Dziennikarz czy aktywista? Andrzej Andrysiak o trudnej misji niezależnych mediów i relacjach z organizacjami społecznymi [wywiad]
Presja ekonomiczna, trudne relacje z władzą i brak następców – to codzienność niezależnych redakcji lokalnych. Choć raport Fundacji Media Forum z 2025 roku przynosi zaskakujące wyniki o satysfakcji zawodowej dziennikarzy, rzeczywistość rzuca im kłody pod nogi. O tym, dlaczego państwo wspiera gigantów technologicznych zamiast lokalnych wydawców i czy dziennikarz może być aktywistą, rozmawiamy z Andrzejem Andrysiakiem ze Stowarzyszenia Gazet Lokalnych.
Magda Dobranowska-Wittels, ngo.pl: W 2025 roku, na zlecenie Fundacji Media Forum zostało przeprowadzone badanie mediów lokalnych. Raport z tego badania przedstawia analizę sytuacji zawodowej dziennikarzy zatrudnionych w polskich niezależnych mediach lokalnych. Wynika z tego, że główne wyzwania i bariery w pracy dziennikarzy i dziennikarek lokalnych obejmują presję ekonomiczną i niedofinansowanie, trudne relacje z władzą lokalną, przeciążenie i złe warunki pracy, obciążenia psychiczne społeczne, w tym np. hejt i agresja. Myślę, że w wielu z tych obszarów te wyzwania są podobne do tych, z którymi spotykają się osoby działające lub pracujące w organizacjach społecznych. Czy było w tym raporcie jednak coś, co by Pana zaskoczyło?
Andrzej Andrysiak, Stowarzyszenie Gazet Lokalnych: – Myślę, że gdyby przyłożyć wyniki tych badań do branży dziennikarskiej w ogóle, to podejrzewam, że w Warszawie, czyli w mediach ogólnopolskich byłyby bardzo podobne, ponieważ problemy, z którymi stykają się dziennikarze są bardzo podobne bez względu na to, czy oni pracują na poziomie lokalnym, czy na poziomie ogólnopolskim. Relacje z władzą, SLAPP-y, problemy ekonomiczne i dofinansowania to wszystko gnębi redakcje na całym świecie.
Zaskakująca satysfakcja mimo trudnych warunków
Jest rzecz, która mnie zaskoczyła, chociaż mniej niż ludzi z Fundacji Media Forum. Zadowolenie z pracy i z zarobków. One nie są wysokie, ale jednak z badań wynika, że osoby pracujące w mediach lokalnych są usatysfakcjonowani swoją pracą i zadowoleni z tego, co robią. To jest bardzo dobry prognostyk na przyszłość.
Była też inna rzecz, częściowo zaskakująca dla innych dziennikarzy i redaktorów. Pokutuje bowiem przekonanie, że na poziomie lokalnym media są ciągle dobijane i dociskane przez władze lokalne, zwłaszcza ekonomicznie: wydzwaniają ludzie, którzy mówią, żeby pisać, nie pisać, dają ogłoszenie, nie dają ogłoszeń. Z badań wynika, że to się oczywiście zdarza, ale nie jest czymś dominującym w tym zawodzie. Znam rynek warszawski, z porównania wiem, że ten mechanizm działa identycznie na poziomie ogólnopolskim i lokalnym. Politycy wydzwaniają i tu, i tu. Tu i tu obcinają ogłoszenia, jeżeli uznają, że ktoś coś napisał nie tak, jak on by chciał, żeby to było przedstawione.
Proszę jednak pamiętać, że to są już bodaj trzecie badania robione przez Media Forum. Poprzednie edycje były również bardzo ciekawe.
Pułapka „samorządówek” i walka o zaufanie
Bardzo fajne wyniki dotyczą na przykład tego, jak mieszkańcy postrzegają tytuły.
Tam, gdzie prasa jest niezależna, patrzy władzy na ręce, kontroluje i ludzie wiedzą, że ona jest niezależna, tam jest bardzo duże zaufanie do dziennikarzy i do mediów. Tam, gdzie nie ma prasy niezależnej albo gdzie są same „samorządówki” (informatory i biuletyny wydawane przez samorząd – przyp. red.) ludzie bardzo źle myślą o mediach, a mediach lokalnych przede wszystkim, bo im się wydaje, że to, co robią takie propagandówki samorządowe albo media zależne, to jest dziennikarstwo.
Ludzie nie muszą tego rozróżniać. Wygląda to jak gazeta, wygląda jak portal informacyjny, więc myślę, że to jest dziennikarstwo.
