Po pierwsze: Nie kradnij. Jak polski system pozwala bezkarnie okradać własne dzieci? [wywiad]
W kraju, w którym aparat skarbowy potrafi z milimetrową precyzją wyegzekwować zaległy mandat czy składkę ZUS, dług alimentacyjny urasta do niewyobrażalnych 45 miliardów złotych. Dlaczego system, który powinien chronić najsłabszych, kapituluje przed „zaradnością” dłużników? Karolina Bury (Fundacja Rodzic w mieście) oraz Katarzyna Nowakowska (Fundacja Feminoteka), ekspertki zaangażowane w kampanię „Po pierwsze: Nie kradnij”, obnażają mechanizmy przyzwolenia na okradanie dzieci i tłumaczą, dlaczego walka o alimenty to w Polsce wciąż „jazda bez trzymanki”.
Jędrzej Dudkiewicz: – Ile obecnie wynosi zadłużenie alimentacyjne w Polsce i jaka grupa osób – zakładam, że głównie kobiety – samodzielnie wychowuje dzieci? Jaka jest faktyczna skala problemu, na który odpowiada kampania „Po pierwsze: Nie kradnij”?
Karolina Bury, Fundacji Rodzic w mieście: – Zacznę od tego, że kampanię realizujemy w odpowiedzi na przygotowywaną przez Ministerstwo Sprawiedliwości aktualizację Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego. Prace trwają, w zeszłym roku odbyło się spotkanie ze stroną społeczną, miało dojść do kolejnego, ale tak się nie stało.
Mamy poczucie, że ministerstwo nie wykazuje woli konsultowania tego dokumentu, a przecież wiele zawartych w nim zapisów nas niepokoi, inne zaś w ogóle nie zostały ujęte. Chcemy zachęcić ministra do spotkania i zwrócić uwagę na to, jak potężnym problemem jest niealimentacja. Dane są alarmujące, przy czym trzeba podkreślić, że pełnej skali zjawiska nie znamy. Dług alimentacyjny względem Funduszu Alimentacyjnego wynosi około 17 miliardów złotych – to de facto dług wobec państwa. Nie wiemy jednak, ile jest spraw, w których matka pozywa dłużnika, ale nie ma prawa do świadczeń z Funduszu, bo jej zarobki nieznacznie przekraczają próg.
Szacuje się, że całkowity dług może wynosić nawet 45 miliardów złotych. W około 95 procentach dłużnikami są mężczyźni, bo w Polsce to wciąż głównie kobiety sprawują codzienną opiekę nad dziećmi. Średnia wartość zadłużenia to 57 tysięcy złotych na osobę.
Często są to osoby, które uchylają się od płacenia jakichkolwiek zobowiązań – zalegają z czynszem, nie płacą mandatów. Innymi słowy często są to osoby, które uchylają się od płacenia jakichkolwiek świadczeń. Kolejna dana, szacowana na podstawie spraw u komorników, to milion dzieci, które nie otrzymują alimentów. Niezamkniętych spraw tego typu jest u komorników około 700 tysięcy.
Katarzyna Nowakowska, Fundacja Feminoteka: – Izba Komornicza szacuje ściągalność zadłużenia alimentacyjnego na poziomie około 20 procent, podczas gdy w przypadku innych rodzajów długów jest to 25 procent. To pokazuje, jaką wagę przywiązujemy do krzywdy różnych podmiotów. Firmy i przedsiębiorców traktujemy poważniej niż kobiety i dzieci. To ewidentnie problem kulturowy.
Też się zastanawiałem na tą kwestią, zwłaszcza że wpisuje się ona w szerszy problem marginalizowania przez państwo spraw dotykających głównie kobiety. Podobny schemat dostrzegam w podejściu do przemocy domowej czy seksualnej. W kontekście alimentacji często spotykam się z opiniami, że prokuratura umarza postępowania, argumentując, iż skoro podstawowe potrzeby dziecka są zaspokojone, to nie ma tematu. Czy zatem państwo, mimo posiadania odpowiednich narzędzi prawnych do ścigania niealimentacji, z jakichś przyczyn z nich nie korzysta?
