Najpierw poznaj sąsiada, czyli jak przygotować się na kryzys w mieście? [wywiad]
Co zrobić, kiedy przez kilka dni nie ma prądu, telefon nie działa, a woda przestaje lecieć z kranu? Uczestnicy Sąsiedzkiej Obrony Cywilnej na Ochocie trenują umiejętności przydatne przy blackoucie, uczą się gromadzenia zapasów i planowania awaryjnego. Ale zdaniem twórcy inicjatywy najważniejsze jest coś innego: poznanie własnych sąsiadów zanim wydarzy się kryzys.
Od frustracji do realnego działania
Małgorzata Łojkowska, warszawa.ngo.pl: Jak powstał program Sąsiedzka Obrona Cywilna?
Dawid Komuda, Sąsiedzka Obrona Cywilna: – Ten program powstał z frustracji. Miałem wrażenie, że ludzie przychodzą na jedno szkolenie z obrony cywilnej, odhaczają to na liście zadań do zrobienia i nic z tego dalej nie wynika. Zawodowo realizuję szkolenia związane z survivalem pod nazwą OldCraft Survival. Jednocześnie mam naturę społecznika i chciałem dać coś od siebie ludziom z okolicy.
Jak wyglądały początki?
– Za własne pieniądze wynająłem lokal, wydrukowałem i rozwiesiłem plakaty na klatkach schodowych i w osiedlowych sklepach. Ważne też były lokalne ochockie grupy na Facebooku. Niedługo później zaczęły się pierwsze spotkania.
Survival w cieniu bloku: od przetworów po łączność radiową
Jak wiele zrealizował ich pan do tej pory?
– Zaczęliśmy w listopadzie 2025 i od tego czasu było ich już ponad 20. Wszystkie były bezpłatne dla mieszkańców. Zapraszałem różnych specjalistów, którzy również bezpłatnie i poświęcając swój czas szkolili mieszkańców Ochoty. Odbyło się np. spotkanie z osobą, która jest specjalistą z zakresu agregatów prądotwórczych, z kolegą Grzegorzem Urbankiem instruktorem survivalu i instruktorem systemu walki Combat 56, który przeprowadził bezpłatnie cztery szkolenia z samoobrony dla pań. Odbyły się również warsztaty z łączności w terenie, prowadzone przez Pawła Brzezińskiego z Mazowieckiej Amatorskiej Sieci Radiowej, która zajmuje się między innymi łącznością kryzysową – przyszło sporo ludzi, nawet całe rodziny, choć było wtedy prawie minus piętnaście stopni. Prowadzący spotkania to w 90% ludzie Ochoty, którzy zaangażowali się, by tworzyć bezpieczeństwo w swoim sąsiedztwie. Uczyliśmy się również robić przetwory. Dwa razy poszliśmy na strzelnicę. Zorganizowałem też spotkanie z panią z Mariupola, która dzieliła się doświadczeniami związanymi z przetrwaniem na terenach objętych wojną.
Równolegle prowadziłem dwumiesięczny bezpłatny program online – ludzie dostawali zadania z zakresu bezpieczeństwa i je realizowali.
Budowanie nawyków zamiast drogich zakupów
Proszę opowiedzieć więcej o tym programie.
– Nie chciałem organizować szkoleń, na które ludzie przyjdą, pójdą do domu i o nich zapomną. Realne przygotowanie na kryzys to nudny i żmudny proces. Trzeba pamiętać o wymianie zapasów, gromadzeniu wody, trenować pewne umiejętności.
Uczestnicy co dwa, trzy dni dostawali konkretne zadania do wykonania. Na przykład: „proszę dzisiaj, wracając z pracy, kupić po jednej konserwie dla każdego członka rodziny”. Następne zadanie: „kupcie butelkę wody dla każdego domownika”. Chodziło mi o to, żeby ludzie nie robili jednorazowo zakupów za kilka tysięcy złotych, tylko żeby wyrobili sobie dobre nawyki.
