Żegnamy Monikę Kozieł, wieloletnią dyrektorkę Ogólnopolskiej Federacji Organizacji Pozarządowych
8 sierpnia 2026 roku odeszła Monika Kozieł – od lat 90. związana ze środowiskiem warszawskich organizacji społecznych, m.in. administrowała zbiorami biblioteki Centrum Informacji dla Organizacji Pozarządowych BORDO, współorganizowała pierwsze Fora Inicjatyw Pozarządowych, była redaktorką prowadzącą publikacji „Etyka w organizacjach pozarządowych. Standardy w praktyce funkcjonowania organizacji pozarządowych”, współtworzyła pisma „FederalistKa” oraz asocjacje.org. Była wieloletnią dyrektorką Ogólnopolskiej Federacji Organizacji Pozarządowych (OFOP). Została odznaczona przez Prezydenta Bronisława Komorowskiego Srebrnym Krzyżem Zasługi. Wspominają ją osoby, z którymi współpracowała i się przyjaźniła.
Są osoby, które nie są na pierwszej linii, na świeczniku, a bez których instytucje by nie działały, a inicjatywy by upadały. Taką osobą – nie tylko dla OFOP-u – była Monika Kozieł.
W momencie, gdy biblioteka Centrum Informacji BORDO „szukała swojego domu”, Monika na stałe związała się z Ogólnopolską Federacją Organizacji Pozarządowych. Pełniła w organizacji różne funkcje, by ostatecznie, na kilka znaczących lat, zostać dyrektorką.
Dyrektorowanie w organizacji pozarządowej, o czym dobrze wiedzą aktywiści, może wyglądać bardzo różnie, ale najczęściej nie ma nic wspólnego z potocznym wizerunkiem dyrektora. Monika była najlepszym tego przykładem. Wszystko było na jej głowie, a jednak nie tylko potrafiła to utrzymać w porządku od strony formalnej, ale była też niezastąpioną osobą, która godzinami dyskutowała nad kwestiami merytorycznymi. A to w organizacji jest najważniejsze, by nie pozwolić się zamknąć w formalnościach, ale ciągle rozmawiać o tym, co można zrobić, co można poprawić, co można zmienić.
Z wielu typów zarządzania niebiznesowego w organizacjach, który obserwowałem ten był wyjątkowy. Opierał się na związkach przyjaźni, a nie dyrektywnym kierowaniu.
Monika była na podobnej stopie przyjacielskiej tak z zarządem, jak i z pracownikami, raczej matkowała OFOP-owi i ludziom z nim związanym, niż „dyrektorowała”. Gdy dziś mówi się o partycypacyjnym, turkusowym zarządzaniu w organizacji pozarządowej, z wszystkimi zaletami i problemami, to nie widzę lepszego przykładu.
Ja jednak zacząłem współpracować z nią znacznie wcześniej. Był to jeszcze czas pisma dla organizacji pozarządowych Asocjacje. Czas przygotowań do I Ogólnopolskiego Forum Inicjatyw Pozarządowych, Kongresu Prasy Pozarządowej. Jeszcze później wkładka do Asocjacji „Nowości Wydawnicze” i powstanie pisma „Dziękuję”, gdzie m.in. zadbała o rubrykę Nurii Selva Fernández.
Z kolei już w OFOP-ie to głównie dzięki jej zaangażowaniu udało się przeprowadzić Kongres Praw Obywatelskich, zacząć wydawać FederalistKę, zorganizować bibliotekę, przenieść OFOP na ul. Strzelecką (wreszcie własna przestrzeń, a nie tułanie się po kątach u innych) i rozpoczęcie współpracy w ramach Spółdzielnii Kooperatywa Pozarządowa (spółdzielnia osób prawnych).
To był ogromny wysiłek organizacyjny, który był próbą zadbania o rozwój. O rozwój, który nie wynikał z realizowanych (z natury rzeczy bardzo ograniczających pole działania) grantów, ale z misji organizacji. To był sposób myślenia o organizacji jako całości, a nie sumie działań. Na ten temat dyskutowaliśmy z Moniką bez końca.
Piotr Frączak, Ogólnopolska Federacja Organizacji Pozarządowych
Po kilku latach mojej pracy w sektorze, kiedy Monika zaproponowała mi stałą współpracę w OFOP-ie, zrobiła to w bardzo ujmujący sposób. Bez patosu, zbędnych przemówień, tak po prostu: „a może byś z nami popracowała?”. I taka właśnie była jej komunikacja: szczera, wprost, ale z dużą dawką sympatii. Była szefową, trzymała OFOP w ryzach, ale nigdy nie dała tego odczuć w sposób szorstki i nigdy nie nadużywała swojej funkcji.
Pracowałyśmy wtedy w jednym pokoju w kamienicy przy ul. Szpitalnej w Warszawie: Monika, Aneta Marczyk, Ania Mazgal i ja (później dochodziły kolejne osoby), no i oczywiście Bobek – kochany buldog francuski Moniki. Często wpadał też Piotrek Frączak, a pozostali pracownicy i pracowniczki mieścili się w drugim biurze. Mimo tego podziału czuło się, że jesteśmy jednym zespołem, który potrafi wspólnie działać, a po pracy spotkać się i rozmawiać o wszystkim.
Działo się tak dzięki Monice, która dbała o relacje w tak naturalny sposób, że organizacja sprawnie realizowała swoje zadania. Była naszą ostoją. Zawsze stała po stronie zespołu i wspierała nas w każdej sprawie.
Choć czarny był jej kolorem, w środku była niezwykle ciepłą i empatyczną osobą. Na zawsze zostanie ze mną jej duży, serdeczny uśmiech, gdy spotkałyśmy się po latach na jubileuszu ngo.pl.
