Wyobraź sobie, że może być inaczej, czyli jak przekuć osobiste zaangażowanie w energię społeczną [wywiad]
– Nam jest potrzebna nadzieja aktywna: że możemy coś razem zmienić, że coś od nas zależy i jest to wartościotwórcze. Nie chodzi tylko o to, że możemy się upomnieć, zawezwać kogoś, ale że możemy coś zrobić – z prof. Jerzym Hausnerem rozmawiamy o aktywnej nadziei, dobrowolnym przyjmowaniu współodpowiedzialności oraz o tym, że indywidualizm nie musi być przeszkodą w budowaniu wspólnoty.
Magda Dobranowska-Wittels, ngo.pl: – Naszą rozmowę publikujemy na początku nowego roku, który kojarzy się z nową energią do działania. Chciałabym więc porozmawiać o tym, co w ostatnich czasach głównie zaprząta uwagę Pana Profesora, czyli o energii społecznej, rozumianej jako siła, która pozwala ludziom samodzielnie i wspólnie kreować swój lokalny świat poprzez aktywne, oparte na wartościach działania. Ważny element takiego myślenia to filozofia „współ” – współtworzenia, współdziałania, współodpowiedzialności. Tymczasem – jako Polacy – w praktyce jesteśmy raczej indywidualistami. Nie lubimy „współ”, bo z tym dużo zachodu. Jak zmienić takie podejście? Jakie korzyści pokazywać? Gdzie szukać przykładów, że to działa?
Dobrowolne „współ” zamiast przymusu
Prof. Jerzy Hausner: – Nie uważam, że indywidualizm i wspólnotowość należy sobie przeciwstawiać. Działanie samodzielne i wspólne wcale nie oznacza eliminacji indywidualnego zaangażowania. Problem polega na tym, aby to indywidualne zaangażowanie było skuteczne i przyniosło efekty. Działanie w środowisku lokalnym powinno być podejmowane, by reagować na rozpoznane problemy i potrzeby społeczne. Tu, moim zdaniem, to „współ” musi się pojawić.
Doświadczenie samotników, którzy sami podejmują działania, może być moralnie bardzo wzniosłe, ale nie będzie w większej skali skuteczne, ponieważ niezwykle ważne jest przenoszenie efektu tych działań w taki sposób, by inni je podjęli, żeby się do tego działania włączyli.
W tym przypadku współodpowiedzialność należy rozumieć inaczej niż to, że dzielimy się odpowiedzialnością za jakieś zadanie. To nie jest współodpowiedzialność, o której myślę, ponieważ ta jest przyjmowana dobrowolnie. To nie jest przerzucanie odpowiedzialności na kogoś: nie radzę sobie, to przekażę to tobie. To jest odpowiedzialność, która pojawia się w innym porządku niż hierarchiczne zarządzanie czy organizacja pracy. To jest element filozofii dobrowolnego współdziałania dla dobra innych. Chcę być współodpowiedzialny, bo chcę z innymi uczestniczyć w działaniu. Odpowiedzialność przyjmuję przez działanie, a nie przez polecenie.
Samoorganizacja – nasz uśpiony kapitał
Czuje Pan, że jako społeczeństwo jesteśmy chętni do tego, żeby tak właśnie, dobrowolnie przyjmować tę współodpowiedzialność? Umiemy to robić?
– Jest mi trudno przyjąć hurtem przekonanie, że Polacy są indywidualistami. Przypuszczam, że znalazłbym historyczne argumenty i analogie, które miałyby to wyjaśniać. Stronię jednak od takiego rozumowania, ponieważ ono zniechęca. Skoro Polacy są indywidualistami, a tak jest z natury rzeczy, tacy jesteśmy, to o czym mówimy, jak może się u nas zaszczepić energia społeczna?
Jeśli nam zależy na tym, żeby energia społeczna się wyzwalała, uaktywniała, ujawniała i promieniowała, to przyjmowanie założenia, że Polacy są indywidualistami, zniechęca, wyklucza, spycha intelektualnie całą tę problematykę na margines.
Łatwo jest przeciwstawić temu zbiorowe zrywy Polaków, które są fenomenalne. To powszechnie znane przykłady jak Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy czy Szlachetna Paczka. Pewnie można wymienić też wiele mniej spektakularnych wydarzeń, kiedy ludzie się mobilizują. Przypomnę, jak przez pierwsze kwartały Polacy przyjmowali uchodźców i uchodźczynie z Ukrainy. Nagle samoorganizacja okazała się naszą bardzo mocną stroną.
