Pacjent, świadczeniobiorca, klient? [felieton Libury]
Idee, które miały pozwolić odzyskać pacjentowi kontrolę nad procesem własnego leczenia bardzo łatwo obrócić przeciwko niemu, jeśli nie zrozumiemy, że podmiotowość i troska nie stoją do siebie w opozycji, a wręcz stanowią fundament pełnej empatii i szacunku opieki medycznej.
W lutym obchodzimy Światowy Dzień Chorego, Światowy Dzień Walki z Rakiem, a pod koniec miesiąca – Dzień Chorób Rzadkich. To dobry czas, by zastanowić się nad tym, jak na naszych oczach zmienia się sytuacja osoby potrzebującej pomocy medycznej w systemie ochrony zdrowia.
Dlaczego nie napisać po prostu – sytuacja pacjenta? Otóż pacjent nie bez przyczyny coraz częściej określany jest mianem „świadczeniobiorcy” – w kontakcie z systemem publicznym, lub „klienta” – gdy udaje się z wizytą do placówek komercyjnych.
W drugiej połowie XX w. rozwój idei praw człowieka upodmiotowił chorego, doprowadzając do rozpoznania i uznania praw pacjenta. Choroba przestała być pretekstem do przejmowania kontroli nad życiem cierpiącego, odmawiania mu zdolności do oceny własnych potrzeb i preferencji. Najlepiej widać to w onkologii: dziś zasada ukrywania przed pacjentem jego stanu i komunikowanie się ponad jego głową wyłącznie z rodziną nie tylko przestało być oczywistym paradygmatem, ale stało się wyjątkiem, dotyczącym przede wszystkim osób ze starszego pokolenia.
Ta radykalna zmiana dwa źródła: jedno stanowi wspomniany już postęp w dziedzinie praw człowieka, drugim zaś jest postęp w samych naukach medycznych. Coraz wcześniej rozpoznawane i leczone choroby nowotworowe przestały w powszechnej opinii być „bezwzględnym wyrokiem”, a poszerzający się wachlarz innowacyjnych terapii, dając nadzieję chorym, skłania ich do aktywnej roli i samoorganizacji.
Rozkwit organizacji pacjentów ma miejsce niemal w wszystkich obszarach, w których odpowiednie postępowanie i leczenie niesie ze sobą obietnicę poprawy rokowania.
Temu obywatelskiemu z ducha trendowi towarzyszy inny, mniej zauważalny, lecz równie doniosły w skutkach.
Emancypacja pacjentów jako grupy zdolnej do samorzecznictwa i oddziaływania na politykę publiczną paradoksalnie spycha w cień te obszary medycyny, w którym chorym z różnych powodów trudno jest się zorganizować, a nawet wyartykułować swoje potrzeby.
Dramatyczny stan polskiej psychiatrii obrazuje los pacjentów podwójnie wykluczonych z debaty: najpierw przez same zaburzenia, które często wyłączają człowieka z aktywności na czas aktywnej choroby, a następnie przez stygmatyzację tych zaburzeń, w oczach społeczeństwa odzierających z wiarygodności. Tym bardziej podziw budzi pojawienie się odważnych samo-rzeczników, pokazujących, że także zaburzenia zdrowia psychicznego nie muszą być wyrokiem, ale stają się nim m.in. przez koszmarne zaniedbania w tej spychanej na margines dziedzinie.
Znacznie trudniej będzie przebić się osobom z niepełnosprawnością intelektualną, a także tym z chorobami takimi jak demencja, gdyż zdani są oni głównie na potencjał swoich opiekunów i osób wspierających. Być może dlatego krótkiej kołdry publicznych pieniędzy na zdrowie tak bardzo nie starcza na ich opiekę.
Wizja pacjentów jako klientów skłania też do wykorzystania ich potencjału w innych obszarach, w tym do… ograniczania kosztów. Pomysły na dyscyplinowanie pacjentów „karami” za zbyt wysokie BMI poprzez podwyższenie składki zdrowotnej, to świetny przykład wypaczenia idei kontraktu terapeutycznego, zaczerpniętej z psychoterapii.
Jeżeli każdy kontakt chorego z ochroną zdrowia potraktujemy jako zbyt dosłownie rozumianą umowę, łatwo będzie punktować pacjenta za „niedotrzymane zobowiązania”. Nie schudł pan, nie przyjmowała pani regularnie leków, nie zgłosiłeś się na wizytę – więc przesuwamy na koniec kolejki do zabiegu, nakładamy karę umowną, obciążamy kosztami wizyty.
To nie są dystopijne wizje, tylko przykłady rozwiązań proponowanych w debatach eksperckich o zdrowiu. Wszystkie one mają jedną cechę – zakładają, że… pacjent jest w sumie zdrowy, nie ma ograniczeń mobilności, jego pamięć świetnie funkcjonuje, a do tego potrafi doskonale poruszać się w gąszczu placówek medycznych. Metafora opieki medycznej jako „zwykłej usługi”, jak księżyc, ma swoją ciemną stronę – ukrywa obawy o zdrowie i życie, jakie towarzyszą człowiekowi w konfrontacji z rozpoznaniem wielu schorzeń i związany z nimi stres, który sam z siebie upośledza rozumowanie, a nawet otwiera drzwi psychologicznemu mechanizmowi wypierania choroby. Z drugiej strony zaciemnia powszechny brak zrozumienia powagi wielu chorób przewlekłych, w których wolny postęp pacjenci biorą za dobrą monetę – jeszcze nie jest ze mną tak źle, mogę poczekać z tymi lekami.
Narzędzia, które miały pozwolić odzyskać pacjentowi kontrolę nad procesem własnego leczenia bardzo łatwo obrócić przeciwko niemu, jeśli nie zrozumiemy, że podmiotowość i troska nie stoją do siebie w opozycji, a wręcz stanowią fundament pełnej empatii i szacunku opieki medycznej.
Maria Libura – kierowniczka Zakładu Dydaktyki i Symulacji Medycznej Collegium Medicum Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie, wiceprezeska Polskiego Towarzystwa Komunikacji Medycznej, członek Rady Ekspertów przy Rzeczniku Praw Pacjenta, przewodnicząca Zespołu Studiów Strategicznych Okręgowej Izby Lekarskiej w Warszawie, ekspertka Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego ds. zdrowia, współpracowniczka Nowej Konfederacji.
Dodaj informację do portalu ngo.pl!
Czekamy na Twój artykuł, komentarz, wywiad czy relację. Dotrzyj ze swoją informacją do tysięcy osób, które czytają ngo.pl.
-
●Dorota Setniewska, ngo.pl
-
●Anna Mucha, Stowarzyszenie MOST
-
●Anna Mucha, Stowarzyszenie MOST
-
●Iwona Danilewicz