K.B.: – Państwo jak najbardziej ma narzędzia. Gdy ktoś zalega z mandatem czy składką ZUS, należność jest ściągana błyskawicznie. Brakuje woli, bo uznaje się, że dziecku nie dzieje się krzywda, skoro nie chodzi głodne.
Teoretycznie niealimentacja jest w Kodeksie karnym przestępstwem, ale w praktyce tak się jej nie traktuje.
Prowadzi to do tego, że kobieta zostaje z problemem sama. To od jej determinacji zależy, czy cokolwiek się wydarzy. A to proces trudny i wyczerpujący: wizyty u komornika, składanie dokumentów, odwołań od umorzeń. Mówimy o kobiecie, która jednocześnie samodzielnie utrzymuje i wychowuje dziecko.
Do tego dochodzi opór aparatu państwowego i uniki dłużników – przepisywanie majątku, ukrywanie dochodów czy wyjazdy za granicę. Sami komornicy nie zawsze chcą przyjmować takie sprawy, bo wiedzą, jak nikłe są szanse na sukces. Dominuje przekonanie, że alimenty to prywatna sprawa, konflikt rodzinny.
K.N.: – Za niealimentację grożą kary: grzywna, ograniczenie wolności, a nawet więzienie do roku, jeśli dług przekracza trzy świadczenia. Kara wzrasta do dwóch lat, jeżeli skutkiem jest niedostatek uprawnionego. To ustalanie „niedostatku” przez sąd jest absurdalne – wiadomo, że matka prędzej odmówi czegoś sobie, by dziecku niczego nie brakowało.
Z pracy w Feminotece znam przypadki, gdy dłużnicy przelewają co miesiąc 50 złotych i tłumaczą, że to dowód ich dobrej woli. Sądy często uznają to za brak „uporczywości” w niepłaceniu.
Ba, znam nawet sytuację, w której ojciec uprowadził jedno z dzieci, a sąd po miesiącach usankcjonował to status quo. Ten ojciec nie płaci na pozostałe dzieci, za to teraz przez komornika ściąga alimenty od matki na to dziecko, które jest przy nim. Nie potrafię pojąć, dlaczego sądy stają po stronie takich osób. To musi mieć związek z głęboko zakorzenionymi stereotypami.
Właśnie o to chciałem zapytać – jakie mity i uprzedzenia najsilniej rzutują na kwestię alimentów?
K.N.: – Przede wszystkim wciąż marginalizujemy doświadczenia kobiet, nie tylko w związku z alimentami. Głównym mitem jest przekonanie, że alimenty są zasądzane na potrzeby matek. Kobiety są rozliczane z każdego wydatku: fryzjera czy wakacji.
Niektórzy chyba uważają, że skoro matka dostaje pieniądze na utrzymanie dzieci, to musi żyć niczym mniszka. Inaczej wpisuje się w narrację o tym, że kobiety to harpie, które próbują wyssać z mężczyzn pieniądze i życie.
Tego typu stereotypy ma w głowie wiele osób, czego często nawet nie zauważają, bo jest to tak wpisane w naszą kulturę, że stało się czymś oczywistym. Tyle że kiedy ktoś profesjonalnie zajmuje się rozpatrywaniem takich spraw, musi mieć kwalifikacje także do tego, by te mity i stereotypy rozpoznawać u siebie i nie kierować się nimi przy podejmowaniu decyzji. Doświadczenia naszych klientek często pokazują, że tych kwalifikacji niestety brakuje sędziom i prokuratorom, którzy dodatkowo nie czują potrzeby, by się doszkalać.
Widać to także na przykładzie tego, że wciąż wiele osób nie jest w stanie odróżnić przemocy od konfliktu. Konflikt jest sytuacją, w której dwie równorzędne strony mają sprzeczne potrzeby albo poglądy, a ich celem jest przeforsowanie tych racji lub wypracowanie kompromisu, a nie ranienie kogokolwiek. W przemocy mamy do czynienia z nierównością sił – osoba z przewagą wykorzystuje ją, by celowo skrzywdzić drugą stronę. To jest dramat, tym bardziej w kontekście wspomnianych prac nad aktualizacją Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego. Rozważa się np. domyślne ustalanie współdzielonej opieki nad dziećmi, co otwiera jeszcze szerzej drzwi do stosowania przemocy poseparacyjnej. Pojawiają się kolejne międzynarodowe dokumenty, które zwracają na nią uwagę i zobowiązują Polskę do zapobiegania jej, tymczasem my zdajemy się iść w przeciwnym kierunku.
