Między ideą a rynkiem. O odpowiedzialnej modzie, greenwashingu i kosztach świadomej produkcji [wywiad]
Czy da się tworzyć markę odzieżową uczciwie wobec ludzi i środowiska, a jednocześnie utrzymać ją na rynku? O kulisach prowadzenia świadomej ekologicznie marki, trudnościach małych przedsiębiorców, pułapkach greenwashingu i niełatwych wyborach w branży tekstylnej opowiada Dominika Kolmasiak – socjolożka i współzałożycielka marki VVidoki.
Dlaczego odpowiedzialna moda kosztuje więcej, a naprawdę świadome wybory konsumenckie wciąż wymagają wiedzy, czasu i uważności?
Natalia Czarkowska: – Powiedz mi, co skłania socjolożkę do założenia świadomej ekologicznie marki odzieżowej?
Dominika Kolmasiak: – To jest trochę tak, że marka była jeszcze przed socjologią. To się, że tak powiem, „zazębiało”, ale marka była najpierw i socjologia miała też trochę pomóc w jej rozwijaniu. Oprócz tego, była jednym z pól moich zainteresowań, bo ciągnęło mnie do ruchów społecznych, do różnych działań społecznych – w sposób może nawet nie tyle aktywistyczny, co bardziej taki właśnie wynikający z czystej ciekawości – żeby to po prostu sobie jakoś tam porozwijać, żeby zapoznać się gdzieś z różnego rodzaju informacjami, ze statystykami, z różnymi okolicznościami, które mogą wpływać na to, że ludzie myślą o jakiejś kwestii tak, a nie inaczej. Więc po prostu wyszło, jak wyszło.
A skąd wziął się pomysł na własną markę, czyli VVidoki? Skąd chęć działania w przemyśle tekstylnym?
– Z zamiłowania do ciuchów, do odzieży. To wyszło też trochę tak mimochodem, bo ja po prostu przejęłam ostatecznie tę markę od swojego chłopaka, z którym ją założyłam (Remigiusza Dziechciarowa – przyp. N. C.). Ale pierwotnie wzięła się ona z takiej czystej potrzeby, żeby mieć swoje ubrania, które sami sobie szyjemy i żeby były one dobre jakościowo. Mimo że zakładając markę, nie umieliśmy szyć, to uczyliśmy się w trakcie, zatrudniliśmy krawcową, z którą pracowaliśmy do samego końca i ona nas szkoliła. Mój chłopak szył wcześniej plecaki, ale z ubraniami nie miał nic wspólnego. A ja w ogóle nie miałam nic wspólnego z szyciem, ale też się po drodze nauczyłam. Także po prostu wszyscy bardzo wiele się uczyliśmy i ten rozwój wiele nas kosztował, ale wynikało to właśnie z takiej chęci i potrzeby, żeby mieć coś swojego, żeby to było dobre i że może możemy się tym też podzielić z innymi ludźmi.
Istotną częścią misji Waszej marki było to, żeby pozyskiwać materiały etycznie. Miała to być marka, w której pierwotną ideę wbudowana jest świadomość wpływu na środowisko, jako że przemysł odzieżowy ma na nie ogromny, przede wszystkim negatywny, wpływ. I wiem, że taka chęć działania proekologicznego, a także w jakimś stopniu prokonsumenckiego – na zasadzie dostarczania produktów wysokiej jakości klientom – silnie Wam przyświecała. Czy mogłabyś opowiedzieć więcej o tym konkretnym aspekcie Waszych działań?
