Nazywamy się stadem i dbamy o siebie. Damian Duda o medycynie pola walki bez lukru [wywiad]
Nie są żołnierzami, ale ryzykują życie tam, gdzie inni nie mogą dotrzeć. Wolontariusze Fundacji „W międzyczasie” pod ostrzałem dronów niosą pomoc rannym żołnierzom. O strachu przed niepełnosprawnością, podziemnej pracy i trudnych lekcjach płynących z ukraińskiego frontu rozmawiamy z Damianem Dudą.
Małgorzata Łojkowska, ngo.pl: Jak zmieniła się wojna w Ukrainie od 2022 roku?
Damian Duda, Fundacja „W międzyczasie”: – Od 2022 roku do dziś, co pół roku, a na pewno co rok, wchodziliśmy w kolejne etapy tej wojny. Wynikało to z rozwoju technologii i rosnącego doświadczenia obu stron, które zmieniły sposób prowadzenia walki.
Technologia, która nie śpi: koniec z podziałem na dzień i noc
Z jednej strony mamy powrót do okopów, działań pozycyjnych i wyraźną brutalizację walk. Z drugiej – ogromny skok technologiczny. Obecnie na każdy odcinek frontu patrzy dron, dane z niego są przekazywane do artylerii. W każdej chwili mogą zostać wezwane drony zrzucające ładunki wybuchowe. Do tego kamery termowizyjne i noktowizyjne sprawiają, że przestaje mieć znaczenie, czy mamy dzień, czy noc. Rozwój technologii sprawił, że pole walki jest nieustannie inwigilowane na wszelkie możliwe sposoby.
Zmieniło to też naszą pracę. O ile na początku wojny pełnoskalowej byliśmy w stanie ewakuować rannych żołnierzy w ciągu 12 godzin – od początku nie było mowy o tzw. „złotej godzinie” – o tyle teraz wyciągamy pacjentów z okopów po trzech dniach, a zdarza się, że nawet po miesiącu.
30 kilometrów zagrożenia, czyli życie w strefie „zero"
Jak zmieniło się rozumienie frontu i jak wygląda dziś pole walki w Ukrainie?
– Dziś częściej niż o linii frontu, mówimy o strefie śmierci. Mamy oczywiście dwie linii okopów, choć ja bym to nazwał raczej punktami oporu. Znajduje się w nich od dwóch do pięciu żołnierzy. To jak daleko są od siebie oddalone te punkty, zależy od tego, na ile jesteśmy w stanie uszczelnić teren pomiędzy nimi ogniem artylerii, minami i dronami. Wiele zależy też od ukształtowania terenu. Tam, gdzie teren jest trudniejszy do sforsowania, tych punktów jest mniej, tam, gdzie łatwiej go sforsować, są rozłożone gęściej. Tę linię nazywamy linią „zero”. Natomiast przed nią jest szeroki pas terenu, w którym działają drony i artyleria. Kiedyś było to 10 km, potem 20, teraz nawet 30 km.
Latające „bombery" i światłowodowe pułapki
Jakiego rodzaju dronów używa się w tej wojnie? Wymieniłeś już kilka.
– Najwięcej jest dronów obserwacyjnych. Mogą być nimi małe drony typu Mavic 3 czy 4 – które znamy z naszych marketów z elektroniką. Mogą być nimi także duże drony typu „skrzydło” – budowane na tę okazję.
Mamy też drony zrzucające ładunki – drony „bombery”. Dronami zrzucającymi mogą być te same platformy, które służą do obserwacji, choć rzadko używa się do tego drogich modeli typu Mavic. Do zrzucania ładunków używa się dronów znanych z opryskiwania pól. To duże agrodrony typu „Baba Jaga” czy „Wampir”, które są w stanie przenosić duże ładunki. Coraz częściej używa się ich także do logistyki. Zrzucają jedzenie, amunicję, środki medyczne, czasem krew.
Praca dronów powoduje, że poruszanie się w „strefie śmierci”, rotacja jednostek na pozycjach, jest bardzo trudne. Odległość 10 kilometrów pokonywana jest bardzo często nawet przez trzy dni. Żołnierze rozkładają ten dystans na raty. Ostatni kilometr czy dwa potrafią pokonywać przez 12 godzin, a czasem nawet całą dobę, pełzając, od dziury do dziury, żeby dotrzeć na swoją pozycję.
