Osoby chore onkologicznie pozbawiane leczenia, starsi ludzie wyrzucani z DPS, wnuczki z dziadkami, które z dnia na dzień zostały bez pomocy – takie są skutki „wygaszania” pomocy dla osób z Ukrainy w praktyce. Od 5 marca, kiedy weszła w życie nowelizacja przepisów wygaszająca specustawę o pomocy uchodźcom z Ukrainy, codziennie przychodzi do PFM co najmniej pięć osób w kryzysowej sytuacji.
I Polacy płaczą
Dzwonią do nas w tych sprawach nie tylko osoby z Ukrainy. Dzwonią polscy obywatele, którzy mają krewnych z Ukrainy. Dzwoni polski personel placówek świadczących pomoc społeczną. Dzwonią szpitale. Dzwonią nawet państwowe infolinie – bo nikt nie wie, jak w praktyce pozbawić pomocy ludzi w dramatycznej życiowej sytuacji. Ludzie czasem dzwonią i płaczą.
Przychodzi dziadek, który samotnie opiekuje się wnuczką. Matka wnuczki zmarła jeszcze przed wojną – ale z terenów objętych wojną nie sposób wydobyć świadectwa zgonu. Dziadek go nie ma. Radzili sobie w Polsce we dwójkę, wynajmowali pokój. Ale po “wygaszaniu” dziadek, 74 lata, który nie mieszka w ośrodku zbiorowego zakwaterowania, nie ma polskiej emerytury i nie podejmie już pracy, stracił prawo do zasiłku. Stracił też prawo do pobierania 800+ na wnuczkę. Za chwilę stracą więc mieszkanie, bo bez wsparcia nie zapłacą czynszu. Z czego, jak mają żyć?
Przychodzą osoby chore onkologicznie, nie jedna, przychodzą albo dzwonią prawie codziennie. Osoby w trakcie terapii są odsyłane od lekarza z kwitkiem. Ktoś w trakcie chemioterapii traci radioterapię. Lekarz chce leczyć, ale pani w rejestracji mówi, że nie może – pacjent w systemie elektronicznym świeci się na czerwono.
Szpital uznaje, że radioterapia nie jest ratująca życie, chemioterapia musi wystarczyć. Jak powiedzieć, że radioterapia nie jest ratująca życie komuś, kto walczy z rakiem? Osoba nie pójdzie do pracy. Nikt w Urzędzie Pracy nie zarejestruje jej teraz jako bezrobotnej. Nie ma pracy. Nie ma ubezpieczenia. Leczenia też nie ma.
Nie da się żyć. Nie da się umrzeć
„Nie można się leczyć. Ale umierać też nie można”, mówi z goryczą przedstawicielka organizacji udzielającej pomocy mieszkaniowej uchodźcom z Ukrainy.
Z pakietu przysługującej uchodźcom z Ukrainy wykreślono też zasiłek na pochówek. Małe gminy, w których ulokowane są ośrodki zbiorowego zakwaterowania dla uchodźców, są w kropce. Bez rządowego finansowania na nie spadły obowiązki finansowe za uchodźców niesamodzielnych. Bo co jak co, ale pochówek przecież odbyć się musi.
Dzwonią starsi ludzie, chorzy, ich rodziny. Ktoś, do kogo zadzwonił DPS i kazał zabrać leżącego ojca z placówki w ciągu pięciu dni, bo jak nie, to wezwą po niego policję. Jak w pięć dni zorganizować samemu opiekę nad starszym, niesamodzielnym człowiekiem, w obcym kraju?
Ktoś pyta, jak to jest z pomocą mieszkaniową państwa dla osób z niepełnosprawnością. Przysługuje, ale tylko wtedy, gdy osoba ma polskie orzeczenie o niepełnosprawności. Co ma zrobić osoba na wózku, która wjeżdża do Polski dziś? Gdzie ma iść? W Ukrainie trwa aktywna wojna, ludzie zostają ranni, tracą sprawność, wiele osób nie ma już w Ukrainie bliskich. Taka osoba musi wjechać do Polski, przetłumaczyć ukraińskie dokumenty medyczne na polski, dostać skierowanie od polskiego lekarza do komisji orzekającej o niepełnosprawności i dostać stosowne orzeczenie. Wtedy może skorzystać z rządowej pomocy mieszkaniowej. My nie wiemy, co ludziom poradzić. Gdzie ta osoba ma mieszkać, zanim to wszystko się stanie?
