Przeglądarka Internet Explorer, której używasz, uniemożliwia skorzystanie z większości funkcji portalu ngo.pl.
Aby mieć dostęp do wszystkich funkcji portalu ngo.pl, zmień przeglądarkę na inną (np. Chrome, Firefox, Safari, Opera, Edge).
ngo.pl używa plików cookies, żeby ułatwić Ci korzystanie z serwisuTen komunikat zniknie przy Twojej następnej wizycie.
Dowiedz się więcej o plikach cookies
Więcej niż przedsiębiorstwo. W piątą rocznicę uchwalenia ustawy o spółdzielniach socjalnych
Cezary Miżejewski
Spółdzielnia socjalna to coś więcej niż przedsiębiorstwo. Ludzie, którzy zakładają spółdzielnię tworzą przede wszystkim nowe więzi społeczne i etos nowego obywatela - przypomina o tym w piątą rocznicę uchwalenia ustawy o spółdzielniach socjalnych Cezary Miżejewski.
Cezary Miżejewski
Niedawno w trakcie dyskusji o sensie ekonomii społecznej, przedstawicielka jednej z organizacji pozarządowych podała definicję ekonomii społecznej – która jej zdaniem – odzwierciedla jej sens. Według tej definicji, ekonomia społeczna to „użycie instrumentów biznesowych do rozwiązywania problemów społecznych”.
Reklama
Uznałem, że ta definicja jest błędna - nie tylko dlatego, że użycie pojęcia „problemy” od razu nadaje kwestii społecznej wymiar negatywny. Uważam, że ekonomia społeczna to raczej „rozwiązywanie kwestii społecznych przy użyciu instrumentów ekonomicznych”.
Wydawałoby się, że sens niemal się nie zmienił. Różnica jest jednak zasadnicza. Pytanie bowiem brzmi, co jest istotą ekonomii społecznej. Otóż istotą tą jest energia społeczna. Energia która zmienia rzeczywistość, która powoduje że grupa ludzi, skazana na bezrobocie (lub nim zagrożona – jak obecnie wielu młodych ludzi po studniach), tworzy nie tylko swoje miejsca pracy, ale przede wszystkim zmienia swoją świadomość. Grupa, która nie tylko oczekuje zmiany swojego życia, ale próbuje go samodzielnie kreować na miarę sił i możliwości.
Reklama
Ta energia grupy, zespołu tworzy nową solidarność pozbawioną wyzysku oraz nowego świadomego obywatela. Pozwala żyć i pracować zgodnie z wartościami, które są fundamentalne. Przyznam, że olbrzymie wrażenie zrobiła na mnie wiadomość, że w Bałtowie w ostatnim referendum wzięło udział 82% mieszkańców.
Tak wysoka frekwencja znacznie więcej mówi o sukcesie bałtowskiej inicjatywy, niż liczba osób, które odwiedziły park dinozaurów będący wizytówką tej świętokrzyskiej gminy. Sukces uruchomienia wiary w możliwość współdecydowania jest znacznie istotniejszy niż jakiekolwiek przewagi ekonomiczne. One są wtórne do celu podstawowego. Co nie znaczy, że nieważne.
Reklama
Piszę o tym – nieprzypadkowo – w piątą rocznicę uchwalenia ustawy o spółdzielniach socjalnych. Ci, którzy pamiętają początki dyskusji o nowej ustawie, wiedzą że spółdzielnie socjalne uważano, albo za próbę naciągnięcia budżetu państwa na niebywałe ulgi i podejrzane przywileje, albo za próbę reanimacji wzorców rodem z PRL-u. Jeden z prominentnych parlamentarzystów grzmiał nawet, że przedsiębiorcy zlikwidują swoje firmy, by przekształcić się w spółdzielnie.
Miało to oczywiście swoje konsekwencje. W obawie przed „okropieństwami” spółdzielczości, ograniczano zapisy tak, aby zapobiec domniemanym nadużyciom. Pomimo tego znalazło się wielu odważnych, którzy zobaczyli w regulacji prawnej szanse na pracę, samozatrudnienie, wpływ na własne życie… zmianę. Podjęli oni trud budowy nowych instytucji.
Traktowano ich z lekceważeniem, uważając za przedsiębiorców „drugiej kategorii”. Naukowcy rozprawiali o nowej ustawie i jej możliwościach, uważając, że spółdzielnia socjalna jako „instytucja hybrydowa” łącząca cechy przedsiębiorstwa i organizacji pozarządowej jest naruszeniem wszelkich reguł i psuciem świetnych rozwiązań.
A jednak powoli tworzyły się pierwsze grupy inicjatywne poszukujące swoich pomysłów na usługi i produkty, które kupi klient i to nie z litości, ale z potrzeby. To zadowolony klient, w tym samorządowy, kupując, ma dawać świadectwo, że „stygmat wykluczonego społecznie” jest w koncepcji przedsiębiorczości społecznej zdezaktualizowany. Pomimo głosów sprzeciwu i chóralnych gromów.