Bo to była samoorganizacja, to nie były indywidualne działania. Było wiele inicjatyw indywidualnych, włączania się, ale ludzie znajdowali te możliwości, bo pojawiły się organizacje, które łączyły jednych z drugimi. To było fenomenalne, ale to nie zaprzecza temu, że indywidualizm jest naszą cechą. To jest raczej podkreślenie, że indywidualizm nie przekreśla możliwości zbiorowego, wspólnego działania. Nie chodzi o tłum, o emocjonalne zachowanie i emocjonalne odruchy. Chodzi o działanie, chcę to wyraźnie powiedzieć, wspólnoty, czyli ludzi, których łączy wspólne przekonanie, cel, ale też rodzaj więzi, którą podtrzymują.
Mam wrażenie, że w naszym sposobie myślenia i działania jest wiele rzeczy, które zniechęcają do włączania się w obszar energii społecznej. Ale to nie znaczy, że takiego podglebia kompletnie w Polsce nie ma. Ludzie tracą przekonanie o sensie wtedy, kiedy widzą, jak często energia społeczna jest marnowana, upupiana po gombrowiczowsku.
Dialog społeczny w wielu przypadkach jest pozorowany, nie jest autentyczny. Sprowadzony jest do formalnych konsultacji. Różnego rodzaju gremia doradcze, ciała, są najczęściej tylko ozdobnikami. Nie ma w nich rzeczywistej społecznej treści.
Zamiast przyjmować tezę: „To się nie powiedzie, bo jesteśmy indywidualistami”, trzeba raczej się zastanowić, co ludziom przeszkadza, żeby – zachowując swój indywidualizm, autonomię – podejmować działania z innymi, skoro żadne, w większości przypadków, działanie czysto indywidualne nie przyniesie społecznego efektu.
Indywidualnie możemy się zabezpieczyć, możemy też pomagać innym. To wszystko jest cenne, ale kiedy mówimy o rozwiązywaniu problemów w trochę większej skali, to napotykamy na granice przydatności.
Archiwum energii, czyli nauka na błędach
W Open Eyes Economy staracie się takie wspólnotowe działania pokazywać. Czy możemy podać przykłady, które by zachęcały ludzi do współdziałania?
– W OEE poszukujemy generatorów energii społecznej, aby stworzyć rodzaj obywatelskiego archiwum. To nie jest archiwum tworzone urzędowo. Staramy się rejestrować wszystko co do nas dotrze, przy czym – jako zespołowi, który tworzy ramy komunikacyjne dla innych ludzi – cenne nam się wydaje, aby te inicjatywy były opisane przez tych, którzy je realizują. Najlepiej, gdyby były opisywane nie promocyjnie, a autokrytycznie. Krytycznie – nie żeby negować, ale wskazywać, jakie są trudności, niepowodzenia, co przeszkadza. A równolegle pokazywać, co się udało, powiodło i jak można to wyjaśnić.
Projekt, który trwa już trzeci rok i będziemy go kontynuować, polega na inicjowaniu spotkań ludzi, którzy działają. Nie tych, którzy się zastanawiają, działać czy nie działać, ale którzy już coś robią. Liczba tych spotkań sięga już kilkudziesięciu. Są one dokumentowane i pojawiają się w naszym archiwum.
To są spotkania lokalne.
Zależy nam na tym, aby na lokalnym gruncie mogli się spotkać ci, którzy niekoniecznie zazwyczaj się spotykają. Chodzi nam także o to, aby to nie było spotkanie odświętne, a rodzaj warsztatu, wzajemnego poznawania się i uczenia.
Najistotniejsze jest, żeby ludzie przedstawiali swoje doświadczenia i konfrontowali je z innymi, którzy podejmują działania w podobnym obszarze. Takie spotkania są najbardziej wartościowe, zwłaszcza w tej części dyskusyjnej, kiedy ludzie już mogą się odnieść do tego w swobodnej rozmowie. Takie swobodne wypowiedzi, nieustrukturyzowane, powodują, że ludzie mówią językiem, którym na co dzień się posługują. Używają narzędzia komunikacji, które najbardziej odzwierciedla to, co nimi kieruje. Wtedy najłatwiej poznać motywację.
Takich spotkań mamy za sobą sporo, w tej chwili przygotowujemy kolejne cztery, starając się dobierać problematykę krytyczną dla energii społecznej, ale jednocześnie docierając do miejsc, gdzie ta energia jest. Po to, by pojawił się pozytywnie rozumiany efekt demonstracji: „Możecie przyjechać i zobaczyć”, a jeśli nie możecie przyjechać, to macie możliwość zapoznać się z tym pośrednio. Możecie skontaktować się z tymi ludźmi.