Dlatego drony wykorzystywane do logistyki mają ogromne znaczenie. Pozwalają uzupełniać braki sprzętowe i żywnościowe bez narażania życia ludzi. Coraz częściej do takich zadań używa się także dronów lądowych.
Jako dronów zrzucających używa się także platform FPV, chociaż częściej używa się ich jako dronów „kamikadze”. Takie drony lecą na spotkanie z celem, uderzają w niego i wybuchają.
Drony tego typu mogą także – i tak coraz częściej wykorzystują je Rosjanie – czekać na cel. To tak zwane „żduny”, czyli drony, które siadają na drodze i na minimalnym poziomie baterii czekają na człowieka lub pojazd.
Drony FPV mogą być sterowane radiowo, ale mogą być też sterowane światłowodem. Są nie do wykrycia i nie do zagłuszenia. Drony sterowane radiowo można próbować zagłuszyć przy pomocy specjalnych urządzeń. Na te na światłowodzie, poza strzelbą, nie ma żadnej skutecznej metody. Ukraińcy próbują bronić się przed nimi siatkami nad blindażami, nad ziemiankami.
Jak daleko może polecieć dron na światłowodzie?
– Produkuje się światłowody nawet do 50 km. W przypadku dronów sterowanych radiowo często zdarza się, że duży dron dźwigają małe drony, wtedy zasięg działania tych małych się zwiększa – nie zużywają baterii na dolot, tylko buszowanie w konkretnym miejscu. Na dużych dronach buduje się przekaźniki, dzięki temu sygnał jest przekazywany z drona do drona.
Jak się można bronić przed dronami? Wspomniałeś o zagłuszarkach, które też macie w Fundacji. Co to jest i jak działa?
– Pierwszym odruchem jest ucieczka, ale nigdy nie będziesz szybszy niż dron. Jeżeli jest was kilku, możecie się rozbiec, ale wtedy często przylatuje ich więcej. W pojeździe jest to kwestia odpowiedniej techniki jazdy i prędkości.
Natomiast, jeżeli chodzi o zagłuszarki, są to urządzenia, które mają wycinać pasma radiowe i tworzyć dookoła siebie niewidoczną kopułę. Ona działa 200-300 metrów wzwyż i powoduje, że operator traci kontakt z dronem.
Problem w tym, że jest kilkanaście rodzajów częstotliwości, na których może działać przeciwnik, w zależności od rodzaju urządzenia. Im więcej masz modułów, tym większa szansa, że drona zagłuszysz, tylko że każdy moduł to waga i gabaryt. Idąc w pole do plecaka możesz wziąć ze sobą tylko dwa, trzy moduły. Jak odpalisz któryś z nich, to masz baterii na pół godziny.
Dlatego najlepiej jest wcześniej używać detektorów dronów i włączać zagłuszarkę dopiero, gdy detektor informuje nas, że dron jest w pobliżu. Tylko tutaj znowu – jest kilka rodzajów detektorów – na duże drony, na małe, na drony FPV.
Można też próbować drona zestrzelić, ale to znowu zależy od rodzaju broni. Z broni strzeleckiej, używanej przez żołnierzy na co dzień, z różnych powodów, może być to bardzo trudne. Pojazdy zabezpiecza się stalowymi ramami i siatkami, tworząc swoistą klatkę zwiększającą szanse przeżycia załogi.
Sztab w tablecie i streaming z pola walki
Jakie jeszcze inne technologie wykorzystuje się w tej wojnie?
– Oprócz samych systemów uzbrojenia, ogromną rolę odgrywają technologie związane z obserwacją, analizą danych i dowodzeniem.
Ukraińska armia ma podgląd z drona na każdy odcinek frontu przez 24 godziny na dobę. Ten obraz widzą żołnierze, dowódcy batalionów, ale jest on też przez specjalne programy streamingowe przekazywany do Sztabu Generalnego. Są programy, które mają za zadanie analizować ten obraz, zbierać dane i na tej podstawie wspierać proces dowodzenia. W tej chwili w ukraińskim wojsku w ogóle nie używa się już map papierowych, pracuje się na tabletach, w telefonach.
Mówiłeś na początku, że to wszystko powoduje, że ewakuacja rannych z pola walki, trwa bardzo długo. Kiedy ona w ogóle jest możliwa?