Potem pojawiły się pierwsze pieniądze ze środków publicznych i Unii Europejskiej. Jednak zabrakło ich przede wszystkim dla tych, którzy rzucili na szalę wszystko, swoją energię i swoje szanse na przyszłość. Stosunkowo łatwo było szkolić, doradzać, pouczać. Przyjęto, że uczyć należy wyłącznie techniki sprzedaży, marketingu czy zasad prawa. Uważano, że wystarczą pieniądze, aby tworzyć nowe spółdzielnie, aby zaistniały nowe podmioty gospodarcze. I w tym wszechogarniającym technokratyzmie, narobiono wiele złego – często poprzez dawanie pieniędzy, poprzez liczne bezużyteczne szkolenia.
Zapomniano, co jest istotą ekonomii społecznej. Zapomniano, że ludzie, zanim opracują business plan, zanim przystąpią do strategii marketingowej, muszą najpierw stworzyć grupę, muszą zacząć sobie ufać, wspólnie myśleć, zaprzyjaźnić się. Mimo, że decydenci nie rozumieli tych oczywistych prawd, pojawiali się kolejni ludzie, chcący dzięki przedsiębiorczości społecznej zmieniać siebie i rzeczywistość.
To właśnie energia tych ludzi, którzy pomimo przeciwności utworzyli ponad trzysta spółdzielni socjalnych, powoduje, że warto o nich walczyć. Warto dalej szukać nowych rozwiązań prawnych, finansowych, infrastrukturalnych. Ci, którzy uważają że spółdzielnie socjalne to niszowe rozwiązanie, że jest ich tylko trzysta a nie trzy tysiące, nie uwzględniają tego, co dzieje się w sferze aktywności obywatelskiej. Nie uwzględniają, że nadal jesteśmy krajem o jednym z najniższych poziomów zorganizowania społecznego w całej Europie.
Tym bardziej innowacyjność spółdzielni – bo jest to w najwyższym stopniu innowacja – jest ważna. Spółdzielni nie tworzą bowiem duże organizacje sieciowe sektora pozarządowego zatrudniające wielu kadrowych pracowników. Tworzą je ludzie, o których nikt do tej pory nie słyszał w ruchu pozarządowym. Ludzie, którzy uruchomili o wiele więcej niż nowe podmioty ekonomii społecznej.
Budują oni bowiem przede wszystkim nowe więzi społeczne, budują etos nowego obywatela. Świadomego swoich praw, możliwości, obowiązków człowieka. Świadomość człowieka, który na co dzień musiał nauczyć się podejmowania decyzji. Dobrych lub złych, mądrych lub głupich, ale samodzielnych i przynoszących konsekwencje dla swojego losu.
Gdy debatujemy o przyszłości spółdzielni socjalnych, nie zapominajmy o ich podstawowym celu. Tym celem jest zmiana postaw i wiary we własne siły, bo to one tworzą nową jakość. Już blisko sto lat temu francuski ekonomista społeczny prof. Karol Gide, zwrócił uwagę, że „gdy spółdzielnia stanie się tylko przedsiębiorstwem – będzie ona zawsze bardzo złym przedsiębiorstwem”.
Przypominam tę myśl wszystkim tym, którzy są przekonani, że o sukcesie decydują wyłącznie dostęp do pieniędzy i dobre pomysły na produkty. I tym, którzy sądzą że spółdzielnia socjalna jest wyłącznie formą przejściową pomiędzy bezrobociem i biernością a „zdrowym” rynkiem, w ramach którego można działać jedynie w formie spółki. Przekonanie, że demokratyczne zarządzanie spółdzielcze jest zawsze czymś gorszym niż wpływ wynikający wyłącznie z kapitału, jest powszechną chorobą polskich decydentów. Dlatego tak trudno dostać wsparcie nie tylko w wymiarze finansowym.
Gdy jednak przyjrzymy się właśnie tym treściom o wymiarze społecznym czy ideowym, to widać wyraźnie, że choćby z tego powodu warto inwestować w spółdzielnie. Nie tylko pieniądze i działania instytucji publicznych, ale przede wszystkim naszą wiarę, że mogą one przyczynić się – nie do rozwoju PKB i spadku bezrobocia – ale do pozytywnej zmiany w świadomości społecznej.
To oczywiście nadal jest początek. Po pięćdziesięciu latach upaństwawiania i dwudziestu latach prywatyzowania, trudno oczekiwać przełomu w działaniach społecznych. Trudno oczekiwać szybkich efektów. Państwo może w tych działaniach przeszkadzać lub je wspierać. Co można, i co należałoby zrobić przeczytacie w następnej części tego tekstu.
Artykuły opublikowane w portalu ngo.pl prezentują wyłącznie poglądy ich autorów, autorek. Wyrażone w nich opinie, komentarze nie muszą być tożsame z poglądami redakcji.
Przedruk, kopiowanie, skracanie artykułów (lub ich fragmentów) z portalu ngo.pl wymaga zgody redakcji.