Do zaufania jeszcze wrócimy, ponieważ to jest temat ważny w kontekście odporności społecznej i walki z dezinformacją. A teraz chciałam zapytać o coś innego. Rynek mediów lokalnych się kurczy. Obecnie to jest około 150-160 tytułów. Pewnie jest wiele przyczyn tego zjawiska, o niektórych jeszcze wspomnimy, ale co Pana zdaniem musiałoby się wydarzyć, żeby tej tendencji zaradzić albo ją powstrzymać?
– Najpierw odniosę się do tej liczby, bo ludziom się wydaje, że 150 czy 170 tytułów niezależnych to jest mało. I to rzeczywiście jest mało. Ale ogóle tytułów i mediów lokalnych jest bardzo dużo, ja mam w bazie grubo ponad tysiąc, ale rozmawiamy o tych tytułach, które mają jakieś funkcje kontrolne. To jest istotne, ponieważ jest mnóstwo tytułów, które z tych funkcji kontrolnych abdykują, skupiają się na relacjonowaniu konferencji prasowych, wydarzeń, koncertów. I w ogóle nie wnikają w to, co robi władza. Dlatego wydzielamy grupę mediów niezależnych.
To jest prawda, że tytuły znikają. Z tym, że znikają tytuły papierowe. Każdy większy wydawca, który jest w naszym stowarzyszeniu, ma i portal, i gazetę równocześnie. Znika jakaś część tego rynku. W ostatnich trzech miesiącach na przykład zwinął się Kurek Mazurski i Tygodnik Szczytno. W tamtym roku było tych tytułów więcej. Te procesy niestety postępują.
Lekcja z Francji. Czy państwo powinno wspierać prasę?
Co musiałoby się stać? Przywołam informację sprzed kilku tygodni z Francji. Francja ogłosiła, że wyda 140 milionów euro na wsparcie dystrybucji stricte prasy. Prasy, nie internetu. Uznali, że tradycyjny kanał prasowy jest jednym z antidotum na fejki, ponieważ podlega innym regulacjom, nie ma tam możliwości wpuszczenia, jak na platformy społecznościowe, własnej informacji. Publikowane informacje są zweryfikowane. Francja uznała więc, że warto, by państwo pomogło takiemu biznesowi trwać.
Zwrot „państwo pomogło” wielu osobom źle się kojarzy, bo państwo nie powinno pomagać, powinno być jak najmniejsze i nie wydawać żadnej złotówki. Ale jednak to państwo decyduje o tym, co jest istotne dla standardów demokratycznych. Na przykład tak jak dotuje kluby piłkarskie, domy kultury, wydarzenia kulturalne, tak samo wiele państw w Europie dofinansowuje działalność tradycyjnych lokalnych mediów papierowych, ponieważ uznaje, że to jest najważniejsza bramka w ochronie standardów demokratycznych, co jest prawdą.
W Polsce jest, jak jest. Wydawcy lokalni są w trudnej sytuacji nie dlatego, że są nieudolni. Wielu z nich działa 25, 35 lat na tym rynku, zjedli na nim zęby. Tylko w tej chwili mamy sytuację, w której z jednej strony mamy duopol Google'a i Mety na rynku reklamowym, a z drugiej strony mamy państwo, które bardziej wspiera wielkich gigantów technologicznych z zagranicy niż myśli o własnych mediach, które wychodzą w Polsce i są wydawane przez kapitał polski. I to jest zła polityka.
To jest wybór, który nie dotyczy tylko tego rządu czy poprzedniego. To jest polityka, którą rządy w Polsce prowadzą od dawna. Wybór między dobrymi relacjami z big techami a przymykaniem oczu na to, co się dzieje na rynku mediów lokalnych, jest złym wyborem.
Przywołam taką sytuację. Jakiś czas temu Orlen kupił Ruch. To była firma, która miała 30% udziału w rynku kolportażu. I państwo zwinęło tę firmę. To najbardziej przełożyło się właśnie na małe media lokalne, ponieważ Ruch miał bardzo dużo punktów dystrybucji prasy w małych miejscowościach. I one zniknęły. Odpowiedzialność za to spada na karb państwa. Nie na wydawców. To nie oni się nie dostosowali, nie potrafili, nie odnaleźli się w rzeczywistości, tylko państwo podłożyło im nogę. To jest ten zły wybór.
Państwo powinno myśleć o tym, jak wspierać różnymi sposobami to, żeby media lokalne działały jak najdłużej.
Ustawa medialna i „protezy” wsparcia
Rozumiem, że o to zabiegacie. W parlamencie toczą się prace wokół ustawy medialnej. Jakie są perspektywy, żeby to myślenie się zmieniło?