– Tak, tutaj zahaczamy o bardzo wiele rzeczy. Ten aspekt prokonsumencki, bo teraz to słowo tak mi zostało w głowie – on jest też dość istotny. My szyliśmy też rzeczy na wymiar. I jeżeli ktoś nie mógł, na przykład, znaleźć swojego rozmiaru, czy miał jakiś niestandardowy rozmiar, to my szyliśmy ciuchy na jego wymiary – a to dzięki temu, że szyliśmy na miejscu i to zaraz po złożeniu zamówienia.Żeby ograniczyć wytwarzanie śmieci, nie szyliśmy na zapas, tylko w sposób „spersonalizowany”. Wszystko to po to, żeby raz – skrócić łańcuch produkcyjny i ograniczyć odpad, a dwa – żeby konsumenci też mieli coś dopasowanego do nich i żeby to było po prostu dla nich – ich ulubione ubranie jak najdłużej z nimi. Dlatego te ubrania były wykonywane z materiałów z certyfikatem GOTS (Global Organic Textile Standard – przyp. N. C.). Ten certyfikat jest najbardziej rygorystycznym z certyfikatów, jeśli chodzi o przemysł tekstylny, ponieważ zapewnia on, że na każdym etapie produkcji materiału – czyli wszystko po kolei, od farbowania przędzy aż do gotowego materiału, łącznie z metkowaniem – ten materiał jest obrabiany na zasadach fair trade i przynajmniej w 70% musi składać się z bawełny organicznej, czyli uprawianej w organiczny sposób. To, co prawda, też jest kontrowersyjny temat, jako że im głębiej wchodzi się w przemysł tekstylny, tym jest gorzej, bo wtedy zaczyna dochodzić się do wniosku, że nie ma tak naprawdę dobrego wyjścia, jeśli chodzi o tekstylia i w ogóle o przemysł odzieżowy, ale to inna kwestia. Więc my korzystaliśmy tylko z materiałów z tym certyfikatem.
Od samego początku nie szliśmy na żadne kompromisy. I staraliśmy się, żeby konsument też tę informacje dostawał, ale jako że nie jesteśmy marketingowcami, to niestety czasami nie wszystkie te wiadomości do niego dochodziły. Co też istotne, naszą misją było przede wszystkim to, żeby w przyszłości generalnie wszystko produkować samemu. Nie tylko szyć ubrania, nie tylko mieć własną szwalnię, nie tylko od początku do końca gdzieś tę odzież wykrajać. Chcieliśmy doprowadzić do tego, że sami będziemy też tworzyć nasze materiały, że będziemy pozyskiwać rośliny i będziemy po prostu z nich tworzyć własną przędzę. Mieliśmy mieć przędzarkę, generalnie zbieraliśmy taki nasz „park maszynowy” i mieliśmy ostatecznie po kilku latach produkcji – takiej trochę chałupniczej, później już trochę większej – zamiar stworzyć coś od początku do końca naszego; takiego, że to my będziemy mieć bezpośrednią kontrolę nad każdym etapem produkcji.
Brzmi to wszystko świetnie, plany były zakrojone na bardzo dużą skalę. Dlaczego więc VVidoki stały się powidokami?
– (uśmiech) Powiedzmy sobie szczerze: tak jak trochę ze wszystkim, przeszkodziły nam kwestie finansowe; bo, tak jak mówiłam, byliśmy bardzo bezkompromisowi i nie chcieliśmy ustępować. Gdy prowadziłam tę markę, to osobiście miałam też na celu coś takiego, żeby rozwijać też działania, nawet nie tyle prośrodowiskowe, co właśnie takie „pomocowe”. I działaliśmy w tej kwestii „pomocowej” z kilkoma poznańskimi (chociaż nie tylko) artystami. Robiliśmy jakieś specjalne serie, czy to nadruków, czy haftów, czy czegoś innego, bo mieliśmy też własny sitodruk, własną hafciarkę, własne wszystko. No i, szczerze mówiąc, ja bardzo dużo oddawałam, a nie dostawałam jakoś specjalnie dużo w zamian. Nie otrzymywałam specjalnie dużo jakiejś pomocy, nie mieliśmy żadnych inwestorów. A w pewnym momencie naprawdę sporo zainwestowaliśmy w reklamę. Usługi takiej agencji reklamowej kosztują bardzo dużo pieniędzy. I to nas trochę pogrążyło. Oprócz tego, weszliśmy na wyższy poziom ZUSowski i te ZUSowskie opłaty też nas trochę przygniotły, jako że w tamtym momencie było to nasze jedyne źródło utrzymania – dla mnie i dla mojego chłopaka, który na pewnym etapie wrócił do VVidoków, ale już jako, że tak to określę, „szwacz”.
A jak długo funkcjonowaliście jako marka?