Jedno z zadań polegało na tym, żeby znaleźć w okolicy źródło wody oligoceńskiej i pójść po nią z plecakiem. Chciałem, żeby ludzie poczuli ciężar tej wody, żeby sprawdzili, czy mają odpowiedni plecak i czy w ogóle są w stanie tam dojść.
Organizowałem też spotkania w piwnicach, żeby zobaczyć, jak to jest, kiedy chwilę się tam się przebywa, sprawdzić, jak można taką piwnicę zorganizować.
Zadanie realizowane w okresie świątecznym polegało na tym, żeby pójść z ciastem i życzeniami do sąsiada i się poznać. W okresie świątecznym łatwiej nawiązać relacje.
W najbliższą sobotę planujemy wyjście w teren. Pójdziemy do lasu, będziemy się uczyć budowy różnego rodzaju schronień, rozpalania ognia, uzdatniania wody. Choć głównie chodzi mi o integrację i naukę przebywania w dyskomforcie – bo kryzys to przecież dyskomfort.
W ten sposób przeszkoliłem na Ochocie ponad 200 osób. Z premedytacją nie budowałem żadnych struktur ani stowarzyszenia. Zależało mi natomiast na tym, żeby dotrzeć do wspólnot mieszkaniowych i to się udało.
Ten temat nie jest łatwy, wywołuje lęk. Ludzie nie są chętni, żeby się szkolić, mają nadzieję, że nic złego się nie stanie. Urzędnicy też podchodzą do takich działań sceptycznie. Jesteśmy dopiero na początku drogi.
Dlatego też ten program nazywa się Sąsiedzką Obroną Cywilną – inne nazwy były zbyt mocne i źle się kojarzyły. Nie chciałem, żeby ludzie widzieli w tym prawicową bojówkę mężczyzn biegających w mundurach po osiedlu.
Czy polskie miasta są gotowe na „godzinę zero”?]
Co pana najbardziej niepokoi, kiedy patrzy pan na to, w jakim stopniu społeczeństwo jest przygotowane na kryzys?
– Zacznijmy od tego, co mnie cieszy. W 2024 roku byłem na terenach powodziowych, jeszcze zanim woda opadła. Widząc to oddolne działanie ludzi — i podobnie wcześniej przy wojnie w Ukrainie, kiedy przyjechało tu wielu uchodźców — miałem poczucie, że w kryzysie po prostu sobie poradzimy. Jesteśmy zaradnym narodem. Jestem przekonany, że niezależnie od tego, z czym będziemy mieli do czynienia, będziemy umieli się odnaleźć.
To, co mnie niepokoi, to fakt, że przygotowania do ewentualnego kryzysu, idą bardzo wolno. Naprawdę nie ma na co czekać. Szkolmy się, prowadźmy kampanie informacyjne, uświadamiajmy społeczeństwo. Za nami są lata zaniedbań.
Obrona cywilna wciąż nie jest dobrze zorganizowana na poziomie państwa, wiele działań odbywa się intuicyjnie. Myślę, że dobrze byłoby włączyć do całego tego systemu nie tylko służby, ale też stowarzyszenia i oddolne inicjatywy różnego rodzaju. One mogłyby ten proces przyspieszyć. Na ten moment taka współpraca to tylko deklaracje lub pusty zapis. Często mam problem z otrzymaniem sali na darmowe spotkania z mieszkańcami. Urzędnicy nie chcą współpracować.
Kryzysowy savoir-vivre: Ciasto dla sąsiada i hasła bezpieczeństwa
Dlatego zainwestował pan nie tylko swój czas, ale też środki?
– Silną motywacją była ciekawość. Traktuje swoje działanie jako projekt socjologiczny. Byłem bardzo ciekawy, co z tego wszystkiego wyjdzie, bo nikt do tej pory nie napisał poradnika, jak zbudować społeczność w dwumilionowym mieście. Ludzie tutaj w ogóle się nie znają, mijają się na klatkach schodowych. A społeczność jest potrzebna do tego, żeby o bezpieczeństwie w ogóle rozmawiać. Ten projekt jest więc pewnego rodzaju eksperymentem. Chciałbym też przygotować poradnik na ten temat.