Pewnie niebawem spotkają się z Marzeną Mendzą-Drozd (wieloletnią wiceprezeską OFOP) i będą, jak kiedyś, sobie siedzieć, gawędzić i śmiać się szczerze.
Weronika Czyżewska-Waglowska, Ogólnopolska Federacja Organizacji Pozarządowych
Nasze ścieżki pierwszy raz przecięły się w Centrum Szpitalna, czyli wielkim mieszkaniu, na trzecim piętrze warszawskiej kamienicy, gdzie swoje siedziby miało kilka działających ogólnopolsko organizacji społecznych. Ja pojawiłam się na Szpitalnej na kilka lat w 2004 r., a ona tam była od dawna. Choć pod tym „tam” kryje się szereg lat jej pracy także w innych miejscach.
Wydawało mi się wtedy, że znała wszystkich – i tych, którzy na Szpitalnej pracowali na co dzień i tych, którzy tylko co jakiś czas tam przychodzili, jak i tych tych, o których rozmawiało się na korytarzu czy w kuchni. Znała ludzi, ale i organizacje, które tworzyli.
W różnych przelotnych rozmowach dorysowywała mi kontekst, opowiadała, co się wydarzyło kilka lat wcześniej i dlaczego – jej zdaniem - coś jest takie, jakie jest. Była jedną z tych osób, która mnie – zupełną młokoskę – otoczyła wtedy subtelnym, nienachalnym wsparciem.
Obdarzała też zaufaniem, bo dzieliła się różnymi życiowymi wyzwaniami. Nie obciążała nimi, ale czułam, że było dla niej ważne, że także mi je jakoś powierzyła. Część naszych rozmów odbywało się w drzwiach, bo Monika starym szpitalnianym zwyczajem chodziła palić papierosy na klatce schodowej niedaleko pokoju, w którym pracowałam. Ale miałyśmy też inne rytuały. Codziennie rano najpierw słyszałam tupot nóżek, a potem do pokoju wpadał jej dość specyficznej urody buldog francuski. Przychodził się przywitać ze mną, a za nim – już bardziej statecznym krokiem – przychodziła Monika.
A potem, gdy przestałam na Szpitalnej pracować, ustały te nasze regularne przeloty. Wiedziałam, że choruje, ale też że łączy tę okropną chorobę z pracowaniem oraz że swoją wiedzę i doświadczenie wykorzystuje do tego, by poukładać sprawy finansowo-administracyjne w różnych organizacjach. Coś czuję, że wiele i wielu z nas w tamtym czasie korzystało z jej wsparcia „na zapleczu”.
My, i tym razem już mogę to napisać też w imieniu Fundacji Stocznia, zaczęliśmy współpracować z Moniką w 2020 r. Gdy namawiałam ją do tego, musiałam wiele obiecać – np. że nigdy nie będzie musiała przyjść na żadne spotkanie zespołu, bo nie lubiła takich rozmów. Lubiła za to swoją niezależność, pracę z domu, swój dzienny rytm. Uprzedzała mnie, że będą momenty, gdy będzie czuła się dobrze i że będzie wtedy mogła pracować, ale też takie, gdy będzie gorzej. I tak faktycznie się działo przez te ostatnie lata, ale była w tym niezwykle dzielna i samoświadoma.
I znowu miałyśmy swoje rytuały – krótkie, niemal codzienne rozmowy przez telefon o siódmej rano (obydwie wcześnie wstawałyśmy) – trochę o nas, a trochę o pracy. Czasem też o naszych psach, do których miałyśmy radykalnie inne podejście… Jej mopsica Tolka bywała ważnym punktem odniesienia…
Monika wspierała nas na wspomnianym „zapleczu” – między innymi weryfikowała budżety naszych grantobiorców, czytała ich sprawozdania finansowe i zachęcała do poprawek, ale też trzymała pieczę nad czymś, co wiele i wielu z was zrozumie w mig, czyli zasadą konkurencyjności w projektach unijnych. Sprawdzała wszystko iks razy, bo nie chciała, byśmy mieli problemy jako instytucja. A jednocześnie robiła to z wielką czułością i życzliwością do naszych grantobiorców. Rozumiała ograniczenia, w których funkcjonują, pomagała wyjść z tarapatów, jeśli niechcący w nie wpadli.
Była naszym Rzeckim z „Lalki Prusa” – lojalna, rozumiejąca, troszcząca się, nienachalna, ale też bardzo zabawna. Dawała mi, ale też szerzej Stoczni, ogromne poczucie bezpieczeństwa.
Starałam się jej to często mówić, ale teraz – gdy odeszła – nie mam już pewności, czy robiłam to wystarczająco mocno. Mam nadzieję, że jednak tak i że nawet przy mojej nieporadności to wiedziała.
Dwóch rzeczy jednak jestem pewna. Po pierwsze, że jeszcze długo będę czekać na jej telefon około siódmej, a po drugie, że bez Rzeckich nasze organizacje byłyby zgubione. Pomyślmy więc z wdzięcznością o tych, którzy pracują na zapleczu naszych organizacji i mówmy im to.
Zofia Komorowska, Fundacja Stocznia
Ceremonia pogrzebowa odbędzie się 17 sierpnia 2026 r. o godz. 13.00 w Domu Pogrzebowym na Wojskowym Cmentarzu Powązkowskim w Warszawie.
Dodaj informację do portalu ngo.pl!
Czekamy na Twój artykuł, komentarz, wywiad czy relację. Dotrzyj ze swoją informacją do tysięcy osób, które czytają ngo.pl.
-
●Dorota Setniewska, ngo.pl
-
●Weronika Matyaszek, Katarzyna Pietrzyk
-
●Agnieszka Pryca-Nalepka, Stowarzyszenie MOST