Nie mamy problemu w znajdowaniu takich miejsc. Oczywiście mamy wystawione radary, czyli nasz sposób komunikowania się, częsty kontakt z ludźmi, szukanie tych, którzy są uważnymi obserwatorami i uczestnikami, ekspertami praktykami.
Co z tego wyniknie?
– To trzeba zostawiać tym społecznościom. Może impuls, który powstaje – również przez to, że się kogoś docenia, że się go widzi, daje możliwość wypowiedzenia się – zmotywuje do dalszych działań. Staramy się organizować zdalne seminaria, aby jakaś część tego doświadczenia lokalnego, praktycystycznego, później przenosiła się do ogólniejszej refleksji.
Czy to zmienia rzeczywistość?
– To zależy o jakiej zmianie mówimy. Możemy oczekiwać, że nasze działania – które nie mają charakteru interwencyjnego, tylko raczej wspierający, uzupełniający, które nie są substytutem niczego, a raczej dodaniem czegoś, połączeniem, skojarzeniem – same w sobie mogą mieć efekt lokalny i ten efekt jest najważniejszy. Takie impulsy, wsparcie, niekoniecznie finansowe, ale pozwalające poznać cudze doświadczenie, czegoś się nauczyć, coś dostrzec, lepiej zrozumieć, same w sobie powinny być pomocne.
Ale z drugiej strony – to jest wzbogacanie ogólniejszej refleksji. Próbujemy przez to powiedzieć: „To, co dzieje się lokalnie jest najważniejsze i chodzi o to, żeby jak najwięcej się działo. Ale jednocześnie widzimy różnego rodzaju uwarunkowania czy przeszkody”.
To prowadzi do zrozumienia, że energia społeczna musi być oddolna.
Energia społeczna płynie od ludzi do instytucji, a nie od instytucji do ludzi. Kluczowe jest, czy w danym środowisku możliwa jest inicjatywa obywatelska.
Czy znajdzie się ktoś, kto przekona kilka osób, że rzeczy nie wyglądają dobrze, ale można by je odmienić, można by jakieś problemy podjąć i rozwiązać. Czy podejmujemy działania? Do kogo mamy je adresować? Kogo zachęcić? To jest właśnie myślenie o tym, jak upraktycznić konstytucyjną zasadę pomocniczości. To wydaje mi się kluczowe na tym poziomie ogólniejszym lub – jak ktoś chce – systemowym. Ja bym raczej powiedział instytucjonalnym, gdzie potencjalnie wchodzi w rachubę także jakaś zmiana legislacyjna, organizacyjna, przeobrażenie programów wsparcia, inna ich regulacja, inne ich adresowanie. To wszystko jak najbardziej jest zasadne, tylko zaczynanie od tego drugiego poziomu, od refleksji pozbawionej praktycznego doświadczenia, prowadzi na manowce.
Moje osobiste doświadczenie uczestniczenia w różnych gremiach, które miały naprawiać świat – na przykład w zakresie ekonomii społecznej – przekonuje mnie, że zmiana ustawowa może wiele rzeczy wnieść – szczególnie, gdy stwarza nowe możliwości i nową przestrzeń. Jak na przykład Ustawa o działalności pożytku publicznego i wolontariacie. Mam wrażenie, że ona odegrała bardzo pozytywną rolę. Ale – tak czy owak – na końcu jest pytanie, co tę przestrzeń wypełnia. Może się bowiem okazać, że nie to, na czym nam zależało, tylko coś, co ma zupełnie inny wektor ukierunkowany na dobro innych.
Szkoła i remiza jako „urządzenia społeczne”
Dużo wątków Pan profesor poruszył, ale wrócę do tych tematów, które mają być odbiciem do dalszych dyskusji. Jakie to są tematy? O czym osoby, które na poziomie lokalnym mają tę energię społeczną, chcą rozmawiać? Co chcą pokazywać? Albo też co Państwo tam znajdujecie, co jest warte pokazania?
– W tej chwili z różnych powodów, na ogół bardzo praktycznych, chcemy jedno ze spotkań poświęcić problematyce senioralnej. Starzenie się społeczeństwa prowadzi do istotnych społecznych zmian, które problematykę senioralną czynią jednym z kluczowych wyzwań rozwojowych.
Inny temat, który nas bardzo interesuje to wielopokoleniowość. Na ile ona może być źródłem energii społecznej? Myślenie o wielopokoleniowości i relacjach międzypokoleniowych zostało w Polsce mocno zaniedbane i sprowadzone do rodzinności. Albo jest, albo nie ma, ale generalnie to jest problem rodzin, a nie środowisk, nie lokalności.
