucie, że jesteśmy w istotnym momencie dziejowym i dalszy obrót spraw ma wielkie znaczenie – osoby walczą więc o swoje racje w przekonaniu, że zależy od tego przyszłość. A my staramy się wśród tego napięcia szukać porozumienia i szacunku do czyichś emocji, nawet gdy się nie zgadzamy. Domagać się godnego traktowania, ale też samemu innych godnie traktować. Sama też mam emocje – wyzwaniem w pracy rzeczniczej bywa panowanie nad nimi i robienie dalej swojego.
Agnieszka Kosowicz – założycielka i prezeska Fundacji Polskie Forum Migracyjne, współtwórczyni Konsorcjum Migracyjnego. Jest inicjatorką różnych działań na rzecz migrantów i migrantek w Polsce, autorką i współautorką publikacji na temat migracji i integracji. Prowadzi zajęcia i warsztaty dotyczące migracji i różnorodności kulturowej dla dzieci, młodzieży i dorosłych. W PFM tworzy projekty, prowadzi działania informacyjne, warsztaty i szkolenia. Z wykształcenia jest dziennikarką. Prywatnie ma trzy pasje: podróżowanie, reportaż i ogród.
Źródło: informacja własna ngo.pl