K.B.: – Dodałabym, że mężczyźni odżegnują się od płacenia, mówiąc, że nie są bankomatami. Zapominają przy tym, że utrzymanie dziecka to obowiązek, a nie dobra wola. To nie ma związku z utrzymywaniem kontaktu – to odrębne kwestie.
Po drugie, jeżeli ktoś naprawdę wierzy, że kobiety prowadzą luksusowe życie dzięki alimentom, to bardzo zapraszam do spróbowania egzystencji za takie pieniądze. Nie mówiąc już o tym, że nawet jeżeli mężczyzna płaci alimenty, to kobieta „płaci” swoim czasem, energią, zdrowiem wychowując dziecko. Zdarza się, że w związku z tym nie pracuje, więc faktycznie alimenty częściowo idą na utrzymanie całej rodziny, ale po prostu nie da się inaczej. Samodzielna opieka nad dzieckiem jest niezwykle wymagająca.
Warto w tym momencie wspomnieć i o tym, że brak podjęcia pracy niekiedy wynika z obawy przed utratą prawa do świadczeń z Funduszu Alimentacyjnego. Jest to efekt absurdalnie niskich progów dochodowych – wystarczy zarabiać minimalną pensję, by stracić wsparcie.
Czy obecność tych stereotypów i mitów nie wiąże się również z faktem, że osoby niepłacące alimentów otrzymują spore przyzwolenie społeczne, a niekiedy wręcz wsparcie ze strony otoczenia?
K.B.: – Tak, jest cały szereg osób, które wspierają niealimenciarzy – rodzina, nowe partnerki lub partnerzy, znajomi, pracodawcy, którzy pozwalają na ukrywanie dochodów.
Istnieje ogromne przyzwolenie społeczne na to, by nie płacić alimentów.
Nie patrzy się na takich ludzi, jak na przestępców, wręcz uznaje się, że ktoś jest sprytny i obrotny. Dlatego też w kampanii postawiłyśmy na mocny przekaz mówiący o tym, że to złodziejstwo i okradanie własnych dzieci.
K.N.: – To wszystko godzi w powagę państwa. Jeżeli sąd, reprezentując państwo polskie, wydaje decyzję alimentacyjną, a następnie z wielu powodów nie jest to egzekwowane, a wymiar sprawiedliwości nie jest tym zainteresowany, to znaczy, że to państwo samo siebie nie traktuje poważnie. Wyobrażamy sobie, że ktoś ma wyrok pozbawienia wolności, a system mówi „jak się uda, to odstawimy go do więzienia, a jak nie, to trudno”? Coś takiego przecież podważa zaufanie do prawa.
Jakie są realne skutki tej sytuacji? Zacznijmy od osób samotnie wychowujących dzieci.
K.B.: – Kobieta staje przed wyborem: albo będzie utrzymywać rodzinę z niewielkiego zasiłku, albo podejmie pracę, którą spróbuje połączyć z samodzielnym wychowaniem dziecka. A to jest „jazda bez trzymanki”. Tego nie da się w pełni opisać ani sobie wyobrazić – to tak, jakby osobie bezdzietnej tłumaczyć, co oznacza rodzicielstwo. Dopóki się tego nie doświadczy, po prostu się tego nie wie.
Istnieje też ryzyko, że kobieta wejdzie w szarą strefę, podejmując pracę „na czarno”, by nie stracić świadczeń. Często jest do tego zmuszona, ponieważ wysokość alimentów zależy od uznaniowości sądu – wciąż brakuje ustandaryzowanych tabel alimentacyjnych. Pamiętam sytuację, gdy po podwyższeniu maksymalnego świadczenia z Funduszu Alimentacyjnego z 500 do 1000 zł, realnie skorzystało z tego jedynie 25% uprawnionych, ponieważ reszta miała zasądzone kwoty niższe niż 500 zł.