– To jest strasznie skomplikowana kwestia. W 2024 roku napisaliśmy założenia do ustawy o programie wsparcia mediów lokalnych. Ministerstwo Kultury, tu zaskoczę, jest naszym sprzymierzeńcem w dwóch podstawowych sprawach.
Po pierwsze, też chciałoby uruchomić taki program. Wystąpiło o notyfikację do Komisji Europejskiej, ponieważ musi dostać zgodę, żeby móc prowadzić taką pomoc. To trwa, czasami to może być rok, czasami dwa lata, a czasami trzy. Nie wiadomo, kiedy będzie notyfikacja, w związku z tym Ministerstwo pomyślało, że zrobi protezę, czyli program Bliska Kultura, który pod koniec marca został ogłoszony. To jest program grantowy skierowany do mediów lokalnych. Nie duży, 10 milionów złotych, ale to jest jakiś plus, bo pierwszy raz władza zauważyła ten problem.
A po drugie, Ministerstwo jest naszym sprzymierzeńcem także w kwestiach dotyczących mediów samorządowych. Ograniczenie działalności wydawniczej prowadzonej przez samorządy znalazło się w projekcie ustawy medialnej, a potem zniknęło, gdy projekt został zaprezentowany w grudniu 2025 roku. Teraz ministerstwo zapowiada, że ten przepis zostanie przywrócony do projektu ustawy. Jaki będzie los ustawy? Nie wiadomo, bo pamiętajmy, że musi podpisać go prezydent Karol Nawrocki.
De facto jednak po raz pierwszy jest sytuacja, w której rząd, większość sejmowa ten problem zauważyła. I z tego się cieszymy, bo do tej pory przez 20 lat odbijaliśmy się od ściany, nikt nie rozumiał o czym mówimy.
Sukcesja, czyli kto przejmie „pozytywną szajbę”?
Zaczęliśmy naszą rozmowę od wyników badań, ale pretekstem do spotkania była także książka, która niedawno się ukazała, a której jest pan współautorem z Jackiem Pawłowskim, „My, lokalni”. Jednym z tematów, który pojawia się i w wynikach badań i w książce, a myślę, że jest bliski także wielu organizacjom społecznym, jest brak następców. Brak osób, które chcą prowadzić takie wydawnictwa. Z czego to wynika? Jak funkcjonować w takich trudnych warunkach?
– To wynika z metryki. Większość lokalnych tytułów było zakładanych na początku lat 90. Załóżmy, że ktoś miał wtedy 30 lat, to w tej chwili już jest albo zbliża się do wieku emerytalnego.
Konstrukcja prowadzenia tego biznesu zwykle opierała się na osobie, na liderze. Ja ich nazywam ludźmi z pozytywną szajbą. Tam, gdzie byli, tam media były silne i fajne, tam, gdzie ich nie było, tam i takich mediów nie było. To zwykle były jednoosobowe firmy, czasami spółki. Problem sukcesji występuje. Nie ma obowiązku przejmowania przez dzieci biznesu, zwłaszcza w takich trudnych czasach, jak teraz. Wydawcy się nad tym zastanawiają. Gdy pisaliśmy tę książkę w 2025 roku, był jeden pozytywny przykład, czyli rodzina Matysików z Jaworzna. Tam syn przejął wydawnictwo. Zdarzył się też przykład sukcesji wewnętrznej, gdy zespół przejął tytuł. Ale od tamtej pory, proszę sobie wyobrazić, że już dwie sukcesje są w trakcie. Jedna się zdarzyła w „Tygodniku Krapkowickim”, gdzie córka przejęła wydawnictwo, a druga sukcesja trwa w tej chwili w „Przełomie”, czyli bardzo silnym tytule Strzebini i Chrzanowa. Coś się więc dzieje, ale to jest i będzie problem.
Wydawnictwo na poziomie lokalnym to nie jest korporacja. Od lidera, czasami dwóch liderów zależy, czy to działa i jest fajną redakcją. To oni ciągną tę organizację medialną do przodu. Znalezienie kogoś, kto ich zastąpi jest bardzo trudne, na przykład ze względów demograficznych.
Małe miejscowości się wyludniają, ludzie wyjeżdżają, w związku z tym też pula potencjalnych kandydatów jest coraz mniejsza.