Kolejna sprawa, którą widzimy jako dużą możliwą dźwignię, to rola instytucji kultury. Przy czym niekoniecznie mam na myśli instytucje formalne, ale także i nieformalne, na przykład różnego rodzaju inicjatywy społeczne. Instytucje kultury są potencjalnymi generatorami energii społecznej. Interesuje nas rozmowa o tym, na ile one myślą o realizacji jakiegoś programu, a na ile funkcjonują jako generator. I od czego to zależy?
Innym obszarem, który nas zawsze mocno frasuje, jest szkoła. Na ile szkoły wychodzą poza swoje mury i przezwyciężają izolację? Czasami ta izolacja wynika z poczucia zagrożenia, z wymogów bezpieczeństwa. Na ile szkoła jest miejscem, do którego przychodzą tylko określeni rodzice, uczniowie i nauczyciele, a na ile ma szansę – bo dysponuje takimi zasobami – być generatorem energii społecznej? Szkoła bardzo nadaje się do budowania relacji międzypokoleniowych.
Interesują nas doświadczenia, które pokazywałyby, jak myślenie o infrastrukturze w ogóle, a o społecznej szczególnie, może przyczynić się do rozwiązywania problemów społecznych. Na ile w myśleniu infrastrukturalno-przestrzennym szukamy takich miejsc, gdzie ludzie mogą się spotkać, niezależnie od tego, do czego to spotkanie prowadzi. Szukamy tak zwanych miejsc trzecich, które nie są ani prywatne, ani publiczne. Szkoła może być takim miejscem, dom kultury też. One stają się wtedy urządzeniami społecznymi, nie obiektem, nie instytucją. Wiele takich urządzeń może być wielofunkcyjnych. Mogą mieć usługi towarzyszące, wspomagające. Zasilanie takich usług, które niekoniecznie muszą być w głównym trzonie działania takiej instytucji, to byłaby wartość dodana.
Oczywiście interesuje nas zawsze działalność, która dotyczy osób wykluczonych, zmarginalizowanych. Jest wiele organizacji takich jak na przykład Barka, zajmujących się przywracaniem zdolności do funkcjonowania w społeczeństwie ludzi, których problemem nie jest tylko bezdomność czy utrata pracy, tylko kompletne „wyoutowanie”, żyjących poza strukturami społecznymi. To jest bardzo specyficzny rodzaj działalności i wymagający innego rodzaju postawy i doświadczenia.
Generatorem energii społecznej powinien być uniwersytet, teatr, dom kultury. Nie w każdym środowisku lokalnym tak jest. Pytanie, na ile pojawienie się tej funkcji będzie wynikało z tego, że wpiszemy to do ustawy, regulaminu czy statutu, a na ile z tego, że określona liczba osób dojdzie do wniosku, że to byłoby ciekawe i pomocne. I będzie odzew na to ich przekonanie.
Koła Gospodyń Wiejskich na przykład mają swoją tradycję, nie trzeba im mieszać. Ważne, żeby nagle nie stawały się klubami wyborczymi, bo wtedy tracą swoją autonomię i niezależność. Ale może się okazać, że będą wypełniać wiele dodatkowych ról i będą generatorami energii społecznej. Znam takie projekty i programy, które temu służą i to jest ich dobrowolna chęć przyjęcia na siebie dodatkowych zadań.
Tak samo jest z Ochotniczymi Strażami Pożarnymi. Pytanie, czy to ma być po prostu wielopokoleniowe dziedzictwo młodych mężczyzn, rodzaj klubu hobbystycznego, oczywiście z bardzo odpowiedzialnymi funkcjami na rzecz lokalności, czy też miejsce wydarzeń o charakterze ludycznym? A może coś w tej remizie dodatkowo mogłoby się dziać? Jeśli tak, to co? Pod jakimi warunkami? Na ile tego rodzaju instytucja może być urządzeniem społecznym? To nas w tych poszukiwaniach intryguje.
Ale najważniejsze jest, że to musi dziać się wśród ludzi, że jest to samodzielne i wspólne działanie w środowisku lokalnym na rzecz innych. Jeśli te rzeczy są spełnione, to trzeba to pozytywnie oceniać, wspomagać, starać się też jakoś uogólnić to doświadczenie.
Ale nie chodzi o badania, a raczej o zbiorową refleksję na ten temat.
Aktywna nadzieja zamiast strategii przetrwania
W czasie wykładu z okazji 25-lecia Programu Działaj Lokalnie Akademii Rozwoju Filantropii w Polsce mówił Pan o tym, że aby wyzwolić energię społeczną, jest potrzebne przełamanie lęku przed działaniem, który nas paraliżuje. Aby pokonać ten paraliż potrzebna jest nadzieja, ale nie jakakolwiek, tylko aktywna nadzieja. Co to znaczy?
