Tu miał być felieton o tym, jak być sławną i bogatą. Fundacją, nie osobą. To znaczy: antyporadnik, bo my akurat mamy doświadczenie, jak działać bez pieniędzy i z zerową rozpoznawalnością. Ale niewinna rozmowa w samochodzie zapoczątkowała zaskakująco ciekawy proces. Będzie o milionach, których się nie ma i dokąd ten brak może nas zaprowadzić.
Fakty są takie, że po roku działania nadal dokładamy do FemiVoice z własnych kieszeni, a sława też niespecjalnie chce przyjść. Mówiąc wprost: nie znają nas. Zdarza się, że przekręcają nazwę fundacji. Kilka dni temu zadzwonił pan proponujący jakiś sprytny system rozliczeń dla NGO i uparcie mówił, że ma ofertę specjalnie „dla fundacji FemiVajs”. Brzmiało to jak tani spin-off serialu „Miami Vice”. Nie byłabym sobą, gdybym go nie poprawiła, ale niezbyt stanowczo. Przy naszym poziomie rozpoznawalności nie możemy wybrzydzać.
Początkowo chciałam więc stworzyć zestaw antyporad o tym, jak nie zdobywać pieniędzy i zasięgów. W końcu mamy w tym roczne doświadczenie.
Umiemy: prokrastynować granty, prowadzić komunikację nieregularnie i finansować organizację z własnej kieszeni. Zakładam, że gdyby ktoś zrobił dokładnie odwrotnie niż my, to miałby duże szanse na prawdziwy sukces. Ale podczas rozmowy o kasie i sławie zeszłyśmy na inne pytanie. Nie „jak”, tylko „po co”.
Co właściwie zrobiłybyśmy, gdyby ktoś nagle dał nam 250 milionów?
Oczywiście to rozważania czysto teoretyczne. Nie mamy znajomych z takich internetowych światów, w których w jeden wieczór zbiera się miliony na ważne cele społeczne. Ale sama wizja była kusząca. Ulice pełne osób w koszulkach z logo FemiVoice. Mamy środki, rozpoznawalność i możemy robić rzeczy naprawdę na dużą skalę. I nikt nie mówi o nas „FemiVajs”.
I wtedy wydarzyło się coś ciekawego.
Bo z poziomu marzeń płynnie przeszłyśmy do konkretów. Jakie aplikacje chciałybyśmy stworzyć. Jak zorganizować system wsparcia. Jakie badania zrobić wcześniej. Jaki zespół zbudować. Co naprawdę jest potrzebne kobietom.
Nagle okazało się, że fantazje o 250 milionach zaczynają się przekładać na realny plan działania. Taki bez milionowych streamów i wielkich internetowych akcji. Raczej z małymi grantami, które naprawdę jesteśmy w stanie zdobyć. Nawet przy naszej prokrastynacji.
Zaczęłyśmy się zastanawiać, od czego powinnyśmy zacząć i ile to będzie kosztować. Jakie kompetencje są do tego potrzebne. Czy rozpoznawalność jest nam potrzebna sama w sobie, czy raczej jako efekt uboczny dobrze robionych rzeczy.
Teraz możecie prychnąć i powiedzieć: takie rzeczy, dopiero teraz? Po roku działania? Przecież to się robi, ZANIM się powoła organizację! No tak, prawda jest taka, że jesteśmy trochę jak szewc bez butów. Każda z nas zna się naprawdę dobrze na jakimś kawałku tej układanki. Wiemy, jak budować komunikację, tworzyć oferty dla partnerów, planować budżety. I świetnie robimy to zawodowo. W naszych „prawdziwych pracach”. Za to własną fundację traktujemy trochę jak dziecko freelancerów: dużo miłości, mało regularności. I wszystko po godzinach, w tak zwanym wolnym czasie.
Więc nie, nie miałyśmy strategii rozwoju. To znaczy: nie miałyśmy do momentu tej rozmowy.
Bo z tych spontanicznych wizji o sławie i pieniądzach wyłonił się nagle zarys czegoś bardzo konkretnego. Rozrysowałyśmy to. Na razie roboczo: dużo strzałek, dopisków i podkreśleń. Ale obie poczułyśmy, że to nie są już tylko marzenia.
Pewnie ktoś już dawno opisał tę metodę w jakimś mądrym biznesowym artykule jako „dream-driven strategy” albo coś równie mądrze brzmiącego Ja tego nie znam. I za wcześnie mówić, czy to działa. Ale wiem jedno: bardzo dawno żadna rozmowa o przyszłości fundacji nie dała nam tyle energii. Energii, która przekłada się na konkret i na realną perspektywę czasową.
I może po drodze jeszcze niejeden grant nam przepadnie, a ktoś znowu przekręci nazwę fundacji. Ale może kiedyś już bliżej sensu tego, co robimy. Nie FemiVajs, tylko na przykład FemiNoise. Bo dokładnie o to nam chodzi: o głośny i wyraźny głos kobiet.
Podobno dobrze jest kończyć felieton jakimś morałem. To trzymajcie się, bo teraz wjedzie jeden z bardziej wyświechtanych frazesów: warto marzyć!
Spróbujcie puścić wodze fantazji i wyobraźcie sobie, co mogłaby robić Wasza organizacja, gdyby nic Was nie ograniczało. Możecie się zdziwić, dokąd Was to zaprowadzi.
Źródło: informacja własna ngo.pl