Można jeszcze tytuł sprzedać, ale też nie ma chętnych, którzy by chcieli kupować takie tytuły i je przejmować. Zdarzają się biznesmeni, ja ich nazywam „masażami”, czyli ktoś ma masarnię albo stolarnię i stwierdza, że on będzie teraz wydawcą prasowym i sobie kupi lokalną gazetę albo portal. Ale to nie jest droga, bo oni zwykle ani się nie znają na biznesie medialnym, ani w ogóle nie traktują mediów jako wartość, misję, tylko jako cel do załatwiania biznesu z burmistrzem albo z prezydentem. Jest to więc trudne. Nie wiemy, w którą stronę to pójdzie.
Wydawcy się zastanawiają, jaki będzie los ich tytułów. Nie mamy odpowiedzi ani wypracowanego modelu.
Nie jest to kwestia kształcenia takich osób, które będą miały chęć przejąć tytuły? Może to powinien być kierunek kształcenia młodych ludzi?
– Kształcić dziennikarzy i redaktorów można i to się odbywa, ale kształcić wydawców, liderów się nie da. To jest sprawa charakterologiczna. Albo ktoś ma parcie i ssanie na to, żeby się nawalać ze światem, albo ktoś tego nie ma. Jak ma, to jest dobra przyszłość i dla gazety, i dla niego. Jak człowiek tego nie ma, to go tego nie nauczymy ani w szkole, ani na studiach, ani nawet praktyką w redakcji.
Jaki procent niezależnych tytułów jest prowadzony przez organizacje społeczne?
– Mały. Kiedyś to było bardziej popularne, na przykład nasza gazeta (Gazeta Radomszczańska) była wydawana przez fundację w latach 90. Z czasem się to sprofesjonalizowało. Albo prowadzi się fundację, albo wydawnictwo.
Nie ma też jakiejś granicy między wydawcami lokalnymi a stowarzyszeniami, bo wielu z nich albo działa w stowarzyszeniach, albo takie stowarzyszenia bądź fundacje prowadzi, tylko że to jest działalność z boku. Wydawcy bardzo dbają o to, żeby nie wpływała na dziennikarstwo stricte, bo wtedy jest problem aktywizmu dziennikarskiego, czyli czy jesteś dziennikarzem, czy jesteś aktywistą walczącym o dobrą sprawę.
Dziennikarz kontra aktywista. Gdzie postawić granicę?
A z jakimi wyzwaniami wiąże się bycie aktywistą dziennikarskim? Dlaczego to nie jest pożądane?
Bo aktywista dziennikarski to ktoś, kto walczy w jakiejś sprawie, a dziennikarz to ktoś, kto informuje. Tego się nie da połączyć.
To jest dość duży problem, zresztą w mediach ogólnopolskich też. Dziennikarze są zaangażowani w jakąś sprawę i przyjmują perspektywę strony, która walczy o jakieś rozwiązania. Ja na przykład, jako dziennikarz, mam z tym problem, gdy ktoś mi mówi, że jest dziennikarzem ekologicznym albo zajmuje się klimatem, bo on nie weryfikuje, tylko przekonuje. Rozumiem jeszcze, gdy jest publicystą, to ok, może prowadzić taką działalność publicystyczną, chociaż ona też powinna być zniuansowana. Ale gdy nie jest publicystą, tylko dziennikarzem informacyjnym, to ta informacja wtedy nie ma waloru obiektywności ani rzetelności, bo jest zaangażowana.
To nie jest tylko polski problem. To jest problem, który w wielu miejscach na świecie wybuchł. Najbardziej był widoczny przy sprawie MeToo, gdy dziennikarze – zamiast sprawdzać – to uwierzyli. I potem się okazało, że oczywiście problem był i jest bardzo duży, ale czasem zdarzały się publikacje jednostronne, a rzeczywistość była inna. To jest coś, czego dziennikarz nie powinien łączyć. Tak uważam.
Ja na przykład jestem członkiem Alarmu Smogowego, który współzakładałem w Radomsku, ale to się nie przenika. Stowarzyszenie jakieś rzeczy robi, ja w nim jakieś rzeczy robię, my o tym piszemy w gazecie, ale nie jest tak, że gazeta jest tubą albo przedstawicielem Alarmu Smogowego i walczy w konkretnej sprawie.
Jednak media niezależne, jak Pan podkreślił, to te, które wykonują funkcję kontrolną, nie tylko informacyjną. A żeby kontrolować, to trzeba się jednak zaangażować.
– Tak, ale w kontrolowanie, pytanie, patrzenie na ręce, sprawdzanie i tak dalej. Nie można się zaangażować po jednej ze stron.