– Każdy z nas potrzebuje nadziei. Nadzieja jest dla nas zbawienna. Ale czasami jest to nadzieja przetrwania, że coś się stanie, coś pozytywnego, nie wiemy jednak co. Mamy nadzieję, bo to nas trzyma przy życiu. To jest nadzieja pasywna, w której możemy się złączyć z innymi w oczekiwaniu. Cytując Antoniego Kępińskiego, to jest nadzieja „człowieka z kryjówki”, który ze względu na swój lęk wobec świata, wobec innych, skrywa się. Oczywiście ma nadzieję, że zaistnieją takie okoliczności, gdy poczuje się lepiej i wyjdzie. To jest wycofanie się i pozostawanie w nadziei przetrwania.
Łatwo jest przyjąć taką postawę: jest jak jest i inaczej nie będzie. To się opiera się na doświadczeniu, na utrwaleniu przekonania, że ode mnie nic nie zależy. To jest bezradność, która została przekuta w beznadziejność. Nadzieję przetrwania, która dezaktywizacje, czyni nas pasywnymi.
Nam jest potrzebna nadzieja aktywna: że możemy coś razem zmienić, że coś od nas zależy i jest to wartościotwórcze. Nie chodzi tylko o to, że możemy się upomnieć, zawezwać kogoś, ale że możemy coś zrobić. Ta nadzieja uruchamia się wtedy, kiedy pojawia się taki element naszego myślenia, który kryje się w słowach „Wyobraź sobie”.
Wyobraź sobie, że to przecież można byłoby osiągnąć, można byłoby zmienić. Wyobraź sobie, że moglibyśmy to zrobić, przemienić, odmienić, że moglibyśmy coś stworzyć.
Oczywiście chodzi o to, żeby sobie wyobrazić coś, co ma swoje korelaty lokalne, dotyczy określonej przestrzeni i czasu, relacji między ludźmi, zmiany materialnej i mentalnej. Wszystko jedno, jak to jest szczegółowo dopracowane. Na ogół zaczyna się od czegoś, co przekształca marzenie w czyn. Wyobrażam sobie, że to może być inaczej i podejmuję działania, które nas prowadzą od stanu, który jest niezadowalający, który nas gnębi i męczy do stanu, który uważamy za lepszy, pozytywny, za odmianę. To się nie stanie samo, bo „wyobraź sobie” oznacza wyobrażenie sobie czegoś, czego nie ma, co trzeba będzie dopiero stworzyć.
Ta nadzieja zaczyna się od tego, że wyobrażam sobie i podejmuję działanie, które jest zawsze obarczone ryzykiem. A jeśli się nie uda? Nadzieja aktywna pozwala przezwyciężyć to „A jeśli się nie uda”. Może się nie udać, ale jeśli tego nie podejmę, to się na pewno nie uda.
Gdzie szukać ludzi, którzy mają w sobie tę aktywną nadzieję i nie boją się podejmować ryzyka?
– W każdym społeczeństwie ze względu na rozkład genetyczny jest jakaś liczba ludzi, którzy mają w sobie żyłkę eksploratorów, którzy zawsze wychodzą pierwsi. Jest też duża grupa ludzi, którzy są organizatorami, liderami. I jest grupa ludzi, którzy są z natury rzeczy ostrożni.
Pytanie, czy w danej społeczności lokalnej, w danych okolicznościach kulturowych, materialno-organizacyjnych ci ludzie, którzy mają te aktywistyczne predyspozycje mają też szansę podjęcia działania. I co sprzyja temu, że w naszym kręgu pojawia się ktoś taki, kto potrafi zachęcić innych, mobilizować i nie zostanie stłamszony? „Nie wychylaj się! Po co ci to? Co ci to da? Dlaczego jesteś taki ambitny? Dlaczego ci tak na tym zależy? Nie możesz, jak inni? Nie możesz być normalny? Zawsze musisz wychodzić przed szereg! Widzisz, ile razy się sparzyłeś? Weź przykład z innych” – to są teksty, które słyszy bardzo wiele aktywnych osób. Czy słysząc to, usłuchają – tego nie wiem, to zależy od wielu okoliczności. Są ludzie, którzy będą szli pod wiatr i na przekór innym. Zawsze będą się przebijać. Czasami z powodzeniem. Jeśli zostawimy ich samymi i uznamy, że są dziwakami, to być może oni będą mieli wielkie osiągnięcia w jakiejś dziedzinie, bo ich potencjał zostanie ukierunkowany na bardzo indywidualne działania. Pewnie wielu artystów w ten sposób weszło na drogę osiągnięć, bo to jest droga samotników. Ale przy uznaniu dla takich wielkich samotników, to przecież nie na tym chcielibyśmy budować społeczeństwo ludzi wolnych i solidarnych.