Motywuje mnie również to, jak ciekawe są te spotkania i jakich ludzi można tam poznać. Na jednym z nich poznałem osobę, która od roku mieszka na mojej klatce i której wcześniej nigdy nie widziałem. Dzisiaj jestem już w stanie zostawić jej klucze do domu.
Najbardziej niesamowite są moim zdaniem spotkania dla kobiet. Jest na nich świetna energia. Kiedy kobiety czują, że mogą się zorganizować, że mają sprawczość i siłę, coś się w nich odblokowuje. Świetnie sobie radzą z zadaniami i ćwiczeniami. W mojej opinii lepiej niż mężczyźni, bo są bardzo konsekwentne, wielozadaniowe i po prostu nie odpuszczają.
Mówi pan dużo o stosunkach sąsiedzkich. Wspomniana już wcześniej pani z Mariupola, którą zaprosił pan na jedno ze spotkań, opowiadała, że po siedmiu dniach braku prądu na osiedlu wszyscy wszystko robili już razem. Razem gotowali na ognisku przed blokiem, ktoś chodził po drewno, ktoś po wodę, ktoś pilnował dzieci.
– W kryzysie trudno jest przetrwać samemu. Ja nie mam leków, ale pani ma. Ja nie mam puszek z karmą dla kotów, bo zapomniałem kupić – ale sąsiad ma. Ja mam za to wodę. Zaczynamy organizować się w ramach naszego małego plemienia. Wspólnota staje się niezbędna.
Ważne jest, żeby już teraz przyjrzeć się temu, kto mieszka obok, kto jest słabszy. Moją sąsiadką zza ściany jest 80-letnia pani, która nie porusza się samodzielnie – ona w kryzysie będzie potrzebowała pomocy. Warto wiedzieć, kto jest w takiej sytuacji, kto ma jakieś inne kłopoty, dla kogo warto mieć dodatkowe zapasy. Ja mam trochę zapasów dla ludzi, o których wiem, że mogą ich nie mieć. I tego uczę na moich spotkaniach – kiedy gromadzisz zasoby, zgromadź trochę więcej, będziesz mieć dla ludzi, którzy do ciebie przyjdą.
Społeczność jest kluczem. Z ludźmi z naszej klatki możemy dbać o siebie, pilnować nawzajem swojego dobytku, a gdyby była taka potrzeba nawet wystawić warty.
Tworzenie społeczności w Warszawie jest niezwykle trudne, zwłaszcza na Ochocie, w dzielnicy, w której mieszka wiele osób w wieku senioralnym i osób wynajmujących mieszkania na krótki termin. Trudno budować tutaj relacje. Trzeba to tkać powoli. Dlatego uważam, że większą wartość dla bezpieczeństwa będzie miało sto spotkań z nauki szydełkowania – właśnie dlatego, że ludzie się poznają, niż jedno jednodniowe szkolenie z survivalu.
Choć z perspektywy osób mieszkających w małym mieście, czy na wsi, albo w miejscach, gdzie kryzysy są częste, to co mówię, pewnie brzmi śmiesznie. Tam ludzie się znają. Niedawno byłem w Bieszczadach – tam od półtora tygodnia nie było prądu. Gdyby to wydarzyło się w Warszawie, pewnie czulibyśmy, że to Armagedon.
Praktyka czyni mistrza: 24 godziny bez prądu
Jedno z zadań zrealizowanych w ramach programu Sąsiedzkiej Obrony Cywilnej, to „24 godziny bez prądu”. Co jest dla ludzi z Warszawy najtrudniejsze, kiedy nie korzystają z energii elektrycznej przez dobę?
– Samo wyzwanie nie było trudne. Specjalnie zaprojektowałem je tak, aby było do zrealizowania przy niewielkim dyskomforcie. Zaczynało się dopiero o 12, żeby ludzie zdążyli rano jeszcze się umyć i zjeść. Potem dość szybko przychodzi noc, więc tak naprawdę większość wyzwania można przespać.