Najprostszy przykład takiego zaangażowania to jest to, co się dzieje na poziomie ogólnopolskim, czyli pisma tożsamościowe. Tam dziennikarze nie piszą o tym, co jest, tylko o tym, o czym chce przeczytać ich czytelnik i tylko z tej perspektywy. To jest problem, ponieważ wtedy człowiek dostaje obraz świata, który jest spójny z jego obrazem świata i nie zderza się z żadnymi innymi faktami, które mówią „Chłopie, ale ty się mylisz”. Gazety i dziennikarze utwierdzają go w przekonaniu, że ma rację. A on nie zawsze musi mieć rację, bo to w dużej części są tylko wyobrażenia.
Dlatego do znudzenia będę powtarzał, że zaangażowanie dziennikarza w jakiejś sprawie – ok, ale walka aktywistyczna – nie.
Czy niezależni wydawcy, media lokalne, postrzegają organizacje społeczne jako sojuszników, czy też jako stronę, którą trzeba kontrolować?
– Kontrolować trzeba wszystkich, przyglądać się trzeba wszystkim. Ale organizacje pozarządowe na poziomie lokalnym mają bardzo pod górkę. Samorząd obywatelski, proaktywny, uchylający nieba mieszkańcom – to są opowieści z mchu i paproci, bo samorząd większość organizacji pozarządowych traktuje jako konkurencję. To jest politycznie zrozumiałe. Wójt, burmistrz albo radny myśli sobie: „Tam powstała jakaś grupa, w tej grupie jest lider i on mi zaraz wystartuje na radnego”. To jest też naturalna droga, że jakiś lider się w środowisku wyłania i chciałby działać politycznie, czyli samorządowo. Samorządowcy podkładają więc organizacjom pozarządowym nogę na wszelkie możliwe sposoby. Dzielą na „swoich” i „nieswoich”. To jest moja obserwacja z wielu miast. Gdy ktoś jest z nami, jest dobry. Zaprasza wójta na imprezy, pokazuje, robi zdjęcia i nie pyszczy, to jest ok. A jak ktoś czegoś chce, to nie jest ok.
Na przykładzie naszego Alarmu Smogowego: gdy próbowaliśmy zmusić władze miasta do uruchomienia gminnego programu wymiany pieców, to się skończyło w sądzie administracyjnym. Wygraliśmy i miasto uruchomiło ten program. Oczywiście ogłosiło, że to ich pomysł, ale jednak się da. Władze traktuje ludzi, organizacje społeczne jak kogoś, kto coś od nich chce.
Wielu wydawców, ponieważ są świadomi tej trudnej sytuacji, „holują” te organizacje: nagłaśniają ich działalność, piszą o nich. Organizacji społecznej łatwiej działać na poziomie lokalnym, gdy ma tak zwane plecy, czyli gdy ktoś za nią informacyjnie stoi. Gdy wójt albo burmistrz znowu przyśle pismo, że czegoś od nich chce, to oni wiedzą, że mogą iść do gazety i powiedzieć: „Zobaczcie, to jest pismo, sprawdźcie, czego on chce i jak wygląda sytuacja”. Wtedy takiej organizacji jest prościej.
Oczywiście zdarzają się sytuacje, gdy organizacje, jak w każdym środowisku, coś naskrobią i dziennikarze o tym piszą. To się zdarza, ale jednak wolimy te obywatelskie działania wspierać, żeby się rozprzestrzeniały, bo aktywność społeczna na poziomie lokalnym nie jest wielka, a władza samorządowa chce zagarniać wszystkie publiczne obszary. Wiemy na przykład, co się stało w Polsce z budżetami obywatelskimi. Dobra idea, przejęta w wielu miastach i gminach po cichu przez radnych, którzy sponsorują, namawiają i prowadzą projekty, mające im pomóc w wyborach.
Rozmawiałam jakiś czas temu z Maciejem Starczewskim i Katarzyną Sroczyńską z Fundacji Media Forum. Przestrzegali wtedy organizacje społeczne przed tym, aby nie traktowały dziennikarzy lokalnych, czy też w ogóle gazet lokalnych jako prywatnych agencji PR-owych. Czy Pan dostrzega, że tak się dzieje?
– Z każdej strony jest tak, że ktoś przychodzi do redakcji i chce, żeby o nim napisać. To jest standard. Na poziomie lokalnym takie telefony, maile, wizyty zdarzają się kilka razy w tygodniu. Bo my coś ważnego robimy, chcemy, żebyście nas nagłośnili itd. Traktowanie gazety jako agencji PR-owej jest dość powszechne. Redakcje mają swoje polityki i jedne rzeczy uznają za warte opisania, inne za niewarte.
To, że jest taka chęć ze strony organizacji pozarządowych to jest oczywiste. Taka sama chęć jest ze strony klubów piłkarskich, domów kultury, polityków, radnych, samorządowców.