Skutki dla rodziny to drastyczne obniżenie poziomu życia i utrudniony start dziecka w przyszłość, a dla kobiety – chroniczny stres. Często towarzyszy jej lęk o to, co się stanie, gdy zachoruje lub gdy jej zabraknie. Kobiety są w tym zwykle całkowicie osamotnione, bo szacuje się, że nawet 80 procent niealimenciarzy nie utrzymuje kontaktu z dziećmi. Do tego dochodzi silna stygmatyzacja. Sama mieszkam na Podkarpaciu i widzę, że samodzielne macierzyństwo wciąż bywa automatycznie utożsamiane z patologią.
K.N.: – Stres, o którym wspomniała Karolina, oraz życie w bezustannym napięciu sprawiają, że zaspokajanie podstawowych potrzeb, nie mówiąc już o rozwoju, staje się ogromnym wyzwaniem. Dochodzą do tego lęki o przyszłość i brak jakichkolwiek oszczędności na „czarną godzinę” – w takiej sytuacji każda awaria, np. pralki, urasta do rangi katastrofy.
Mówimy tu o codziennym wyliczaniu, czy stać nas na kefir, czy jednak musimy z niego zrezygnować. Taki przewlekły stres niszczy układ nerwowy, a gdy trwa latami, prowadzi do poważnych problemów zdrowotnych. Sytuację pogarsza brak możliwości odpoczynku, czerpania radości z życia czy spotkań z przyjaciółmi. Bardzo często jest to po prostu egzystencja na granicy przetrwania. Niestety, ten problem wciąż się lekceważy, wychodząc z założenia, że skoro kobiety zawsze sobie jakoś radziły, to powinny radzić sobie nadal.
A jaki ma to wpływ na dzieci?
K.B.: – Dzieci żyją w poczuciu porzucenia, od pewnego momentu rozumieją, że jeden rodzic je zwyczajnie zostawił. Świadomość, że nie bierze on udziału w życiu, wychowaniu, utrzymaniu jest obciążająca. Zarówno pod kątem psychologicznym, jak i ekonomicznym. Przez niealimentację dzieci mają mniejsze szanse edukacyjne i rozwojowe. Często są wykluczane z wielu aktywności, bo nie mogą pojechać na wycieczkę szkolną, nie pójdą na imprezę, nie złożą się na prezent dla koleżanki lub kolegi.
K.N.: – Skutki niealimentacji nie kończą się zresztą w momencie, kiedy dzieci osiągną pełnoletniość. Kiedy nie mamy pieniędzy na życie, oszczędzamy na czym się da. Czyli np. na dodatkowych kursach i zajęciach, wyjazdach. Nie ma się też często środków, by wesprzeć dzieci w utrzymaniu podczas studiowania. Innymi słowy, długotrwale ogranicza to szanse życiowe.
K.B.: – To rodzi także konsekwencje dla państwa, bo pojawia się ryzyko, że ktoś sobie nie poradzi na rynku pracy, więc może potrzebować różnorakiego wsparcia, w tym w postaci świadczeń społecznych. Może mieć więcej problemów ze zdrowiem, co przełoży się na konieczność częstszego korzystania z ochrony zdrowia.
Mówienie więc, że to wszystko jest sprawą między dwójką dorosłych ludzi zakrawa na absurd, bo skutki odczuwamy wszyscy, tym bardziej, że przecież Fundusz Alimentacyjny jest zasilany także z naszych podatków. Bardzo rzadko można się jednak spotkać z takim myśleniem, co zresztą pokazuje nawet przykład ministra sprawiedliwości, który sam używa sformułowań „traktowanie ojca jak bankomatu”. Jakie mamy szanse, by przekonać go, że trzeba koniecznie poważnie zająć się tym tematem?