Czyli tym liderom potrzebne jest wsparcie. Spotkał się Pan z organizacjami, a przede wszystkim z osobami z tych organizacji, które takie wsparcie otrzymali od Polsko-Amerykańskiej Fundacji Wolności. Jak pan ocenia to, co PAFW im zaoferowała?
– Zacznę od tego, że imponujący jest dla mnie cały konstrukt. Tak jak rozumiem działanie PAFW, a wielokrotnie rozmawiałem z Jerzym Koźmińskim, który przewodniczy tej fundacji, ona powstała w wyniku pierwotnego kapitału założycielskiego, środków, które potem zostały zainwestowane. One funkcjonują w systemie finansowym po to, by zarabiały jako kapitał żelazny na uruchamianie późniejszych projektów. Są też dodatkowe źródła wsparcia, które z kolei aktywizują innych partnerów, pojawiają się nowe tematy, nie wpadamy w uporządkowany sposób funkcjonowania.
Druga rzecz, która mi się bardzo podoba to, że cały czas kluczowe w tym działaniu jest myślenie dwutorowe.
Z jednej strony interesuje nas, żeby pojawiało się jak najwięcej inicjatyw lokalnych i żeby się zakorzeniały. Ale nasze działanie nie polega na tym, że skoro nic nie ma, to stworzymy to, czego nie ma. Warunkiem naszego wsparcia jest to, że coś jest, a my doceniamy to, co już zostało zrobione, energię, która została wyzwolona i ją wspomagamy, żeby mogła się wzmocnić i zakorzenić. To jest niezwykle ważne.
Drugi tor działania PAFW to jest budowanie infrastruktury wsparcia. Czasami są to instytucje, które rozdysponowują środki, instytucje grantowe, a czasami są to ważne inicjatywy, które wspomagają w inny sposób, na przykład Fundacja Stocznia. Stocznia jest laboratorium innowacji społecznych, czyli testuje różnego rodzaju innowacje społeczne, które można później próbować przenosić w inne miejsca.
Wydaje mi się, że to zostało bardzo dobrze pomyślane i to jest bardzo ważna struktura w naszym życiu społecznym, życiu środowisk pozarządowych. Struktura, która dba bardzo o swoją autonomię, nie wkracza w świat rywalizacji partyjno-politycznej. Dzięki temu każdy z uczestników tego procesu może mieć swoje przekonania polityczne, ale to nie ma nic do rzeczy. Ważne jest, czy ludzie chcą wspólnie działać. Fundacja łączy, a nie dzieli.
Nie jestem mocno wciągnięty w działania Fundacji, jestem jednym z potencjalnych zaprzyjaźnionych ekspertów, ale przede wszystkim reprezentuję organizacją partnerską, która podejmuje działania na trochę innym polu, chociaż część tego pola jest wspólna. Energia społeczna, generatory energii społecznej – to mnie połączyło i z PAFW, i z Akademią Rozwoju Filantropii, czyli z Pawłem Łukasiakiem. Z nim najwięcej współpracuję. Podobnie, jak ze Stocznią. Znamy się, przyjaźnimy. Mamy bilateralne relacje, ale nie tylko ich się trzymamy. Współdziałamy z wieloma różnymi organizacjami partnerskimi w zależności od tego, jakie jest pole, które chcemy zagospodarować. Ale te styki są dosyć częste i czasami bardziej, czasami mniej gorące. Dobrze ze sobą współdziałamy, bo się znamy od lat i cenimy to, co każda z tych organizacji robi.
Zależy mi jednak na tych momentach, kiedy możemy wspólnie o czymś pomyśleć albo wspólnie podjąć jakąś inicjatywę, która by w naszych polach coś połączyła, skrzyżowała. To jest warte wiele. Nie budujemy nowych, dodatkowych struktur, żadnych stanowisk, biur. Raczej korzystamy z zasobów, które i tak są nam potrzebne, żeby móc działać.
