Sami nie przetrwamy. Dlaczego w kryzysie ważniejszy od sprzętu jest sąsiad? [wywiad]
W obliczu powodzi, wojny czy kryzysu klimatycznego najdroższy sprzęt może okazać się bezużyteczny, jeśli zabraknie rąk do pracy i wzajemnego zaufania. Dariusz Bobak z Fundacji Folkowisko tłumaczy, dlaczego samotne „prepperskie” przetrwanie to mit i w jaki sposób Ochotnicza Straż Humanitarna (OSH) buduje sieć liderów i liderek gotowych do działania tam, gdzie procedury państwowe nie sięgają.
Małgorzata Łojkowska: – Skąd wziął się pomysł powołania Ochotniczej Straży Humanitarnej?
Dariusz Bobak, Fundacja Folkowisko: – Ten pomysł chodził za nami już od dłuższego czasu. Mamy dobre doświadczenia w budowaniu bazy wolontariuszy pomagających przy festiwalu Folkowisko, który organizujemy co roku. Kiedy rozpoczęła się agresja Rosji na Ukrainę w 2022 roku, znalazło się wśród nich wiele osób, które gotowe były ruszyć z pomocą. Już następnego dnia byliśmy po drugiej stronie granicy i budowaliśmy miasteczko namiotowe.
Inaczej było w przypadku powodzi na Ziemi Kłodzkiej. To już nie był tak powszechny zryw, mieliśmy kłopot ze znalezieniem odpowiedniej liczby osób. Wtedy przyszło nam do głowy, że dobrze byłoby mieć bazę wolontariuszy związanych nie z festiwalem, tylko z działaniami humanitarnymi.
Kiedy POP Fund ogłosił konkurs na działania związane z odpornością społeczną, napisaliśmy wniosek i udało się nam dostać dofinansowanie. Dzięki temu rozpoczęliśmy poszukiwanie wolontariuszy i ich szkolenie. Chcielibyśmy jednak, żeby ten projekt nie zakończył się wraz z zakończeniem finansowania.
Sieć zaufania zamiast sztywnej struktury
Na czym dokładnie polega ten pomysł?
– Obecnie szkolimy dwadzieścia osób, które będą liderami w swoich społecznościach i wokół siebie zbudują grupę osób gotowych do reagowania w sytuacjach kryzysowych. Założyliśmy, że każdy z liderów przeprowadzi szkolenie dla kilkunastu osób na swoim terenie. Nie chodzi o to, żeby od razu przekazać wszystkie umiejętności, tylko żeby ci liderzy i liderki – bo jest tam więcej kobiet niż mężczyzn – zaistnieli w swoim środowisku i żeby zaczęła powstawać humanitarna sieć współpracy.
Bardzo ważne jest dla nas zbudowanie społeczności międzyliderskiej – grupy ufających sobie osób i nauczenie ich wspólnych sposobów działania.
Nasz pomysł trochę przypomina ten, który doprowadził do powstania „Sieci odpowiedzialnych festiwali”. To festiwale, które podpisały deklarację przestrzegania szeregu zasad związanych z dbaniem o środowisko i dobrostan uczestników. My widzimy Ochotniczą Straż Humanitarną w podobny sposób. Chcielibyśmy być siecią podmiotów, które podpisują zobowiązanie, że będą przestrzegać pewnych standardów. Zależy nam na tym, żeby zbudować markę Ochotniczej Straży Humanitarnej, pod którą będą działać różne niezależne od siebie grupy.
Ważne jest dla nas to, żeby – jeżeli w przyszłości na miejscu jakiejś katastrofy pojawią się ludzie ubrani w kurtki z naszym logo – poszkodowani i służby wiedzieli, w jaki sposób działamy, w czym możemy pomóc i że można nam zaufać.
Myślisz, że to będzie działało w regionach bez centralnego zarządzania z waszej strony?
– Myślę, że tak. Nie chcemy zarządzać, tylko wspierać. Staramy się unikać budowania struktury zależnej. Dzielimy się doświadczeniem i pewnie przez pewien czas będziemy traktowani jako autorytet, bo mamy największe doświadczenie, ale chodzi nam o to, żeby wyszkolić ludzi, którzy będą mieli takie same kompetencje jak my. Nie chcemy być „kierownikami” tej sieci.
Sami nie przetrwamy długiego kryzysu
Czy liderzy, których szkolicie, pochodzą z różnych części Polski?
– Nie. Zaczęliśmy od dwóch województw – podkarpackiego i lubelskiego. Skupialiśmy się na powiatach przygranicznych. To ma związek z pewnymi zagrożeniami, które są z granicą związane. Od razu podkreślę jednak, że unikamy skojarzeń zagrożeń z sytuacjami militarnymi, z sytuacją potencjalnej agresji ze strony Rosji. Chcemy przygotować ludzi na różne kryzysy – na przykład związane ze zmianami klimatu, jak susze, ulewy, czy powodzie.
Próbujemy przygotować się na nie nie tylko w sensie technicznym czy materialnym, ale też mentalnym. Bardzo duży nacisk kładziemy na budowanie odporności społecznej – rozumianej jako budowanie mocnych sieci społecznych, stosunków dobrosąsiedzkich i zaufania.
Bo tak naprawdę wszystko sprowadza się do tego, czy będziemy w stanie pożyczyć komuś kluczyki do samochodu, jeżeli będzie musiał gdzieś pojechać – czy będziemy mu na tyle ufać. Uświadamiamy liderom, że to jest najważniejsze. Mogą mieć mnóstwo sprzętu, ale sami go nie użyją; a jeżeli czegoś im zabraknie, wszystko zależy od tego, czy ktoś im to pożyczy.
Relacje społeczne są kluczowe. Uważamy, że nikt nie jest w stanie przygotować się na długotrwały kryzys indywidualnie – sami go nie przetrwamy.
To jest możliwe tylko w społeczności – zintegrowanej i ufającej sobie. Możemy próbować się ewakuować, ale w trakcie ewakuacji i tak będziemy potrzebowali wsparcia innych ludzi – tak samo jak w miejscu, do którego trafimy. Staramy się tłumaczyć podczas szkoleń, że takie „prepperskie” podejście, że przetrwamy wszystko samodzielnie, nie zadziała. Może zadziała przez kilka dni, może przez kilka tygodni – ale nie dłużej.
Jak dokładnie wyglądają wasze szkolenia i ile ich planujecie?
– Zaplanowaliśmy trzy trzydniowe szkolenia – dwa z nich już się odbyły. Pierwsze szkolenie zaczęło się w piątek po południu. Uczestnicy jeszcze się nie znali. Po kolacji opowiedzieliśmy, na czym polegają nasze działania i jak widzimy Straż Humanitarną – że wszyscy będziemy ją tworzyć i wszyscy będziemy mieć wpływ na jej kształt.
Potem rozdaliśmy mapy, gaśnice, łopaty, kamizelki, latarki i poprosiliśmy uczestników o znalezienie kilku miejsc, w których coś się wydarzyło i ludzie potrzebowali pomocy. Ta terenowa symulacja miała sprawdzić ich doświadczenie, ale przede wszystkim przetestować ich umiejętność pracy w grupie i reagowania na nieprzewidziane sytuacje. Wszyscy świetnie się w tym zadaniu spisali.
Drugiego dnia tłumaczyliśmy, w jaki sposób działa system zarządzania kryzysowego w Polsce i jaka jest nasza rola w tym systemie. Staraliśmy się pokazać, że naszą rolą nie jest przejmowanie zadań służb, tylko uzupełnianie ich działań – robienie tego, czego służby i urzędnicy nie są w stanie wykonać.
To jest zresztą jedna z zalet organizacji pozarządowych. Nie musimy czekać na niczyje zezwolenie, nie musimy się bać, że jeżeli złamiemy jakąś urzędniczą procedurę, to będziemy ponosić tego konsekwencje. Możemy po prostu działać.
To jednak rodzi napięcia, bo ludzie organizacji pozarządowych często spodziewają się, że urzędnicy będą reagować tak, jak my. Służby zaś nie wiedzą, czego mogą od nas oczekiwać. Ważne jest więc to, żebyśmy się wzajemnie rozumieli, musimy nauczyć się ze sobą rozmawiać.
Staraliśmy się to pokazać podczas szkolenia. Już teraz pojawiły się głosy uczestników, że w czasie kryzysu związanego z uchodźcami z Ukrainy nie dostawali zgody urzędników na pewne działania i trudno im to było zrozumieć. Jednocześnie było wiele rzeczy, które mogli zrobić, ale tego nie dostrzegali, spierając się z administracją o inne zadania. Uświadomienie sobie tych różnic pomiędzy organizacjami i administracją wiele zmienia i powoduje, że działamy o wiele skuteczniej.
Ważne są dla nas także działania „miękkie”, takie jak pierwsza pomoc psychologiczna. To coś, o czym często się zapomina, a kryzysy zostawiają rany nie tylko na ciele, ale też w głowach, sercach i duszach. Od pierwszej reakcji osób pomagających czasami zależy dalszy los tej osoby.
Poza tym uczyliśmy pierwszej pomocy przedmedycznej, łączności, radioorientacji oraz orientacji w terenie – poruszania się na podstawie mapy. Uczyliśmy także obsługi krótkofalówek – chodziło tu głównie o naukę specjalnych kodów, których używa się w trudnych sytuacjach, co ułatwia komunikację i nie powoduje paniki w tłumie, który słyszy, jak się komunikujemy. Była także część poświęcona standardom humanitarnym.
Do tego dorzuciliśmy trochę wiedzy z obsługi sprzętu. Nie każdy umie się posługiwać młotem udarowym, a w wielu sytuacjach humanitarnych jest to kluczowa umiejętność – czy w czasie pożaru, czy powodzi, czy agresji militarnej.
Tam, gdzie wojsko nie może pożyczyć koparki
Powiedziałeś, że nie chcecie zastępować działań służb, tylko uzupełniać je tam, gdzie są braki…
– Nie wiem, czy pamiętasz początek kryzysu uchodźczego związanego z agresją rosyjską w Ukrainie. Pojawiło się wtedy mnóstwo osób potrzebujących pomocy. Państwo dopiero się organizowało i przez dwa tygodnie tak naprawdę działały tylko NGO-sy. Dlatego, że mogliśmy od razu zacząć działać i nie musieliśmy się zastanawiać, jak uruchomić zapasy i czy ktoś nas potem nie oskarży o defraudację. Jak już wspomniałem, Folkowisko było pierwszą organizacją, która zaczęła nieść pomoc po ukraińskiej stronie granicy, bo nikt nam tego nie zabraniał. Polskie służby nie mogą działać poza granicami kraju.
Różnica pomiędzy nami a administracją jest taka, że w przypadku obywateli to, co nie jest zakazane, jest dozwolone – to wynika z Konstytucji. Odwrotnie jest w przypadku służb i administracji – ich obowiązuje zasada legalizmu; one mogą robić tylko to, co jest prawem dozwolone. Jeżeli w przepisach nie jest napisane, że służby coś mogą zrobić, to one tego nie mogą. A takich sytuacji jest mnóstwo.
Przykładem może być korzystanie z prywatnego sprzętu. Wojsko nie może np. pożyczyć od kogoś koparki. My idziemy do znajomego Heńka i mówimy: „Heniu, jest potrzeba, pożycz koparkę, przyjedź tu i tu”.
Służby muszą działać według procedur, a to zajmuje czas. My nie musimy czekać. Służby już zaczynają to widzieć, ale jednym z naszych celów na przyszłość są także działania edukacyjne skierowane do administracji samorządowej i rządowej.
Bardzo chcemy to robić, bo wtedy będziemy się lepiej rozumieć. Będziemy wiedzieć, kto może co zrobić i gdzie mamy się nie pchać, bo to są zadania służb. A służby będą wiedziały, w jakiej sytuacji można zadzwonić do OSH, bo same nie mogą zadziałać.
Z drugiej strony, mówiąc o tym, że nie chcemy zastępować działań służb, mam na myśli też to, że nie jesteśmy od gaszenia pożaru – od tego jest straż pożarna. Ale zajęcie się osobami poszkodowanymi, czy opanowanie tłumu, który przygląda się temu zdarzeniu, może być już zadaniem dla nas.
Jaki macie pomysł na organizację współpracy OSH z administracją już teraz?
– Staramy się obecnie o uzyskanie statusu podmiotu ochrony ludności. Złożyliśmy wniosek do wojewody i czekamy na jego rozpatrzenie. To sformalizuje naszą współpracę z administracją na poziomie województwa. Mamy nadzieję, że to wpłynie też na to, że będziemy poważniej traktowani przez administrację. Choć myślę, że przed nami przede wszystkim praca nad naszą marką.
Nasz pomysł na współpracę z administracją i służbami to wspólne szkolenia, rozmowy i warsztaty, ale także wspólne uczestnictwo w ćwiczeniach oraz w rzeczywistych akcjach pomocowych
Elastyczność to nasza największa siła
Jakie są plany rozwoju Ochotniczej Straży Humanitarnej?
– Docelowo chcielibyśmy, żeby OSH działało w całej Polsce, a może nawet poza jej granicami. Chcielibyśmy jednak jednocześnie uniknąć „skorporyzowania” naszej struktury. Znamy to ze współpracy z dużymi organizacjami pomocowymi. One też tracą to, co jak uważam, jest jedną z najważniejszych cech NGO-sów, czyli szybkość reakcji i elastyczność. Wraz z rozwojem struktury pojawiają się łańcuchy decyzyjne, formularze i pisma. W konsekwencji zorganizowanie wyjazdu zajmuje np. tydzień albo dłużej. Bardzo chcemy tego uniknąć, dlatego widzimy się nie jako jedną organizację, co raczej federację podmiotów, które są niezależne.
W tej chwili szukamy finansowania dla dalszych działań. Potrzebujemy sprzętu na szkolenia, chcemy zatrudniać najlepszych fachowców, trenerów, nie chcemy robić tego na pół gwizdka.
Jak można włączyć się w tę inicjatywę? Czy gdyby ktoś z innego regionu Polski chciał z wami współpracować, to czy jest to możliwe?
– Będę bardzo szczęśliwy, jeżeli takie osoby się pojawią. Jesteśmy strukturą otwartą i taką chcemy pozostać. Chcemy, żeby jak najwięcej osób dołączyło do nas, bo wtedy nasze możliwości działania będą większe. Jeśli komuś ten pomysł się podoba, zapraszam do kontaktu.
Chcesz dołączyć do OSH?
Skontaktuj się z Ochotniczą Strażą Humanitarną, [email protected], tel. 601 382 472 (Darek Bobak).
Dariusz Bobak – archeolog, animator społeczny i lider organizacji pozarządowych działających w obszarze kultury, edukacji i budowania odporności społecznej. Od wielu lat aktywnie zaangażowany w rozwój społeczeństwa obywatelskiego oraz współpracę międzysektorową na styku kultury, nauki i praw człowieka.
Prezes Fundacji Folkowisko, z którą związany jest od początku jej istnienia. Członek zarządu i współorganizator działań Stowarzyszenia Animacji Kultury Pogranicza „Folkowisko”, jednej z najbardziej rozpoznawalnych inicjatyw łączących kulturę, dialog międzykulturowy i działania społeczne na pograniczu polsko-ukraińskim.
W ramach swojej działalności koordynował liczne projekty w zakresie:
- budowania odporności społecznej i reagowania kryzysowego,
- wzmacniania kompetencji lokalnych liderów i samorządowców,
- edukacji obywatelskiej i przeciwdziałania dezinformacji,
- rozwoju wolontariatu i sieci współpracy lokalnych organizacji,
- działań humanitarnych na rzecz uchodźców i społeczności przygranicznych.
Posiada bogate doświadczenie w zarządzaniu projektami krajowymi i międzynarodowymi, w tym finansowanymi ze środków publicznych i funduszy europejskich (Interreg, MKiDN, NIW, Fundacja KPMG, Fundacja Kościuszkowska, SOS Wioski Dziecięce). Specjalizuje się w koordynowaniu zespołów w sytuacjach kryzysowych, mobilizowaniu społeczności lokalnych, budowaniu partnerstw międzysektorowych oraz łączeniu edukacji i kultury z praktyką społeczną.
Łączy naukowe spojrzenie archeologa – badacza i opiekuna dziedzictwa kulturowego – z praktycznym doświadczeniem lidera społecznego. Jest przekonany, że odporność społeczna zaczyna się od wzajemnego zaufania, edukacji i wspólnotowego działania.
Czego uczą się liderzy i liderki na szkoleniu OSH?
- Współpraca z systemem zarządzania kryzysowego – zrozumienie, jak działają służby w Polsce i jak NGO mogą je skutecznie uzupełniać, zamiast wchodzić w ich kompetencje.
- Relacje z administracją – nauka dialogu z urzędnikami, zrozumienie różnic proceduralnych i umiejętność dostrzegania działań, które można podjąć bez czekania na formalne zgody.
- Pierwsza pomoc psychologiczna – wsparcie „miękkie” dla poszkodowanych, u których kryzys zostawił ślady w psychice; nauka właściwej pierwszej reakcji, która rzutuje na dalszy los człowieka.
- Pierwsza pomoc przedmedyczna – kluczowe umiejętności ratowania życia i opatrywania obrażeń w warunkach polowych.
- Łączność i komunikacja kryzysowa – obsługa krótkofalówek i znajomość specjalnych kodów, które pozwalają na sprawną wymianę informacji bez wywoływania paniki w tłumie.
- Orientacja w terenie i radioorientacja – sprawne poruszanie się na podstawie tradycyjnych map, niezbędne, gdy zawiedzie technologia.
- Standardy humanitarne – etyka i zasady niesienia pomocy, które gwarantują jakość i bezpieczeństwo działań.
- Obsługa sprzętu technicznego – praktyczne umiejętności, takie jak posługiwanie się młotem udarowym, kluczowe podczas akcji po pożarach, powodziach czy zniszczeniach wojennych.
Projekt Ochotniczej Straży Humanitarnej, realizowany przez Fundację Folkowisko, finansowany jest przez Fundację ORLEN i Fundację PKO Banku Polskiego za pośrednictwem POP Fund, zarządzanego przez Fundację Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej (PCPM).
Źródło: informacja własna ngo.pl