Ludziom się wydaje, że media są od tego, żeby przekazać to, co oni powiedzieli. Ja to nazywam „podstawką pod mikrofon”, czyli przychodzi dziennikarz na konferencję prasową, stawia mikrofon, nagrywa, spisuje i puszcza dalej. No, nie od tego jest dziennikarz. A jak tam nakłamią? A zwykle kłamią albo mówią nieprawdę, albo czegoś nie dopowiadają.
Nie chodzi o to, żeby nie przekazać słów, czy to burmistrza, czy organizatora imprezy, fundacji lub stowarzyszenia, tylko żeby wysłuchać, co oni mają do powiedzenia, potem sprawdzić i napisać.
W portalu staramy się przekonywać organizacje społeczne, aby uczyły się mówić o swoich działaniach tak, aby było to ciekawe i trafiało do dziennikarzy i do mediów lokalnych. Na co powinny organizacje zwracać uwagę, żeby to, co przygotowują było atrakcyjne?
– Najczęstszy błąd, i to nie dotyczy tylko fundacji i stowarzyszeń, polega na tym, że ludzie, gdy informują o czymś opinię publiczną, to uważają, że muszą mówić innym językiem niż mówią normalnie. To się zwykle sprowadza do komunikatów w stylu „W dniu 18 marca, o godzinie takiej i takiej spotkali się w tym i w tym miejscu ci i ci. Uświetnił obecnością ten i ten”. Nikt tak nie mówi. Nikogo w ogóle takie informacje nie interesują.
Ludzie ze stowarzyszeń i fundacji, muszą pamiętać, że jeżeli chcą komuś coś przekazać, to muszą mówić językiem, którym mówią na co dzień.
Gdy ktoś nie wie, jak coś nam przekazać albo opowiedzieć, to mówimy mu „Opowiedz to tak, jakbyś opowiadał cioci na imieninach”. Normalnie, nie wymyślaj, nie próbuj być mądrzejszy niż chciałbyś. Tobie się wydaje, że język, którego będziesz używał pokaże, że jesteś mądrzejszy. A pokażesz tylko, że jesteś bardziej urzędowy. Opowiedz normalnym językiem, co zrobiłeś, dlaczego to zrobiłeś i jaki był efekt. To po pierwsze.
A po drugie: staraj się zawsze pokazać bohaterów, ludzi.
Wszystko, co jest pokazywane na poziomie lokalnym przez pryzmat ludzi, jest lepiej odbierane, niż to, co jest pokazywane przez pryzmat oficjalny, nadęty itp.
Jeżeli ktoś zorganizuje imprezę dla dziecka, to niech zacznie od opowieści o tym dziecku. Jeżeli ktoś organizuje wydarzenie kulturalne, koncert, to niech zacznie od tego, dlaczego to robi, albo kto to robi, bo może organizator też jest bardzo ciekawą osobą. Czym więcej osób w takiej opowieści, tym lepiej i czym ona bardziej ludzkim językiem jest opowiedziana, tym lepiej.
Ważne też jest, aby tę opowieść przemyśleć. Każdy, kto chce coś komuś opowiedzieć, zastanawia się nad tym, co powiedzieć. Ale niech się nie zastanawia w ten sposób, że układa sobie zdania i słowa, tylko niech mówi od siebie. To jest największa bariera w kontaktach z mediami wszelkich fundacji i stowarzyszeń. Kto wie, jak to robić, ten wygrywa. Ten jest lepiej skomunikowany.
Mam wrażenie, że to jednak dociera do ludzi i zaczynają mówić bardziej zrozumiałym językiem. Pomogły trochę media społecznościowe. Ludzie zobaczyli, że jak premier może powiedzieć ludzkim językiem, jak burmistrz może powiedzieć ludzkim językiem, no to może ja też mogę. Zaczynają się przekonywać, że nie trzeba być aż tak poważnym i wtedy te komunikaty są nawet zasięgowo skuteczniejsze.
Organizacje społeczne i media – sojusznicy w walce z dezinformacją
Pojawiły się media społecznościowe w naszej rozmowie, więc skorzystam i wrócę do wyników badania, o którym rozmawialiśmy na początku. Dziennikarze i dziennikarki odczuwają spadek prestiżu zawodu, co wynika między innymi z rozwoju mediów społecznościowych, bo każdy może być tym dziennikarzem i mamy zalew treści niskiej jakości. W czasie jednej z rozmów z Kubą Wygnańskim publikowanych w portalu on zwrócił uwagę na rolę dziennikarzy i mediów lokalnych jako elementu budowania odporności społecznej. Zaufanie do mediów jest szczególnie ważne w przeciwdziałaniu dezinformacji. Pan wspomniał na początku naszej rozmowy, że tam gdzie lokalne tytuły są rzeczywiście niezależne, to zaufanie do dziennikarzy jest. Czy czujecie odpowiedzialność za budowanie tej odporności społecznej?