Nexus – widzieć więcej, by działać mądrzej
Pociągnę temat łączenia zasobów, które już istnieją. Podczas wspomnianego już wykładu dla ARFP wprowadził Pan takie pojęcie, jak nexus, czyli węzeł, bynajmniej nie gordyjski, ale raczej łączący punkty i pozwalający na zrozumienie różnych złożonych zjawisk. Po to, żeby wyjść z myślenia ograniczonego, silosowego. Pan zachęca, żeby właśnie w ten sposób patrzeć na lokalność, szerzej, krajobrazowo. I o ile bardzo bliskie jest mi przełamywanie myślenia silosowego i łączenie kropek, to jednak na końcu mamy perspektywę pojedynczej osoby, dla której takie patrzenie krajobrazowe, z jakiegoś horyzontu może być dość trudne, a nawet przerażające, gdy się zobaczy złożoność wielu problemów. Jak w takim myśleniu może się odnaleźć taka osoba, od której w ostateczności zależy, czy ta energia społeczna się wyzwoli, czy nie?
– To są dwa wątki. Zacznijmy od zasobów. Mówimy o energii społecznej, czyli o działaniu samodzielnym, autonomicznym, wspólnym i dla dobra innych. Każde działanie, jakiekolwiek by ono nie było, wymaga wykorzystania jakichś zasobów. Wszystko jedno, czy to są zasoby mentalne, wiedzy, informacji, czy zasoby materialne, w sensie fizycznym i finansowym, czy zasoby organizatorskie, zasoby pracy. Jeśli mówimy o energii społecznej, to trzeba jasno powiedzieć, że zasobami czysto prywatnymi, indywidualnymi, które traktujemy jako własne realizować celu, któremu ma służyć energia społeczna, nieważne jak ten cel jest zdefiniowany. Dla mnie ten nadrzędny cel to solidarni w rozwoju.
Niezwykle ważne jest, że część dostępnych zasobów musi być uwspólniona.
Co to znaczy?
– Najłatwiej to pokazać na przykładzie wiedzy. Wiedza jako zasób powinna być uwspólniona. Jeżeli prywatyzujemy wiedzę, czyli odcinamy innych od niej po to, żeby ją komercjalizować, to pozbawiamy ludzi szansy wykorzystania tej wiedzy. Bardzo często ich uzależniamy za pomocą wiedzy, informacji, które zdobywamy prywatnie, komercyjnie. Podporządkujemy ich sobie.
W przypadku myślenia lokalnego uwspólnianie wiedzy, łączenie punktów, kropek jest bardzo ważne. Niezwykle ważne jest, żeby – podejmując działanie lokalne – starać się włączać zasoby wiedzy, które są w dyspozycji różnych osób i różnych organizacji, ponieważ one mogą się przydać, ale też są relatywnie tanie.
Trudniej jest łączyć inne zasoby, ale to nie znaczy, że niemożliwe jest budowanie sieci komunikacyjnych, które służą różnym funkcjom. Ma to swoje granice, ale jest tańsze niż gdyby każdy podmiot dysponował własnym obiegiem informacji. To będzie droższe, bardziej skomplikowane.
Dlatego ważne są zasoby wspólne. Mam jednak wrażenie, że ten proces przebiega od commoning to commons, Dyskutujemy o tym, aby ktoś oddał część swoich zasobów i w ten sposób stworzymy wspólny zasób, który tu zdefiniujemy i usytuujemy. Na przykład zasoby materiałów sanitarnych na danym terytorium: są gdzieś skupione w jednym miejscu i to jest bufor. Nie o to chodzi. W tym przypadku chodzi o to, żeby commoning oznaczał podejmowanie wspólnego działania, a dopiero ze wspólnego, konkretnego działania i przyjmowania współodpowiedzialności wynika to, że łączymy zasoby. Uwspólniamy je przez łączenie w działaniu, a nie poprzez wyodrębnianie rezerwowej puli na jakąś okoliczność. To może robić Agencja Rezerw Materiałowych. Państwo, rozumiane jako struktura idąca od centrum do jednostek samorządu terytorialnego, musi budować pulę zasobów rezerwowych, awaryjnych. Natomiast my mówimy o energii społecznej, w której proces przebiega od wspólnego działania do łączenia zasobów.
Drugim problemem jest to, jak patrzeć na swoją lokalność. Jak te różne punkty widzenia, różne perspektywy umieć ze sobą połączyć? Nexus nie oznacza łączenie wszystkiego ze wszystkim, bo to jest oczywiście niemożliwe i do niczego by nie prowadziło. Mogę sobie wyobrazić sztuczną inteligencję, która nam napisze jakieś skomplikowane wzorce. Nie przebijemy się przez to. Być może ci, którzy mają jasną funkcję celu, chcą coś skomercjalizować, wyprowadzą z tego jakieś równanie i powiedzą, że akurat oddziaływanie w tym punkcie da nam najwięcej przyrostu. Ale my nie mamy jednolitego celu. Chcemy zmienić rzeczywistość w sposób, który nie oznacza ostatecznego rozwiązania, a oznacza korzystną zmianę, bo daje większe możliwości rozwiązywania wielu innych problemów.