K.N.: – W Polsce pojawiają się opracowania naukowe na temat nierówności społecznych. Ich autorzy i autorki podkreślają, że to poważny problem, który obciąża całe społeczeństwo i gospodarkę. Niealimentacja w wyraźny sposób przyczynia się do pogłębiania nierówności społecznych, bo brak środków prowadzi do dalszej utraty szans. Nie wykorzystujemy w pełni potencjału wielu osób.
Co w takim razie powinno stać się priorytetem w działaniach doraźnych, a jakie kroki należy podjąć długofalowo? Zakładam, że rozwiązanie tego problemu wymaga głębokich zmian systemowych
K.B.: – Na pewno należałoby mocniej zaangażować instytucje takie jak Urząd Skarbowy, ZUS czy Państwowa Inspekcja Pracy w weryfikację faktycznej sytuacji osób uchylających się od płacenia alimentów. Sytuacja mojej koleżanki, która od czterech lat nie może się rozwieść i uzyskać świadczeń, bo jej mąż – wcześniej zasiadający w zarządach trzech spółek – nagle stał się „biedny” i oficjalnie nic nie zarabia, jest absurdem. Gdyby zwiększyć kontrole u pracodawców, mieliby oni znacznie mniejszą ochotę na wspieranie niealimenciarzy.
Konieczne są też zmiany w przepisach dotyczących przepisywania majątku na członków rodziny. To nagminna praktyka, że ludzie błyskawicznie pozbywają się mienia, przez co komornik nie ma z czego ściągać długu.
Chciałybyśmy też położyć większy nacisk na nieuchronność kary. Przy czym nie chodzi o więzienie, bo ono nikomu tak naprawdę nie służy. Postulujemy dozór elektroniczny, który przy okazji pozwoliłby zweryfikować, czy dany niealimenciarz jednak nie świadczy pracy. A najważniejsza w tym wszystkim – i to jest właśnie ten proces długofalowy – jest zmiana nastawienia oraz podniesienie kompetencji w wymiarze sprawiedliwości. Bo nawet jeśli przepisy istnieją, to zbyt rzadko są skutecznie stosowane.
K.N.: – Całkowicie się z tym zgadzam. Nasze doświadczenie w Feminotece również pokazuje, że choć przepisy i narzędzia są niezbędne, to jeszcze istotniejsze jest to, co ludzie mają w głowach. Idealnym przykładem jest Norwegia. Jeszcze kilka lat temu przepisy dotyczące przemocy seksualnej były tam słabe (obecnie już się to zmieniło), ale nawet z ich pomocą udawało się wyciągać konsekwencje wobec sprawców i dbać o osoby pokrzywdzone. Po prostu panowało powszechne przekonanie, że to jest ważne.
W przypadku niealimentacji musi być tak samo. Jasny przekaz powinien iść „z góry” – państwo polskie musi zakomunikować, że traktuje to zagadnienie śmiertelnie poważnie, a konsekwencje wobec przestępców będą wyciągane nieuchronnie.
To jeden z głównych celów naszej kampanii: chcemy, aby wszystkie osoby w systemie – komornicy, sędziowie, prokuratorzy, policjanci czy pracownicy pomocy społecznej – miały wiedzę i wolę niezbędną do pomagania pokrzywdzonym. Bez tego nawet najlepsze przepisy w niczym nie pomogą, a mnóstwo ludzi wciąż będzie bezkarnie okradać swoje dzieci.
Chcesz dołączyć do kampanii „Po pierwsze: Nie kradnij”, podpisz list otwarty do ministra sprawiedliwości – rodzicwmiescie.pl/niealimentacja.
Karolina Bury – wiceprezeska fundacji Rodzic w Mieście, koordynatorka Zespołu ds. Alimentacji Inicjatywy Nasz Rzecznik. Działa na rzecz praw matek. Prywatnie mama trójki dzieci.
Katarzyna Nowakowska – psycholożka i psychotraumatolożka, koordynatorka Punktu pomocy po gwałcie „Femka”, prowadzonego w Warszawie przez Fundację Feminoteka. Ekspertka WHO w składzie międzynarodowego zespołu opracowującego aktualizację wytycznych dotyczących opieki nad pokrzywdzonymi przemocą ze względu na płeć.
Źródło: informacja własna ngo.pl