Trudne było natomiast zmobilizowanie mieszkańców, żeby w ogóle to zrobili. Najtrudniejszy był aspekt psychologiczny – co mnie spotka, kiedy wyłączę prąd? W przygotowaniach do kryzysu, także ten element jest ważny, a często pomija się go na szkoleniach. Na przykład – jak zadbam o komfort dzieci w takiej sytuacji? Gdzie mam karty do gry, gdzie mam planszówki?
Po tym wyzwaniu ludzie pisali, że było to dla nich wartościowe. Poświęcili czas rodzinie, rozmawiali, poczytali ulubione książki, z nudów poszli na spacer.
Ale ćwiczyli to w warunkach pokoju, wiedzieli, kiedy ten prąd znowu będzie.
– Tak, ale trening czyni mistrza i daje też wiedzę. Na przykład – ile wody potrzebuję do spłukania toalety. Kiedy nie ma prądu, to nie ma też wody, bo nie działają przepompownie. Nagle okazuje się, że do spłukania toalety potrzeba aż pół wiadra wody.
Na to jest metoda – z woreczkami. Nakładam worek na toaletę, załatwiam swoje potrzeby, potem go zawiązuje. To najlepszy sposób, bo nie zużywa się wody tzw. technicznej. Ale jeżeli ktoś nie chce tak robić, a ma wieloosobową rodzinę, to tej wody potrzebuje naprawdę dużo.
Podczas takiego treningu dowiaduję się też, gdzie mam latarki i ile ich mam. Najlepiej mieć wiele tanich latarek rozłożonych w różnych miejscach.
To, czego nie ćwiczymy, potem nie działa. To, czego nie próbujemy, później nas zaskakuje. Na czym zagotować wodę na jedzenie, jeżeli nie mam kuchenki gazowej? Jak skontaktować się z rodziną, skoro telefony nie działają? Czy znam się na nawigacji?
Do czego potrzebna jest nawigacja?
– Wyobraźmy sobie blackout. Mamy stare elektrownie – jedna się psuje, potem kaskadowo wyłączają się kolejne. Jest styczeń, miasto jest ciemne. Nie działają sieci komórkowe. Czy jesteśmy w stanie bez nawigacji wrócić z pracy z Pragi Południe pieszo na Ochotę? A jeżeli mamy partnera i dziecko – czy wszyscy będą potrafili wrócić do domu?
Co ma pani przy sobie w pracy? Czy ma pani tam chociaż butelkę wody? Co ma dziecko w szkole? Co jest w samochodzie? Trzeba myśleć o tym wielopoziomowo.
Na szkoleniach często mówi się o plecaku ewakuacyjnym. Tylko, że sam plecak, to za mało. Co da pani plecak, kiedy jest pani w pracy? Spędzamy tam większość dnia. Co da plecak, jeżeli w tym czasie zacznie się palić pani mieszkanie? Ważne jest wtedy to, co ma się przy sobie.
Niedawno był pożar w Ząbkach — ludzie stali przed blokiem bez ubrań. Jeżeli znam podstawowe zasady i mam np. w samochodzie ciepłą kurtkę, czy w innym przypadku w piwnicy trochę wody, to w sytuacji kryzysowej poradzę sobie lepiej.
Przygotowanie się na kryzys w taki sposób, żeby wszystkie potrzebne rzeczy mieć wszędzie – i w domu, i w pracy, i w samochodzie i to jeszcze z uwzględnieniem różnych scenariuszy – wydaje mi się trudne. Skąd mam w ogóle wiedzieć, co powinnam mieć w tych miejscach?
– Na początku ten temat może przytłaczać. Wydaje się, że jest wiele elementów, o które trzeba zadbać. Dlatego często upraszczam to do survivalowej trójki: potrzebna jest woda, pożywienie i schronienie (warstwa ciepła).
W pracy warto mieć w szafce kilka butelek wody, przy kluczach można mieć małą latarkę, a w samochodzie zgrzewkę wody w bagażniku i dodatkową kurtkę. Samochód może być dodatkowym magazynem. Warto mieć też w piwnicy trochę wody, jedzenia i np. jakiś stary sweter. Gdyby coś stało się w domu – mamy zapasy w piwnicy. Jeżeli coś dzieje się w pracy – mam wodę w szafce i w samochodzie.