– Terminy zaufanie i odporność są teraz strasznie modne, ale ja od bardzo dawna mam przekonanie, że to jest nowe opakowanie na coś, co robimy od samego początku. Przecież nasza praca zawsze polegała na weryfikowaniu fejków. Wtedy to się nie nazywało fejki, tylko kłamstwa albo nieprawdy. Ale my zawsze to robimy.
Budowanie odporności, czyli informowanie rzetelne ludzi o rzeczywistości, to jest nasze zadanie od bardzo dawna.
Wiem, że ten termin jest modny, ale mam wrażenie, że to wszystko jest postawione na głowie. Dam Pani taki przykład. Państwo wydaje olbrzymie pieniądze na budowanie odporności, walkę o bezpieczeństwo informacyjne, walkę z fejkami. Ogłasza przetargi i prowadzi kampanie informacyjne. I robi te kampanie w PAP-ie, Rzeczpospolitej, w Gazecie Wyborczej. W tytułach, które są czytane wśród wybranej publiczności, w miastach. A w dużych miastach żyje 25% Polaków, 75% żyje w małych miastach. Państwo w ogóle nie widzi, że jedyny dostępny kanał, którym mogą wspierać walkę z fejkami i z propagandą, choćby rosyjską, to są lokalne media.
To jest indolencja, bo zakładam, że to nie jest specjalne działanie. Kompletne niezrozumienie rzeczywistości. Tak jak kiedyś Ministerstwo Rolnictwa prowadziło kampanię informacyjną dla rolników przez Tygodnik Powszechny. No można, ale zakładam, że jednak Tygodnik Powszechny nie jest powszechnie czytany wśród rolników, tylko inne media są czytane. Są takie kurioza.
Dziennikarze na poziomie lokalnym to robią, ale nie mają wsparcia ani instytucjonalnego, ani żadnego innego. Oczywiście każdy chce nas szkolić. Cały czas dostajemy oferty. I to jest bardzo dobre, z tym że większość tych szkoleń polega na tym, że przyjedziesz cztery razy w weekendy do Warszawy. Dziennikarz lokalny, który pracuje od ósmej do ósmej, pięć dni w tygodniu, a w sobotę ma jeszcze dyżur, zastanawia się, czy ktoś tu nie oszalał. Chociaż to się trochę zmienia, bo jest więcej szkoleń zdalnych.
Nie ma wsparcia w walce z propagandą rosyjską, a każdy z nas z tym się styka. Każdy z nas ma fora pełne oszołomów antyukraińskich i antyszczepionkowców. To są środowiska bardzo głośne i bardzo małe. Tak wynika z obserwacji wielu wydawców. Nie jest tak, że wszyscy są przeciwko i wszyscy popierają postulaty tych osób. Oni są po prostu bardzo głośni. Z tym trzeba walczyć. Podobnie jest z polityką klimatyczną. Też jest dużo ludzi, którzy uważają to za wymysł, a media starają się pokazywać, jaka jest rzeczywistość. Ale nie mamy wsparcia ani instytucjonalnego, ani programowego. Każdy walczy na własny sposób, jak potrafi. My mamy pewną politykę wobec takich informacji, mamy politykę blokowania, ograniczania, prostowania, komentowania takich treści, ale wszyscy robimy to na własny użytek. A media lokalne są doskonałym kanałem dostępu do mieszkańców i można by wymyśleć niejedną kampanię, która coś ludziom powie…
Sporo jest organizacji, które zajmują się fact checkingiem. Czy pan widzi tutaj jakieś pole do współpracy między mediami lokalnymi a tymi organizacjami?
– Teraz to się nazywa fact-checking, kiedyś się nazywało weryfikacja. Organizacje fact-checkingowe – przynajmniej te, które znam – są świetne, ale problem polega na tym, że one się skupiają na sferze raczej ogólnopolskiej. Nie mają tyle sił, żeby pomagać mediom lokalnym w codziennej pracy, bo tego jest bardzo dużo. Na przykład Demagog nie jest aż tak wielką organizacją, żeby mogli wchłonąć pomoc dla stu wydawców. To jest bardzo trudne. Są szkolenia i to jest ok, ale my już je przechodziliśmy. Szkolenie to jest jedno, a bieżąca pomoc, na co dzień – to drugie. Krążyło dużo różnych pomysłów, np. żeby wydawca uruchomił taką podstronę jak ma tvn Konkret 24, na której będzie weryfikował fejki ze swojego środowiska. Zwykle to były fejki samorządowe, bo tego jest najwięcej, ale nie tylko. Ale na to potrzeba pieniędzy, sił. To nie jest projekt, który wydawca sfinansuje z własnej kieszeni w takiej sytuacji jak teraz. Wiele się rozbija o pieniądze, nie o chęci.