– Cztery albo pięć lat. Dwa lata temu się zamknęliśmy. To była jedna z pierwszych marek tego typu, które w ogóle wchodziły na polski rynek. Obok nas pojawiła się marka NAGO, pojawiły się też Elementy. Obie te marki miały aspekt wizualny na znacznie wyższym poziomie i wszystko było bardzo klarownie przekazywane; ale tam odpowiadali za to specjaliści, a we robiliśmy wszystko bardzo DIY-owo. Więc ten nasz plan, mimo że wyglądał super, był okraszony wieloma niepowodzeniami i uczeniem się na błędach. To było trochę związane z naszą nieudolnością biorącą się z tego, że po prostu nie mieliśmy na samym starcie zasobów i umiejętności. Staraliśmy się je zdobywać, ale wiadomo, że do tego też trzeba mieć zasoby finansowe, by mieć możliwości na „próbowanie sobie”. A dla nas za bardzo ich nie było. I faktycznie, tak jak mówię, ja zamiast sobie odkładać, to trochę za dużo chciałam oddać i dlatego też się nie powiodło. Po drodze mieliśmy niby jakieś podrygi współpracy ze znajomymi inwestorami, którzy niestety trochę zrobili nas „w jajo” i ostatecznie po prostu się nie utrzymaliśmy. Bardzo problematyczne i kosztowne było też pozyskiwanie mniejszych ilości tkanin, czy materiałów ze wspomnianymi przez mnie certyfikatami, bo ich jest też w Polsce stosunkowo mało. A jeśli już są, to są one bardzo drogie, bo otrzymanie tego certyfikatu też jest bardzo kosztowne.
Gdzieś z tyłu głowy cały czas dźwięczy mi też pytanie dotyczące wsparcia systemowego – bo prywatni inwestorzy to jedna kwestia. Można mieć większą lub mniejszą możliwość i zdolność do pozyskiwania takich inwestorów, większe i mniejsze koneksje oraz sieć kontaktów, ale co z potencjalną pomocą rządową?
– Potencjalna rządowa pomoc niestety nie wchodziła w grę ze względu na to, że byłam na studiach. Mogłam studiować za darmo albo mieć dofinansowanie od państwa, więc musiałabym zrezygnować z kształcenia, aby mieć zapomogę. Natomiast jeśli chodzi o pomoce europejskie, to one w ogóle odpadały, bo zanim byśmy je dostali, to trzy razy byśmy się już zamknęli. Trzeba też mieć do tego osobę, która naprawdę pomoże przy tych wnioskach; a żeby mieć taką osobę, trzeba mieć dość wysokie zarobki, żeby tę osobę opłacić.
Z perspektywy młodej przedsiębiorczyni – co mogłoby być w tym zakresie inaczej? Jak uważasz, w którym punkcie najbardziej przydałoby się takie wsparcie? Czy powinno być to wprowadzenie jakichś dodatkowych ulg, czy może przydałoby się to, by dla rozwijających się przedsiębiorców istniało, na przykład, jakieś zaplecze profesjonalistów, do których można się nieodpłatnie zgłosić po pomoc w pisaniu wniosków? Co mogłoby się zmienić, żeby dopomogło to młodym przedsiębiorcom realnie, a nie fikcyjnie?
– Szczerze mówiąc, to jest w ogóle kwestia całej tej papierologii. Ona wprowadzała dla mnie dość duży zamęt. Po drodze wchodziły różne zmiany w tych ZUSowskich przepisach i wówczas było to obiektem przeróżnych memów wśród młodych przedsiębiorców, jako że w tych przepisach były instrukcje, których nikt nie rozumiał. Nawet księgowi z wieloletnim doświadczeniem musieli się uczyć pewnych kwestii miesiącami, więc jak ja, jako młody przedsiębiorca, miałam w ogóle umieć do tego podejść, wiedzieć „z czym to się je” i jeszcze temu zaufać? A księgowy może mi pomóc, ale im lepszy księgowy, tym ma wyższą stawkę. No i wiele rzeczy i tak trzeba czytać i wdrażać się samemu. Gdyby to wszystko było bardziej klarowne, to stanowiłoby to już bardzo duże ułatwienie.
Dlaczego tak trudne jest budowanie w Polsce marki w obszarze przemysłu tekstylnego, która będzie „środowiskowo świadoma”?