Dla ludzi nie ma miejsca
Rząd od dawna już zmierza do tego, żeby ograniczyć liczbę ośrodków zbiorowego zakwaterowania i aktywnie wspierał osoby, żeby się z tych ośrodków wyprowadzały. Program prowadzony przez dwie polskie organizacje: PCPM i PCK przyniósł efekty. Wiele osób wyprowadziło się z ośrodków, zostały głównie osoby, które nie mają możliwości się usamodzielnić. Jest tych osób około 15-17 tysięcy. Niektóre ośrodki są zamykane. Po Polsce krążą ludzie w desperacji, jak znaleźć dla siebie nowe miejsce. Finalnym miejscem poszukiwań często jest organizacja pozarządowa.
Po zmianie prawa uchodźcy z Ukrainy z peselem UKR nie mają prawa do zasiłków stałych. Te zasiłki otrzymywały osoby, które ich potrzebowały do życia – to przecież nie jest fanaberia. Każdy, kto korzysta z tych zasiłków w Polsce wie, że państwo nimi nie szafuje. Więc, na przykład, tracą zasiłki ludzie, którzy z tych zasiłków opłacali swój pobyt w ośrodku zakwaterowania, na przykład na Modlińskiej w Warszawie, na przykład dlatego, że są osobą niepełnosprawną albo chorą i nie mogą pójść do pracy.
Państwo sobie myśli: skoro są z Ukrainy, niech wracają do Ukrainy. Tylko gdzie ma wrócić osoba na wózku, która pochodzi z obszarów objętych wojną? Jak samotna osoba na wózku ma fizycznie wrócić do domu, którego tam nie ma? Kto mógł pomyśleć, że grupa najbardziej bezradna sama po prostu wyniesie się z Polski?
Jest grupa osób chorych psychicznie. Odwiedza nas regularnie znana wielu już organizacjom pani borykająca się z chorobą, która zniszczyła już dziewięć, może dziesięć paszportów. Mieszka na ulicy, przychodzi posiedzieć, napić się herbaty, szczególnie gdy był mróz. Państwo może odbierać prawa tej osobie ile chce, ale to nie przynosi rozwiązania. Nie staje się mniej niesamodzielna. I do pracy też nie pójdzie.
Tracą także dzieci
Ustawę wygaszającą pomoc dla Ukrainy napisano i przyjęto z założeniem, że zmyślni Ukraińcy czerpią niezasadnie korzyści z polskiej gościnności. Tacy do nas nie przychodzą. Przychodzą do nas ludzie, którzy z ogromnym trudem wiążą koniec z końcem, walczą o elementarne potrzeby i godność, bardzo często opiekują się dziećmi.
Państwo myśli (i robi): 800+ tylko dla osób pracujących. W przypadku pomocy dla Polaków dyskusja była odwrotna: czy dawać to świadczenie dobrze zarabiającym. Chodzi w nim przecież o dobro dziecka. Ale nie, rozumowanie prawodawców jest takie, że pomagamy tym, którzy dokładają się do wspólnego kotła. Niepracująca matka się nie dokłada.
Teraz nie wiemy, co powiedzieć matce z trójką dzieci z orzeczeniem o niepełnosprawności. W rozumieniu ustawy matka, jak matka, powinna iść do pracy. A ona nie pójdzie – bo jak ma zostawić w domu na cały dzień pieluchowane dziecko i dwójkę pozostałych?
Są przypadki, gdy to matka jest niepełnosprawna i ma zdrowe dzieci pod opieką. ZUS nie wie: przysługuje jej 800+ czy nie. Matka nie pójdzie do pracy.
Są jeszcze placówki takie jak DPS. DPS-y same wydzwaniają po ośrodkach zakwaterowania w poszukiwaniu miejsc, gdzie można przenieść pacjenta. Bo po zmianie prawa państwo nie płaci za DPS, ludzie nie mają prawa do pobytu w DPS, ale osoby, często leżące, tam są i wymagają opieki. Ośrodki zakwaterowania nie chcą przyjąć leżących pacjentów. DPS szukają miejsca. Nie ma dalej finansowania. Nie wiadomo, co DPS-y mają zrobić z pacjentami. Czasem pacjent jest już nieświadomy sytuacji, a płacze z bezsilności personel.
