Spojrzenie w twarz Innego [felieton Olgi Górskiej]
W pewnym momencie zaczęłam myśleć o słowie „tolerancyjny” jak o małym plasterku przyklejanym na wielką, otwartą ranę.
Źródła powszechnego używania pojęcia „tolerancji” odnajdziemy w początkach reformacji, kiedy przez Europę przetaczały się krwawe, brutalne wojny religijne. Tolerancja z założenia była rozumiana do XX wieku jako tolerancja religijna. Czasem słowo z jednego porządku trafia do innego i jak w przypadku „tolerancji” implementacja idzie dobrze, używa się go powszechnie, czasem w sposób automatyczny.
W XXI wieku słowo to wydaje mi się absolutnym minimum w relacjach i między ludźmi jako pojedynczymi osobami, jak i w stosunkach między dużymi grupami społecznymi. Jest to jednak termin niefortunny również przez swoją wieloznaczność, kojarzony również z cierpieniem i „odpornością”.
W języku potocznym mówimy o tolerancji na ból, na leki, na trudne warunki, a więc na rzeczy niepożądane. Jest w nim komponent „cierpliwego znoszenia cierpienia”. Kiedy przełożymy to na tolerancję wobec ludzi, zaczyna to brzmieć niepokojąco.
Nie sądzę, żeby taka idea przyświecała Organizacji Narodów Zjednoczonych, kiedy ustanawiała Dzień Tolerancji: żeby w cierpieniu znosić (tolerować) inność. Myślę, że zapis w Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka, mówiący o tym, że wszyscy ludzie rodzą się wolni i równi (odkładam na bok dyskusję o tym, czy tak jest) lepiej oddaje wymarzone warunki współżycia nas ze sobą.
O ile „tolerancja religijna” jako pojęcie jest dla mnie akceptowalna, o tyle każdy inny rodzaj „tolerancji”, a zwłaszcza ten, po którym następuje jakieś „ale” już nie. Religia, czy poglądy polityczne to coś, co w y b i e r a m y, świadomie lub zgodnie z tradycją, w której dorastamy, ale dokonujemy wyboru, który powtarzamy poprzez powtarzanie rytuałów. Rasy, orientacji psychoseksualnej, niepełnosprawności, podobnie jak tak niewinnego koloru włosów – nie wybieramy. Rodzimy się więc „wolni i równi”.
Nie interesują mnie sofistyczne spory na temat tolerancji z gatunku: „a dlaczego tolerancyjni nie tolerują nietolerancyjnych?”. Takie sofizmaty godzą w poczucie ludzkiej godności, rozbijają podstawową równość i zapędzają w kozi róg.
Nie ma możliwości tolerowania poglądów, które mają w pogardzie ludzką godność, równość wobec prawa. Brytyjski filozof moralności, Bernard Williams pisał: „Problematyczność tolerancji polega na tym, że wydaje się ona zarazem konieczna i niemożliwa”[1].
Nie chcę używać języka walki, kiedy chodzi o prawa człowieka tak podstawowe i tak oczywiste, że z zażenowaniem przyglądam się dyskusjom o kwestiach „światopoglądowych”. Z zażenowaniem, smutkiem i słabnącą wraz z wiekiem złością, a rosnącym wraz z nim poniżeniem. Tłumaczyłam to już wyżej – światopogląd jest wybieralny. I za niego można ponosić odpowiedzialność. Prawa człowieka to nie światopogląd, to absolutne minimum.
Dlaczego w Polsce nie działa proste równanie: wszyscy obywatele mają identyczne obowiązki, na przykład płacenia podatków, a nie mają takich samych praw?
Czy osoby nieheteroseksualne są obywatelami tylko jeśli przychodzi do obowiązków, ale nie mogą oczekiwać tej sprawiedliwości jeśli chodzi o równość małżeńską? Czy związek dorosłych ludzi to światopogląd? Czy ludzie to ideologia?
Łatwo byłoby przytoczyć tutaj tragedie, ludobójstwa, złamane życia, których przyczyną była nienawiść i lęk wynikające z nietolerancji. Konkretne hekatomby ofiar, często całych grup np. etnicznych. Ale też niełatwo. Po pierwsze dlatego, że to liczby porażające, a po drugie dlatego, że historyczna wyliczanka przestała robić wrażenie w świecie przeładowanym informacjami.
Wolałabym skierować spojrzenie na jednostkę, na bliźniego, korzystając ze sztafażu pojęć religijnych, lub na Innego, korzystając ze świeckiej fenomenologii czy filozofii dialogu, w końcu – na sąsiada. To spojrzenie ustawia nas w relacji podmiotu wobec podmiotu. Więc nikt nie jest traktowany jak przedmiot przez pryzmat przyrodzonych mu cech. Zapominamy o etycznym, empatycznym traktowaniu się wzajemnie. Ale taka empatia wymaga prawdziwego „widzenia”, dostrzegania człowieka w człowieku. To również bardzo trudny akt przekroczenia własnej immanencji.
Spojrzenie w twarz Innego to przekraczający uprzedzenia gest empatii. Chciałabym tolerancję zamienić empatią. Inny to „różniący się”.
Wszyscy się różnimy i wszyscy jesteśmy podobni. Marzymy o miłości, albo karierze, o domu wolnym od wojny i przemocy. Chorujemy, tracimy bliskich, snujemy plany, poddajemy się, umieramy.
Dialog, patrzenie w twarz Innego nie jest odpowiedzią na pytanie o prawdę, wartości, czy światopoglądy, ale formą bycia razem, w której ważniejsza niż przekonywanie się lub dowodzenie swoich racji jest otwartość na drugiego i dostrzeżenie człowieka w jego człowieczeństwie.
Olga Górska – urodziła się w Radomiu w połowie sierpnia 1988 roku. Z zawodu kierowniczka, z wykształcenia humanistka, z pochodzenia proletariuszka. W dzieciństwie lubiła grać w piłkę (jako napastniczka), oglądać Króla Lwa i chodzić do kościoła. W dorosłym życiu lubi spać, oglądać stare filmy i słuchać soulu z lat 60. Laureatka III edycji Nagrody Krakowa Miasta Literatury UNESCO. Felietonistka magazynu „Replika”. Autorka powieści „Nie wszyscy pójdziemy do raju”.
Dodaj informację do portalu ngo.pl!
Czekamy na Twój artykuł, komentarz, wywiad czy relację. Dotrzyj ze swoją informacją do tysięcy osób, które czytają ngo.pl.
-
●Dorota Setniewska, ngo.pl
-
●Anna Mucha, Stowarzyszenie MOST
-
●Anna Mucha, Stowarzyszenie MOST
-
●Iwona Danilewicz