– Tak jak już wspomniałam wcześniej o tych cenach – to wszystko cały czas kręci się niestety wokół pieniędzy. Certyfikaty są drogie. My też swego czasu mieliśmy producenta materiałów w pobliżu Poznania. A że tam mieściła się nasza siedziba, to mieliśmy szansę na to, żeby zaobserwować cały łańcuch produkcji materiałów i dowiedzieć się o nich po prostu wszystkiego. I właśnie od tego producenta mogliśmy pozyskiwać też materiały, mimo braku certyfikacji, ale tylko i wyłącznie dlatego, że byliśmy „na zapleczu”, że widzieliśmy wszystko, skąd oni wszystko mają, jak to obrabiają, etc. I to wszystko było potwierdzone odpowiednimi dokumentami. Ale oprócz tego zdobywaliśmy tylko i wyłącznie materiały z certyfikatem, których ceny niestety były zabójcze.
Wróćmy do wątku bawełny organicznej i problematycznych „70% zawartości w składzie”? Wspomniałaś, że ta kwestia wcale nie jest taka oczywista. Dlaczego to wszystko jest takie niepewne i, niejako, „pozbawione nadziei”?
– Nie ma nadziei, bo, dajmy na to, na przykład do uprawy bawełny organicznej potrzeba znacznie więcej zasobów wodnych, co wiąże się z tym, że eksploatacja środowiska naturalnego jest już na trochę wyższym poziomie. To jest raz. A dwa – 70% organiczna, a co z resztą? Generalnie, jeśli chodzi o jakiś późniejszy recykling czy przetwarzanie śmieci – to mieszanki są najgorsze, a niestety regulacje prawne związane z pełnym składem tego, co jest w naszej tkaninie, z której tworzymy ubrania, też są dość luźne. I, na przykład, jeśli chodzi o kwestie składu materiału, to ta reszta bardzo często jest po prostu domieszką. Często mamy coś, co jest opisane jako 100% bawełna, ale to jest umowne 100%. Prawda jest taka, że w tych 100% może się znajdować naprawdę bardzo wysoki odsetek innych materiałów – jeszcze parę lat temu to było prawie do 20% różnych domieszek. Producenci nie mają obowiązku utrzymywania całkowitej transparentności, więc z tym jest tutaj bardzo duży problem.
Tylko tutaj, w Polsce? Czy ogólnie?
Dominika: W ogóle, ale trzeba powiedzieć, że z pozyskiwaniem w Polsce takich organicznych materiałów jest szczególnie duży problem, bo my nie jesteśmy zaprogramowani na to, żeby robić rzeczy proekologicznie. Na przykład ja pozyskiwałam materiały z Holandii – nie w ogromnych ilościach, tylko kupując ten możliwie najmniejszy „hurtowy pułap”, żeby po prostu się zaopatrzyć i żeby towar miał certyfikat. Ciężko jest jednak to wszystko po kolei zaplanować.
Czy możesz opowiedzieć, jak z perspektywy socjolożki postrzegasz podejścia społeczeństwa polskiego do świadomości ekologicznej? Czemu są z tym problemy? Czemu nadal nie jesteśmy na tym pułapie, co wspomniana przez Ciebie Holandia? Gdzie widzisz źródło problemu?
– Ja myślę, że generalnie pułap świadomości środowiskowej nie tylko w Polsce, ale w ogóle na świecie jest dość niski ze względu na wszelkie formy marketingowe i szeroko rozpowszechniany greenwashing. Jak w pewnym momencie zobaczyłam, że znana firma fast-fashion ma kolekcję „bio-coś tam-zieloną”, to pomyślałam sobie, że chyba po prostu „przeżegnam się stopą” (śmiech), bo dla mnie to jest żenujące. Ludzie nie zdają sobie w ogóle sprawy z tego, jak duży wpływ na zanieczyszczenie środowiska ma przemysł odzieżowy; a on jest naprawdę bardzo, bardzo wysoko, gdzieś w pierwszej piątce pod względem szkodliwości. Dla mnie jest to więc po prostu absurdalne, że ludzie cały czas podchodzą do sprawy bardzo nieświadomie albo machają na to ręką. Mam też dodatkowo takie wrażenie, że w Polsce jeszcze trochę nie przeboleliśmy takiego tematu, że trzeba się „ładnie ubrać”, trzeba dobrze wyglądać, no po prostu trzeba! Żeby inni ludzie widzieli. I to cały czas funkcjonuje jako taka forma jakiegoś wynagrodzenia, jakiegoś dogadzania sobie tym, że po prostu kupujemy ciuchy.