Co warto mieć w mieszkaniu?
– Lista jest długa. Podstawą jednak, jak już wspomniałem, jest woda – minimum 3 litry wody pitnej na osobę na dzień. Do tego dochodzi woda techniczna. Według literatury i moich doświadczeń potrzeba łącznie od 13 do 15 litrów wody na osobę dziennie.
To bardzo dużo.
– Tak, dlatego od razu pojawia się pytanie, gdzie ją przechowywać. Ludzie, którzy trenują ze mną, robią to np. za cokołami pod meblami. Jeżeli mamy wodę w małych półlitrowych butelkach, to zmieści się jej tam naprawdę dużo. Jeżeli ktoś ma piwnicę – może przechowywać wodę właśnie tam.
Ja zalecam posiadanie zapasów wody na tydzień. Czasami mówi się o trzech dniach, ale moim zdaniem to za mało. Czy przy masowym zdarzeniu administracja w trzy dni przywróci działanie wodociągów? Raczej nie.
Założę się, że większość ludzi myśli, że ktoś tę wodę dowiezie.
– Wyobraźmy sobie całkowity blackout. Nic nie działa. Nie działa sygnalizacja drogowa. Są korki i stłuczki, ludzie zamknięci w windach, pożary. Ludzie panikują, próbują się przemieszczać. Drogi mogą być po prostu nieprzejezdne.
Jeżeli chodzi o jedzenie – podobnie, jak w przypadku wody. Zalecam około trzech tysięcy kalorii dziennie na osobę i zapasy jedzenia na tydzień. W razie potrzeby można te racje rozdzielić i przetrwasz na nich dłuższy czas. Ważne jest też to, jakie to jedzenie. Najlepiej, gdy jest gotowe. Jeżeli mamy makarony i kasze, to musimy mieć też dodatkową wodę do ich przygotowania. Lepsze są gotowe gołąbki, klopsiki, konserwy czy własne przetwory.
Kolejna kwestia – na czym będziemy to jedzenie przygotowywać? Warto mieć kuchenkę gazową. Małe, walizkowe kuchenki kosztują 30-40 złotych. W czasie pokoju. W Ukrainie, kiedy zaczął się kryzys, te kuchenki najpierw były bardzo drogie, a potem nie było ich w ogóle i to za żadne pieniądze.
Ważne są też źródła światła. Moim zdaniem dobrze jest mieć dużo niedrogich latarek i czołówek rozłożonych w różnych miejscach. Można mieć lampy naftowe, można świeczki — choć tych drugich używa się dziś rzadziej ze względu na ryzyko pożaru.
Warto mieć też w domu śpiwór. Jeżeli będzie bardzo zimno, ubieramy się warstwowo, przykrywamy się, gromadzimy w jednym pomieszczeniu, żeby kumulować ciepło — bo organizm też je produkuje. Jeżeli chcemy jeszcze bardziej ograniczyć przestrzeń, żeby łatwiej ją ogrzać, a przy okazji uatrakcyjnić dzieciom czas, można rozłożyć namiot w pomieszczeniu
Dobrze mieć też radio na baterie, żeby mieć dostęp do informacji. Już nie mówię nawet o CB radiu czy radiach PMR.
Plan A, B i D: Jak nie dać się zaskoczyć?
Zapewnienie sobie kontaktu z rodziną wydaje się trudne bez krótkofalówki.
– O tym też rozmawiamy na naszych szkoleniach. Jeżeli nie mamy ustalonych procedur w rodzinie, pojawia się problem. Jesteśmy w różnych miejscach miasta i nie możemy do siebie zadzwonić. Warto ustalić, kto w takiej sytuacji idzie po dziecko do szkoły i gdzie jest punkt zbiórki. Pierwszy punkt to dom, drugi - obok domu, trzeci – gdzieś w pobliżu i czwarty dalej. Warto mieć scenariusz A, B, C i D. Taki awaryjny plan analogowy warto sobie przygotować. Niektórzy powiedzą pewnie, że to przesada….