– Jest możliwa wtedy, kiedy przeciwnik jest mniej aktywny, częściej przy złej pogodzie i złej widoczności. Bardzo rzadko wysyła się też pojazdy po samych rannych. Częściej wysyła się je wtedy, gdy jest konieczność zmiany na pozycjach, dostarczenia logistyki, po to, żeby jak najrzadziej ryzykować życie ludzi.
Cena postępu: amputacje i walka o każdy oddech
Obrażenia, z którymi się spotykacie – te wywołane aktywnością dronów, jakiego są rodzaju?
– Obrażenia zależą w dużej mierze od tego, jak żołnierz był chroniony, jaki rodzaj balistyki miał na sobie. Najczęściej całe ciało usiane jest odłamkami, towarzyszą temu poparzenia. Bardzo często wiążą się z tym także amputacje – to zależy od rodzaju odłamków, ale często one defragmentują kończynę. Nie są rzadkością ranni np. z potrójną amputacją. W jednostce, z którą teraz współpracujemy, był ranny z amputacją poczwórną.
Ale wystarczy mały odłamek wielkości paznokcia, żeby zrobić człowiekowi dużą krzywdę, co utrudni działanie medykom bojowym na pierwszej linii, którzy nie mają możliwości pogłębionej diagnostyki, nie mają możliwości podjęcia zaawansowanych czynności medycznych.
Podziemne szpitale 10 kilometrów od piekła
Jak wyglądają ewakuacje? Czy częściej dokonują tego same jednostki wojskowe, czy to jest wasze zadanie?
– Nasz punkt stabilizacyjny – podziemny szpital, usytuowany jest w środku okręgu, z którego z różnych jednostek przywożeni są do nas ludzie. Bliżej współpracujemy z jedną, która ma pozycje na brzegu tego koła i jeżeli jest potrzeba, wyjeżdżamy tam po rannych. W szpitalu walczymy o ich życie, stabilizujemy ich, żeby można było ich bezpiecznie wywieźć ze strefy walk do szpitali znajdujących się poza strefą.
Sama ewakuacja wygląda najczęściej tak, że jedzie się samochodem opancerzonym lub zwykłym na linię walk. Pakuje się rannych do pojazdu, w którym trzęsie jak w betoniarce. Medycy mogą próbować coś już na tym etapie zrobić, ale możliwości są mocno ograniczone.
Niedawno, dzięki zbiórce, udało wam się kupić transporter opancerzony, ale wcześniej go nie mieliście.
– Nie mieliśmy, używaliśmy zwykłych samochodów terenowych, wiele ryzykując. Nasze pojazdy często „obrywały” od artylerii, od dronów. Na szczęście nikt z nas nie zginął, ale mieliśmy rannych. Jeden z naszych kolegów przez dwa lata walczył o nogę. Dlatego cieszę się, że w końcu udało nam się kupić transporter opancerzony. Z jednej strony da nam to jakieś poczucie bezpieczeństwa, ale z drugiej – mamy świadomość, że będzie przyciągał drony jak magnes, bardziej niż mały pojazd terenowy.
Rozumiem, że nie możesz powiedzieć, gdzie jest wasz punkt stabilizacyjny, ale jak daleko od linii „zero” on się znajduje?
– Około 10 km. Jak wszystko w Ukrainie, jest pod ziemią. Obecnie wszystko – szpitale, punkty dowodzenia, buduje się pod ziemią.
Wspomniałeś o tym, że współpracujecie bliżej z jedną z jednostek. Od początku jest to ta sama jednostka, czy te jednostki się zmieniały?
– Współpracowaliśmy z różnymi jednostkami. To, z jakimi współpracujemy, zależy od tego, czy po ich stronie jest taka potrzeba, czy jest zgoda dowódcy na wzięcie odpowiedzialności za nas, bo w świetle ukraińskiego prawa jesteśmy cywilami. I czy my widzimy taką możliwość.
Te jednostki się zmieniały, bo zmieniał się front, zmieniały się ich zadania. Na początku pełnoskalowej inwazji przez osiem miesięcy pracowaliśmy pod Chersoniem, potem pod Sołedarem, Bachmutem. Rok staliśmy w Serebriańskim Lesie. Kiedy w Serebriańskim Lesie zmieniały się jednostki, zostawaliśmy dla kolejnych, bo chcieliśmy pracować na terenie, który znamy. Teraz zmieniliśmy jednostkę na taką, która jest dobrze zmotywowana, dobrze zorganizowana, więc – jakkolwiek to zabrzmi – zwiększa także nasze szanse przeżycia w pracy.