A skoro jest przyjazna atmosfera wokół zmian w ustawie medialnej w Ministerstwie Kultury, to dostrzega Pan może jakieś jaskółki, by na poziomie centralnym znalazły się pieniądze, aby takie działania wesprzeć?
– Na poziomie krajowym wydawcy lokalni nigdy nie mieli tak pod górkę, jak mają teraz, od 2023 roku. To, co robi Ministerstwo Kultury jest ok, to są sprawy ustawowe, ale są też sprawy bardzo praktyczne. Stowarzyszenie Gazet Lokalnych ma duże biuro reklamy, które zbierało ogłoszenia instytucjonalne. W całej Polsce, 20 lat to robili. Chodzili po przetargach w urzędach, ministerstwach, zbierali pieniądze. Te reklamy trafiały do mediów lokalnych. Tak to działało, nawet za PiS-u, żeby była jasność.
Od momentu kiedy zmieniła się władza, jest katastrofa. To nie my staliśmy się nagle nieudolni i nie wiemy, jak się przygotować do przetargów, tylko specyfikacje przygotowane przez ministerstwa albo instytucje rządowe nie uwzględniają mediów lokalnych. W związku z tym nie można nawet złożyć oferty. Są kampanie reklamowe w medium ogólnopolskim i w Polska Press. Powiem szczerze: chciałbym, aby to była decyzja polityczna, żeby ktoś gdzieś uznał „Tym nie dajemy, bo oni są źli”. Ale to nie jest decyzja polityczna, to jest kompletna indolencja. Albo ktoś nie myśli, albo nie wie, albo wydaje mu się, że świat to jest Poznań, Warszawa, Gdańsk i Kraków, a poza tym jest ugór i preria.
Media zawsze walczyły o niezależność. O to, żeby nie były kontrolowane przez władze. Wiemy, co się działo między 2015 a 2023 rokiem, w niejednym proteście uczestniczyliśmy wspólnie z innymi mediami, a stało się tak, że przyszedł rząd, za którego wydawcy lokalni mają najgorzej w historii.
Gdy Pani mnie pyta, co powinno zrobić państwo, albo co się powinno stać na poziomie instytucjonalnym, to właśnie to powinno się zmienić. Ale mijają dwa lata i się nie zmienia.
Widzi Pan możliwości współpracy z organizacjami społecznymi? Aby zewrzeć szyki na rzecz budowania tej lokalnej odporności społecznej, wzajemnego zaufania?
– Oczywiście, tylko my mamy szuflady pełne pomysłów, możemy je otworzyć i wyciągnąć, ale nie ma ich komu przedstawić. Będziemy mieli pięć fajnych pomysłów na walkę z dezinformacją, wspólnie stowarzyszenia i wydawcy lokalni, jakieś finansowanie krąży po świecie, nawet na poziomie rządowym, ale nie ma z kim rozmawiać. Wszyscy mówią: „Przekaż mi informację, prześlij brief, pójdę z tym dalej, to rzeczywiście jest skandaliczna sytuacja”. A potem cisza. Nic się nie dzieje, nikt nie wie, jak to odkręcić. To jest ten problem. Możemy stworzyć wspólny front, ale spotkamy się, omówimy sobie cztery pomysły i… I nic z tego nie wynika. Nie wiem, jak wyjść z tej sytuacji. Nie wiem, do kogo jeszcze można uderzyć, bo wydaje mi się, że pukaliśmy prawie do wszystkich. Próbowaliśmy różnymi kanałami, oficjalnymi i nieoficjalnymi. Nie ma z kim gadać, więc trudno planować jakiekolwiek działania związane z bezpieczeństwem.
Dziękuję za rozmowę.
Andrzej Andrysiak – dziennikarz i publicysta, dziennikarz iwydawca Gazety Radomszczańskiej, autor książek i podcastów. Prezes Stowarzyszenia Gazet Lokalnych. W 2024 roku otrzymał tytuł „Dziennikarza Roku" Grand Press.
Źródło: informacja własna ngo.pl