Uprzedził pan moje pytanie. Czy plan D to nie jest już przesada?
– Jeżeli tak pani myśli, to niech ustali pani chociaż plan A. Uważam też, że w każdej rodzinie warto ustalić hasła bezpieczeństwa — szczególnie dziś, kiedy bez problemu można skopiować czyjś głos albo wizerunek.
Do czego służy hasło bezpieczeństwa?
– Może służyć do potwierdzenia tożsamości albo poinformowania rodziny, że jest się w niebezpieczeństwie. Dzwoni do pani ktoś i mówi: „Wyślij mi blika, mam awaryjną sytuację”. A pani pyta: „A co tam u cioci Bożenki?”.
Myślę, że ludzie unikają takich ustaleń, bo to od razu wywołuje stres. Kiedy zaczynam wyobrażać sobie wszystkie scenariusze, myślę też o tym, że trzeba przygotować się nawet na ten najgorszy wariant.
– To jest przytłaczające. A jednocześnie musimy zrobić to właściwie od zera. Nikt nas tego nie uczył w szkołach, nie jest to część naszej codzienności. A niestety powinno być.
Finowie z gotowości zrobili wręcz element dumy narodowej. Oni regularnie ćwiczą, to jest normalna część życia społecznego. Mam kolegę ze studiów, który mieszka w Finlandii – opowiadał, że jeszcze przed wojną organizowano tam próbne alarmy dla całego społeczeństwa i nikogo to nie dziwiło. U nas od razu mówi się, żeby nie straszyć ludzi wojną.
Ja proponuję proste rozwiązania – właśnie po to, żeby to nie było przytłaczające. Mówię na przykład: proszę w tym roku pojechać na wakacje pod namiot. Jak zaplanuje pani taki wyjazd, to od razu kupi pani kuchenkę, śpiwór i plecak.
To, co może zniechęcać do przygotowań, to też niewielka dostępność źródeł tej wiedzy. Kiedy wchodzę na YouTube, widzę głównie filmy o tym, jak krzesać ogień, używać kompasu czy uzdatniać wodę. To wydaje się bardzo odległą potrzebą.
– Bo ludzie w mieście muszą przygotowywać się do tego, co może wydarzyć się właśnie w mieście. Poziom wiedzy instruktorów jest niewystarczający. Las może być niebezpiecznym miejscem w sytuacji zagrożenia — nie ze względu na zwierzęta, tylko na ludzi. Kto nie będzie miał zasobów np. wody dla swoich dzieci, może nie mieć skrupułów, żeby zrobić nam krzywdę, żeby ją zdobyć.
Z drugiej jednak strony, w historii pani z Mariupola, pojawia się ognisko. Wychodzimy przed dom, robimy palenisko, gotujemy wspólnie. Czy umie pani zagotować wodę na ognisku?
Uzdatnianie wody — ma pani rację — może przydać się tylko wtedy, jeżeli ziści się jakiś bardzo poważny scenariusz. Myślę, że takie się nie wydarzą. Ale jeżeli będzie naprawdę źle, to uzdatnianie wody może okazać się przydatną umiejętnością.
Jakie ma pan plany na przyszłość?
– Chciałbym realizować ten program także w innych dzielnicach Warszawy. Planujemy pierwsze szkolenia na Bemowie. Szukam też miejsc do prowadzenia szkoleń na Bielanach i na Wilanowie. W niedalekiej przyszłości będę przygotowywał książkę o budowaniu społeczności w dużym mieście i obronie cywilnej.
Dawid Komuda – instruktor Oldcraft Survival, Strażak-Ratownik OSP, założyciel Sąsiedzkiej Obrony Cywilnej, członek Stowarzyszenia Polska Szkoła Survivalu, Trener Etyki Outdoorowej, Realizator wielu ekstremalnych symulacji survivalowych ze specjalizacją zimową. Uczestnik działań pomocowych na terenach powodziowych w 2024.
Źródło: inf. własna warszawa.ngo.pl
Skorzystaj ze Stołecznego Centrum Wspierania Organizacji Pozarządowych
(22) 828 91 23