Chaos informacyjny
Zgodnie z nową ustawą osoby, które mieszkają w ośrodkach zbiorowego zakwaterowania, mają prawo do ubezpieczenia. Muszą tylko mieć zaświadczenie. Ale brak wytycznych: czyje zaświadczenie? Znamy przypadek z okolic Warszawy: ośrodek zdrowia nie honoruje zaświadczenia wystawianego mieszkańcom przez ośrodek zakwaterowania. Nie wiadomo, dlaczego i na jakiej podstawie. Gmina też nie wystawia zaświadczeń. Bez zaświadczeń mieszkańcy nie mają dostępu do pomocy medycznej, choć są do niej uprawnieni.
Inny temat: asystenci rodziny dla niewydolnych matek. Po zmianie prawa już nie przysługują. Ale o przyznaniu asystenta decyduje sąd. Ośrodki Pomocy Społecznej mają więc rodzinę w kryzysie: sąd kazał wyznaczyć asystenta, system go nie finansuje. I co teraz?
Inny temat: trzy niespokrewnione starsze osoby razem wynajmują mieszkanie. Dwie osoby po sześćdziesiątce, trzecia – ponad osiemdziesiąt lat. Nie mają orzeczeń o niepełnosprawności, nie mają polskiej emerytury – radzili sobie wspólnie, bo status pesel UKR dawał im ubezpieczenie. Teraz jedyna opcja dla nich, którzy w tym wieku potrzebują pomocy medycznej, to wrócić do ośrodka zbiorowego zakwaterowania. Ośrodek przysługuje im ze względu na wiek. Ale nie musieliby. Oni nie chcą i państwo nie chce. Daliby radę sami, gdyby tylko państwo nie pozbawiło ich wsparcia w postaci dostępu do ubezpieczenia. Przecież żaden urząd pracy nie zarejestruje ich jako bezrobotnych tylko po to, żeby byli ubezpieczeni.
Prawodawcy nie przewidzieli niektórych skutków ustawy, którą napisali. Trudno powiedzieć czy celowo, czy świadomie wywołali ogromny chaos, który krzywdzi ludzi. Organizacje społeczne najpierw dostały na skomentowanie ustawy cztery dni przed Nowym Rokiem. Później termin nieco wydłużono – nie było jednak mowy o rzetelnej wnikliwej analizie ustawy, która zmieniła około 40 innych ustaw.
Część spraw organizacje sygnalizowały. Alarmowaliśmy, że potrzeby osób starszych nie są uwzględnione. Uwagi społeczeństwa obywatelskie są regularnie bagatelizowane. nie dostajemy informacji zwrotnej ani argumentacji: dlaczego państwo decyduje się zostawiać pewne grupy osób na lodzie. Usłyszałam niedawno komentarz: “prawa nie tworzą praktycy”.
Z praktykami czy bez, w atmosferze nagonki i populistycznej, wrogiej narracji publicznej, nowelizacja prawa pozbawiła pomocy najbiedniejszych. Najsłabsi, w najtrudniejszej sytuacji, zostali na lodzie.
Agnieszka Kosowicz – założycielka i prezeska Fundacji Polskie Forum Migracyjne, współtwórczyni Konsorcjum Migracyjnego. Jest inicjatorką różnych działań na rzecz migrantów i migrantek w Polsce, autorką i współautorką publikacji na temat migracji i integracji. Prowadzi zajęcia i warsztaty dotyczące migracji i różnorodności kulturowej dla dzieci, młodzieży i dorosłych. W PFM tworzy projekty, prowadzi działania informacyjne, warsztaty i szkolenia. Z wykształcenia jest dziennikarką. Prywatnie ma trzy pasje: podróżowanie, reportaż i ogród.
Tekst pierwotnie ukazał się na blogu Agnieszki Kosowicz. Dziękujemy za możliwość przedruku.
Źródło: blog Agnieszki Kosowicz