Dlatego ważne jest, żeby w danej dziedzinie umieć skojarzyć współzależności, których nie dostrzegamy. Bo, gdy zajmujemy się wodą, to nie widzimy związku z żywnością. Jak zajmujemy się żywnością, to nie widzimy związków z innymi zasobami, na przykład energią. Nie chodzi o to, żeby wymyślać matryce intelektualne, które nam pozwolą jedno z drugim połączyć, a następnie zadawać liczbowo obraz tej rzeczywistości.
Ważne jest, żebyśmy popatrzyli na swoją lokalność i zastanowili się, co oznacza dla nas jej rozwój. Dla nas jako mieszkańców.
To nie jest punkt widzenia wójta, sołtysa czy dyrektora szkoły. Co to oznacza dla nas, dla mieszkańców? Czy czujemy wspólnotę losu? Czy uważamy, że to, co chcę osiągnąć, zależy od innych osób? W jaki sposób? Jeśli popatrzymy na problemy z rozwojowego punktu widzenia, to znajdziemy te współzależności, na których skoncentrujmy nasze działanie. To jest ten węzeł strategiczny, który obejmuje więcej elementów krytycznych dla rozwoju lokalności.
Jeżeli podejmujemy wyzwanie edukacyjne, to nie może być to tylko szkoła, bo edukacja nie równa się szkoła. Jeśli podejmiemy wyzwanie związane z gazyfikacją, to zastanówmy się, w jaki sposób to przedsięwzięcie ma przyczyniać się do rozwoju lokalności. Ne tylko, żeby dostarczyć gaz do każdego gospodarstwa, ale żeby ten gaz był najlepiej spożytkowany, tani, bezpieczny. Jest kilka kryteriów, które powinniśmy wziąć pod uwagę. Wszystko jedno, czy to jest problem żywnościowy, energetyczny, handlowy, transportowy, edukacyjny – spójrzmy na niego wielowymiarowo. Ale żeby tak spojrzeć, musimy mieć różne punkty widzenia. Nie tych, którzy dane dobro czy usługę dostarczają, ale także tych, którzy je konsumują i także tych, od których zależy, jakie są warunki dostawy i warunki konsumpcji. Musimy na to spojrzeć tak, żeby ten krytyczny węzeł, na który chcemy oddziaływać, pozwalał nam te perspektywy, spojrzenia, punkty widzenia i tę wiedzę skojarzyć.
Narzędzia ilościowe, technologiczne mogą być tu pomocne, ale najważniejsze jest, czy potrafimy uruchomić wyobraźnię rozwojową. A wszystko zaczyna się od filozofii „współ”. Jesteśmy współmieszkańcami, jesteśmy współodpowiedzialni. Musimy współdziałać.
Trzeba też chcieć rozmawiać i umieć rozmawiać.
– A to jest inna sprawa.
Bycie razem zaczyna się od spotkania i rozmowy. Nie ma spotkania, nie ma rozmowy. Nie ma rozmowy, nie ma możliwości podjęcia działania.
Nie jesteśmy razem. Możemy być w jakiejś przestrzeni, koegzystować, ale nie jesteśmy razem. To jest różnica. Razem zaczyna się od „współ”. Trzeba się spotkać i rozmawiać. Pytanie, czy ludzie w danej zbiorowości w ogóle się spotykają i czy to spotkanie jest okazją do rozmowy. Czy rozpoczynamy jakiś rodzaj komunikacji, czyli zaczynamy relacje, które mogą doprowadzić do więzi? Nie muszą. Mogą być po prostu incydentalnym spotkaniem i mieć wiele zalet, ale to nie o to w przypadku energii społecznej chodzi.
Kończymy więc z apelem, aby się spotykać i rozmawiać. Bardzo dziękuję.
prof. dr hab. Jerzy Hausner – profesor doktor habilitowany nauk ekonomicznych, przewodniczący Rady Programowej Open Eyes Economy Summit oraz Rady Fundacji Gospodarki i Administracji Publicznej, b. wicepremier i minister gospodarki, pracy i polityki społecznej, poseł na Sejm 2001-2005, członek Rady Polityki Pieniężnej III kadencji, członek korespondent Polskiej Akademii Umiejętności, laureat nagród: Kisiela, Władysława Grabskiego, Edwarda Lipińskiego i Aleksandra Gieysztora, doktor honoris causa Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie oraz Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, Profesor Honorowy Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie.
Źródło: inf. własna ngo.pl
Redakcja www.ngo.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy.