PrAwokacje Izdebskiego. Organizacje dla swoich. Jak politycy odkryli, że „społeczeństwo obywatelskie” świetnie nadaje się do polityki [komentarz]
Ci sami ludzie, którzy oskarżają organizacje społeczne o „upolitycznienie”, budują własne fundacje, stowarzyszenia i ruchy jako polityczne zaplecze. Widać, że problemem nie jest więc wykorzystywanie tej formy prawnej do działań politycznych czy społecznych, tylko to, kto ma prawo z niej korzystać.
W portalu organizacji pozarządowych ngo.pl można regularnie czytać blog Krzysztofa Izdebskiego – prawnika, aktywisty, członka zarządu Fundacji im. Stefana Batorego i członka Rady Programowej Archiwum Osiatyńskiego. W PrAwokacjach Izdebskiego autor komentuje bieżące wydarzenia, ważne dla organizacji społecznych i praw człowieka.
Znowu to słyszę. Ten charakterystyczny ton politycznego oburzenia, gdy tylko jakaś organizacja społeczna wytknie błąd w ustawie albo – nie daj Boże – zapyta o przejrzystość finansów. „Upolitycznienie!”, „Trzecia noga opozycji!”, „Sługusy władzy!”, „Finansowanie z zagranicy!”. Ten refren wraca jak bumerang, zwłaszcza gdy politykom ktoś patrzy na ręce zbyt uważnie.
Słucham tego festiwalu hipokryzji i mam wrażenie, że w polskim parlamencie obowiązuje jakaś zbiorowa amnezja. Bo ci sami ludzie, którzy najgłośniej krzyczą o „apolityczności sektora”, traktują fundacje i stowarzyszenia jak polityczne inkubatory, przechowalnie kadr albo przepompownie do budowania wizerunku. Najnowszy przykład? Pomysł powołania stowarzyszenia przez Mateusza Morawieckiego razem z innymi politykami, jako element budowy politycznego zaplecza.
Stowarzyszenie jako pas startowy
To zresztą nie jest nowy wynalazek. Mechanizm „na lidera” działa od lat. Szymon Hołownia budował swoje zaplecze jako ruch społeczny, zanim przekształcił je w partię. Robert Biedroń trenował polityczny start w formule aktywizmu, zanim formalnie pojawiła się Wiosna. Najpierw stowarzyszenie, potem struktury, potem wyborcy – a dopiero na końcu formalna partia. Problem nie w tym, że tak się robi. Problem w udawaniu, że to „czysta działalność społeczna”, a nie polityka prowadzona innymi metodami.
Bo stowarzyszenia i fundacje dają politykom coś bardzo konkretnego: możliwość budowania struktur, zaplecza komunikacyjnego, sieci wpływu i rozpoznawalności poza ograniczeniami, które ustawodawca przewidział dla finansowania działalności politycznej.
Można organizować wydarzenia, prowadzić kampanie wizerunkowe, zatrudniać współpracowników, budować bazę sympatyków i rozwijać polityczny projekt bez konieczności formalnego wejścia w reżim partii politycznej. To nie przypadek, że coraz więcej polityków odkrywa w sobie nagle pasję do „oddolnej aktywności obywatelskiej”.
Własne NGO, własne zaplecze
Drugi mechanizm jest jeszcze bardziej systemowy i znacznie mniej niewinny. To budowanie „własnego społeczeństwa obywatelskiego”. Programy kojarzone z działalnością Przemysława Czarnka, jak słynne „Willa Plus”, pokazały, jak łatwo publiczne środki mogą zasilać organizacje powiązane z konkretnym obozem politycznym, często tworzone tuż przed rozdaniem środków. Formalnie – organizacje. Funkcjonalnie – polityczne zaplecze ideologiczne i kadrowe.
Podobnie środowisko Zbigniewa Ziobry przez lata budowało własny ekosystem fundacji i stowarzyszeń. I właśnie tam szczególnie wyraźnie widać problem mieszania polityki, wpływów i nieformalnego finansowania. W ostatnich miesiącach pojawiały się informacje o przelewach od osób związanych z Zondacrypto na rzecz fundacji powiązanej ze środowiskiem Ziobry oraz Konfederacji. Nawet jeśli formalnie wszystko odbywało się zgodnie z prawem, polityczny kontekst takich transferów pokazuje, jak bardzo rozmyły się granice między działalnością obywatelską, budowaniem wpływów i polityką.
Organizacja w takim modelu przestaje być strażnikiem interesu publicznego, a staje się wygodnym instrumentem funkcjonowania politycznego poza klasycznymi mechanizmami kontroli życia partyjnego.
W tym samym czasie środowisko Mateusza Morawieckiego rozwijało sieć instytutów i fundacji, które pod płaszczykiem eksperckości i działalności publicznej budowały narrację, testowały przekazy i zapewniały miękkie lądowanie dla współpracowników. Dziś, gdy pojawia się kolejna inicjatywa stowarzyszeniowa z udziałem polityków, trudno traktować ją jako niewinny przejaw obywatelskiego zaangażowania.
Projekcja zamiast refleksji
I właśnie dlatego ta narracja o „politycznych NGO” jest tak wygodna. Bo pozwala jednocześnie delegitymizować niezależne organizacje i przykrywać własne praktyki. To klasyczna projekcja. Skoro my używamy fundacji jako narzędzia politycznego, to znaczy, że wszyscy tak robią.
Tyle że to nie jest prawda.
Prawdziwe organizacje społeczne działają w zupełnie innym paradygmacie. Budują swoją wiarygodność latami – przez transparentność finansową, publikowanie sprawozdań, ujawnianie źródeł finansowania, oddzielanie działalności rzeczniczej od partyjnej, a przede wszystkim przez konsekwencję w działaniu niezależnie od tego, kto akurat rządzi.
Ich kapitałem nie jest dostęp do władzy, tylko zaufanie społeczne. I właśnie dlatego tak bardzo dbają o standardy – bo jedno potknięcie może zniszczyć reputację budowaną przez dekady. W przeciwieństwie do politycznych projektów „NGO-podobnych”, które często powstają szybko i równie szybko mogą zniknąć, gdy przestają być potrzebne.
Polityka tylnymi drzwiami
Efekt tej całej gry jest łatwy do przewidzenia. Spada zaufanie do sektora, zaciera się granica między działalnością społeczną a partyjną, a reguły dotyczące finansowania polityki stają się coraz bardziej fikcyjne, skoro realna aktywność polityczna przenosi się do fundacji, stowarzyszeń i „ruchów obywatelskich”.
Przestańmy udawać, że każda organizacja założona przez polityka to organizacja w sensie obywatelskim. Część z nich to po prostu polityka prowadzona innymi środkami. Wygodniejszymi, mniej oczywistymi i pozwalającymi omijać ograniczenia, które miały cywilizować finansowanie życia politycznego.
A politykom, którzy najgłośniej krzyczą o „upolitycznieniu NGO”, warto przypomnieć rzecz banalną. Problemem nie jest to, że przejrzyście działające organizacje społeczne wchodzą do polityki. Problemem jest to, że politycy, systemowo i bez większego skrępowania, wchodzą w sektor obywatelski, a potem mają pretensje, że przestaje on wyglądać tak, jak w ich przemówieniach.
Krzysztof Izdebski – członek zarządu Fundacji im. Stefana Batorego. Członek Rady Programowej Archiwum Osiatyńskiego. Stypendysta Marshall Memorial, Marcin Król i Recharge Advocacy Rights in Europe. Jest prawnikiem, absolwentem Uniwersytetu Warszawskiego i specjalizuje się w dostępie do informacji publicznej, ponownym wykorzystywaniu informacji sektora publicznego oraz wpływie technologii na demokrację. Posiada szerokie doświadczenie w budowaniu relacji pomiędzy administracją publiczną a obywatelami. Jest autorem publikacji z zakresu przejrzystości, technologii, administracji publicznej, korupcji oraz partycypacji społecznej.
Źródło: informacja własna ngo.pl