Żeby ci zaufali, musisz się wykazać
Łatwo, czy trudno było przekonać Ukraińców do współpracy z wami?
– Nawet teraz nie jest łatwo. Kiedy zmieniasz jednostkę, to mimo tego, że ktoś cię poleca, do momentu, kiedy pokażesz na co cię stać, jesteś osobą z zewnątrz. Żeby ci zaufali, musisz się wykazać. My już kilka takich certyfikacji mamy za sobą. Zdarzyło się, że w trakcie pracy dla ukraińskich sił specjalnych, w trakcie szturmu, nieśliśmy z kolegą z fundacji rannego 12 km w pełnym słońcu. W takiej sytuacji idzie w świat informacja, że są medycy, którzy znają się na swoim rzemiośle, nie boją się i nie zawiodą w tej – można powiedzieć – ostatecznej chwili.
Profesjonalizacja wolontariatu: selekcja i szkolenie
Ile osób działa w waszej Fundacji?
– Około 50 medyków bojowych plus zaplecze krajowe – prawnicy, logistycy, psychologowie – to około kolejnych 30 osób. W terenie, w pojeździe znajdują się dwie-trzy osoby. Każda z nich jest medykiem pola walki, czyli ma odpowiednie kursy i przygotowanie. Nie każda ma wykształcenie medyczne, ale są również lekarze, ratownicy medyczni, pielęgniarki. Te osoby pracują także w punkcie stabilizacyjnym.
Jak wygląda proces szkolenia osób, które wyjeżdżają do Ukrainy?
– Na początku odbywa się rozmowa z psychologiem. Kandydat nie może mieć historii leczenia psychiatrycznego i musi spełnić kilka wymogów formalnych – nie być karany, nie być żołnierzem w służbie czynnej. Jeżeli psycholog nie widzi przeciwskazań, taka osoba bierze udział w cyklu szkoleń. Pierwsze z nich odbywa się na poligonie, to jest ciężkie szkolenie taktyczno-wysiłkowe, które wymusza wyjście ze strefy komfortu. Potem odbywają się warsztaty medyczne. Kandydat na wolontariusza musi przyjść do nas już z odpowiednim poziomem wiedzy na temat medycyny pola walki, ze skończonymi kursami, my natomiast doskonalimy tę wiedzę. Następnie odbywają się warsztaty psychologiczne, podczas których uczymy ludzi pracować w stresie. Po takim szkoleniu można zostać zakwalifikowanym do wyjazdu, ale nie zawsze tak jest. Do każdego podchodzimy indywidualnie, patrzymy na umiejętności, temperament i kwalifikujemy taką osobę do wyjazdu z chwilą, kiedy stwierdzimy, że to jest dla niej właściwy czas.
Czy da się przygotować kogoś do pracy na polu walki nie na polu walki?
– Na pewno trudno jest na miejscu nauczyć wszystkich wszystkiego. Trudno jest nauczyć ludzi tego, że nie można pomóc każdemu. Trudno jest przygotować na to, co powie ci człowiek umierając. Musimy jednak próbować budować w wolontariuszach jakieś elementy świadomości sytuacyjnej, wiedzy na temat tego, co ich może spotkać na miejscu.
Czy były w fundacji przypadki stresu postraumatycznego?
– Nie mieliśmy jeszcze przypadków ostrego PTSD, na szczęście. Normalną rzeczą są sytuacje, kiedy ktoś jest zmęczony albo musi coś przegadać z psychologiem.
Myślę, że to jest też efekt tego, że poważnie podchodzimy do tematu. Każda osoba w Ukrainie jest poddawana kontroli psychologicznej na miejscu. Jeżeli widzimy, że coś jest nie tak, jest natychmiast wycofywana. Po powrocie każdy jest zobowiązany do tego, żeby odbyć kilka sesji u psychologa kontrolnie.
Wspomniałeś o tym, że jeden z waszych kolegów został ranny w Ukrainie. Czy było takich osób więcej?
– Kilka. To były różne rany. Najwięcej było urazów, które też bardzo często spotykane są u Ukraińców – uraz ciśnieniowy, barotrauma. Wiąże się z tym utrata słuchu – przejściowa lub stała, duża migrena. Człowiek nie jest w stanie normalnie funkcjonować.
Stado, które nigdy nie zostawia swoich
Boisz się niepełnosprawności?