Myślę, że to może być element takiego kompleksu narodowego wynikający z historii, z tego że byliśmy państwem socjalistycznym z ciągłymi niedoborami.
– Tak, no przecież wszelkie te opowieści o różnych ciociach z Ameryki, które dżinsy przywoziły i tak dalej – to wszystko kręci się trochę wokół odzieży, nie? Wizja tego bogactwa, tego, żeby pokazać komuś, że się ma, kręci się właśnie wokół tego, jak się wygląda. Jest więc tutaj bardzo wiele elementów, które składają się na to, że ten rynek ubraniowy rośnie, rośnie i rośnie. Z drugiej strony, pojawił się cały ten ruch proekologiczny, który niestety jest już trochę fasadą, co drażni mnie po prostu niezmiernie. Są osoby, które będą mi na przykład wyrzucały, że noszę skórzane buty. Ja kupiłam je sobie gdzieś w lumpeksie, ale pojawia się komentarz „tego nie powinno się nosić, bo to jest skórzane”. Komentujący nie zdają sobie natomiast sprawy z tego, z jakich składników powstają na przykład kleje, którymi klei się ich plastikowe buty. Tu jest cały czas bardzo dużo niewiedzy, albo takiej wiedzy powierzchownej, pozyskanej z jakichś TikToków, z jakichś socjali i tak dalej. Mam wrażenie, że często tak pompuje się nas tymi komunikatami, że aż nie jesteśmy w stanie przekopać się przez to wszystko do naprawdę rzetelnych informacji.
Gdybyś miała dać ludziom jakieś wskazówki, co mogą zrobić, by ich funkcjonowanie w tym zakresie „ubraniowym” było bardziej przyjazne dla środowiska, to na co położyłabyś nacisk?
– Żeby się po prostu „nie zakrywać”. Nie zakrywać się tym, że ja jako jednostka nic nie zdziałam – bo zawsze trzeba zacząć od swojego podwóreczka i później działać „do przodu”. Jakby każdy z nas zainteresował się tylko sobą w tym wszystkim, jakby chociaż spojrzał na swoje zachowania, czyny, nawyki konsumpcyjne – to wtedy byłoby to wszystko już dużo, dużo sprawniejsze.
Czy są jakieś źródła, które mogłyby służyć za jakiś przewodnik w tej sprawie? Bo mówisz, że TikTok lub inne media społecznościowe to niekoniecznie „to”.
– Na TikToku, czy na Instagramie też można znaleźć dobre treści. Ja nie mówię, że to jest złe źródło, bo są ludzie, którzy działają tam dość czynnie i sama obserwuję ich od wielu, wielu lat. Jest tam na przykład Paulina Górska, są Ubrania Do Oddania. To są fajne osoby, które też fajnie o tym wszystkim opowiadają. Ja z
nimi zresztą też wielokrotnie współpracowałam i nawet szyłam moje pierwsze śpioszki dla bobasów Zosi z Ubrania Do Oddania (śmiech).
A jakie są Twoje plany na przyszłość – nadal wiążesz je w jakimś stopniu z przemysłem tekstylnym?
– Jeśli chodzi o firmę, to to zdecydowanie nie jest koniec. To jest tylko taka dłuższa przerwa, bo na pewno coś swojego jeszcze w związku z tymi ciuchami będę robić. Maszyny do tej pory zostały, jeszcze ich nie sprzedaliśmy. Cały czas stoją i czekają. Materiały jeszcze też są, bo nie zutylizowaliśmy ich w żaden sposób. I oprócz tego przeszłam teraz szkolenie z NGO-sów i myślę, że także w związku z tym będę chciała coś nowego zdziałać.
Wywiad przeprowadziła Natalia Czarkowska w ramach projektu "Leśna szkoła klimatu".
„Dofinansowane z UE".
Źródło: Fundacja Instytut Rozwoju Przedsiębiorczości i Ekonomii Społecznej