– Ten strach jest. Otaczają mnie jednak ludzie, o których wiem, że jeżeli będę w takiej sytuacji, to mnie nie zostawią, nie pozwolą, żebym sam się z tym zmagał. Żartobliwie w Fundacji nazywamy się stadem, a stado dba o siebie. Staramy się dać ludziom pewność, że jeżeli nam zaufają i wyjadą z nami do pracy, to cokolwiek by się nie stało, nie zawiedziemy ich. Mamy też procedury na wypadek śmierci lub rany wolontariusza. W Polsce stoi zatankowana karetka. Mamy zespół, który w każdej chwili jest gotowy do tego, aby wyjechać po niego do Ukrainy i przywieźć go do Polski do szpitala.
Mamy świadomość, że prędzej, czy później niestety będziemy mieć w Fundacji poległych i będziemy mieć osoby kalekie, ciężko ranne. To kwestia statystyki. To jest ryzyko, na które zgodziliśmy się.
Od wykładowcy KUL do medyka w Iraku i Syrii
Jak to się stało, że znalazłeś się w Ukrainie?
– Kiedy wybuchła wojna w Ukrainie w 2014 roku, pracowałem na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim jako wykładowca na kierunku bezpieczeństwo narodowe. Miałem za sobą studia historyczne oraz z historii sztuki, ale także szkolenie wojskowe oraz doświadczenie w organizacjach proobronnych.
Miałem wtedy głowę nabitą propagandą, mocno trzymałem się środowiska patriotycznego, które było przesiąknięte narracją antyukraińską. Zostałem wtedy poproszony, żeby pojechać do Mariupola i rozeznać się w potrzebach mniejszości polskiej, która tam mieszkała. I do Polaków nie dojechałem.
Przez zbieg okoliczności znalazłem się w bazie jednego z batalionów. Tam zobaczyłem, że ta wojna naprawdę trwa. I od tej pory wracałem już regularnie, doszkolony z medycyny pola walki.
Po drodze była Syria, a potem Irak – tam pracowałem z Kurdami, którzy walczyli z Państwem Islamskim. W Polsce służyłem w Wojskach Obrony Terytorialnej, odbyłem kurs oficerski. Potem podjąłem pracę w Rządowym Centrum Bezpieczeństwa – pracowałem tam jako rzecznik prasowy.
Po wybuchu pełnoskalowej wojny dotarło do mnie, że potrzebujemy jakiejś platformy do współpracy z różnymi podmiotami – i tak powstała fundacja.
Polska doktryna vs. frontowa lekcja pokory
W wywiadach często mówisz, że zdobyte w Ukrainie doświadczenia, chciałbyś przekazać do Polski. Jak Wam idzie?
– Idzie nam nie najgorzej, ale bywamy też blokowani. Zwykle jest zielone światło ze strony jednostek wojskowych, jednostki same się do nas zgłaszają, ale gdzieś indziej powstaje blokada. Dochodzi do pewnego kuriozum – jestem odznaczany przez prezydenta, dostaję nagrodę od ministra spraw zagranicznych – co wiąże się ze sprawdzeniem mnie przez służby, a jednocześnie, gdy dowódcy jednostek pytają o rekomendację na podpisanie porozumienia o współpracy z nami, to tej rekomendacji nie ma.
Osobiście myślę, że to nie jest kwestia wyłącznie nieufności, ale np. tego, że uderzamy w przetargi na sprzęt, który jest już przestarzały. Uderzamy w doktryny, które już dawno powinny wyjść z użycia. Uderzając w doktryny, uderzamy w ludzi, którzy je tworzyli. Krytykujemy system, który nie chce się zmienić.
Zmiana nie jest łatwa, ale uważamy, że jesteśmy to winni Polsce – by zmieniać podejście do kwestii bezpieczeństwa, zmieniać naszą armię, żeby była przygotowana na wypadek pełnoskalowego konfliktu, jeżeli taki się wydarzy.
Do naszych decydentów musi dojść, że przyszły konflikt zbrojny to nie będzie to, z czym oni się spotkali w Iraku i w Afganistanie. Nie będzie ciepłych namiotów, nie będzie kontenerów, nie będzie siłowni po godzinach.
Damian Duda – prezes Fundacji „W międzyczasie", kapitan rezerwy, działacz proobronny, polski nauczyciel akademicki, medyk pola walki, były szef Wydziału Polityki Informacyjnej Rządowego Centrum Bezpieczeństwa.
Źródło: inf. własna ngo.pl
Redakcja www.ngo.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy.