Magdalena Bigaj. Higiena cyfrowa pozwala znowu rozkochać się w życiu [wywiad]
– Na początku słyszałam: „Co ty sobie wymyśliłaś?”. Czasem żartuję, że przeszłam konwersję jak święty Paweł, czyli dziś naprawiam to, co kiedyś psułam – mówi Magdalena Bigaj, prezeska Fundacji Instytut Cyfrowego Obywatelstwa. Razem z Martą Puciłowską-Schielmann i Martą Kapicą opowiada o odejściu z marketingu, budowaniu organizacji od zera, jej finansowaniu i o tym, dlaczego higiena cyfrowa nie jest modnym hasłem, tylko sprawą zdrowia, relacji i odpowiedzialności.
Ewa Adamska-Cieśla: – Dlaczego porzuciła Pani marketing i PR na rzecz higieny cyfrowej?
Magdalena Bigaj: – Przyjechałam na studia do Warszawy z dużym poczuciem misji – chciałam być reportażystką. To był jednak czas bardzo szybkiego rozwoju Internetu. Musiałam się utrzymać, więc weszłam do branży public relations i przez lata pracowałam w Agorze, w segmencie internetowym. Obserwowałam z bliska, jak Internet rośnie w siłę. Kiedy zaczynałam, internautów w Polsce było około czterech milionów, a gdy odchodziłam w latach 2017–2018, ta liczba była już wielokrotnie większa.
Pamiętam też czasy, gdy wielu ludzi uważało, że Internet nigdy nie przejmie rynku reklamowego, że największe budżety zawsze zostaną w telewizji, prasie i radiu. Stało się inaczej – on to wszystko wchłonął.
W Gazeta.pl zajmowałam się przekonywaniem ludzi do korzystania z portali i serwisów firmy i jej klientów, do klikania, czytania, wchodzenia w treści. Zawsze interesowało mnie to, jak wpływać na ludzi. Ale jednocześnie miałam poczucie, że jestem nie tam, gdzie chciałam być. Zamiast pisać reportaże i zostać „drugim Kapuścińskim”, dzwoniłam do dziennikarzy, którzy często zbywali mnie jak muchę. Byłam dobra w tej pracy, ale ona nie grała mi w duszy.
To trochę jak w wierszu Leopolda Staffa: „O to chodzi jedynie, by naprzód wciąż iść śmiało, bo zawsze się dochodzi, gdzie indziej niż się chciało”. I ja właśnie taką drogę przeszłam – tylko zajęła mi ponad dziesięć lat i dopiero dzisiaj widzę sens tych początków, które wtedy uważałam w jakimś sensie za porażkę.
Co było momentem przełomowym?
Magdalena Bigaj: – Przypadkiem trafiłam na książkę Nicholasa Carra „Płytki umysł”. To nie będzie przesada, jeśli powiem, że ona zmieniła moje życie. Carr pisał o tym, że doświadczamy odwróconej ewolucji i znowu stajemy się zbieraczami informacji. Nie pogłębiamy wiedzy, tylko „skaczemy” po informacjach. Nie wchodzimy w sens, tylko kolekcjonujemy bodźce. Ta myśl bardzo we mnie została i zaczęła pączkować.
Potem przyszły kolejne ważne momenty, między innymi macierzyństwo. Dzięki temu nabrałam siły i coraz wyraźniej czułam, że nie chcę wracać do mediów w znanej mi formie. Widziałam ich pauperyzację, pogoń za kliknięciem, coraz więcej niesprawdzonych treści. Znałam też od środka środowisko reklamodawców, wydawców i badania Internetu. Byłam po tej „drugiej stronie”. I właśnie dlatego zapragnęłam działać na rzecz etyki mediów cyfrowych i odpowiedzialnego korzystania z technologii.
Zanim powstał Instytut Cyfrowego Obywatelstwa, poznała Pani dr. Macieja Dębskiego.
Magdalena Bigaj: – Tak, trafiłam na Maćka przypadkiem. Prowadził Fundację „Dbam o Mój Zasięg” i był pionierem badań nad fonoholizmem [przyp. red. kompulsywne korzystanie ze smartfonu]. Miałam już doświadczenie w PR i wiedziałam, jak rozpoznać temat, który naprawdę chwyci. I pomyślałam: to jest właśnie to!
Napisałam do niego mail: „nazywam się Magda Bigaj, umiem to i to, myślę, że mogę się przydać. Co pan na to?”. Odpisał: „Dobrze, róbmy to”. Przez jakiś czas współpracowaliśmy w jego organizacji, ale czułam, że chociaż łączy nas wspólny cel, mamy jednak inne wizje prowadzenia działań, dlatego postanowiłam odejść, choć nie miałam innej pracy i tylko umowę na pierwszą książkę w ręku.
Krótko potem poznałam drę hab. Magdalenę Woynarowską z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, cenioną badaczkę nauk społecznych i współautorką podręczników dla szkół o zdrowiu. Postanowiłyśmy zainicjować w Polsce badania nad higieną cyfrową. Tylko najpierw należało ją zdefiniować.
Czym jest higiena cyfrowa? Jeszcze kilka lat temu to pojęcie było nieznane.
Magdalena Bigaj: – Zależało nam na języku, który nie będzie odstraszał ludzi. W debacie publicznej dominowały wtedy głównie opowieści o uzależnieniu od telefonu czy Internetu. A przecież nikt nie chce o sobie myśleć: „jestem uzależniony”. Trzeba mówić do ludzi przez pryzmat tego, co mogą zyskać, a nie tylko wytykać, co robią źle. To było dla mnie ważne, żeby pojęcie miało solidne podstawy, ale jednocześnie było zrozumiałe. O rzeczach trudnych trzeba mówić jeszcze prościej.
Dlatego postanowiłyśmy z Magdą mówić o higienie cyfrowej z perspektywy zachowań, które chronią zdrowie w kontekście korzystania z technologii, Internetu i telefonu. To jest jak z dbaniem o zdrowie w ogóle – potrzeby są różne w zależności od wieku, stylu życia i sytuacji. Jeśli ktoś żyje w smogu informacyjnym, to może potrzebować więcej odpoczynku, ruchu, czytania, kontaktu z ludźmi albo robienia czegoś rękami. Dobrze wtedy ograniczyć np. seriale czy skrolowanie „dla relaksu”.
Wracając do trudności w debacie publicznej, kilka lat temu mówiło się głównie o nadużywaniu ekranów przez dzieci. Tymczasem to dorośli modelują zachowania dzieci. Dlatego namówiłam Magdę, byśmy najpierw zrealizowały badanie na reprezentatywnej próbie osób dorosłych.
Z higieną cyfrową łączy Pani też pojęcie cyfrowego obywatelstwa.
Magdalena Bigaj: – Tak, bo samo „dbanie o siebie” nie wystarczy. Postanowiłam więc wprowadzić do debaty pojęcie cyfrowego obywatelstwa. Wcześniej pojawiało się ono w kontekście edukacji w tym zakresie. Mnie chodziło jednak o coś więcej, o stan, w którym jednostka ma wiedzę, zasoby i możliwości, by móc używać przestrzeni cyfrowej w sposób odpowiedzialny. To dotyczy każdego – zwykłego Kowalskiego i Elona Muska. W gruncie rzeczy sprowadza się do kwestii etycznych.
W centrum naszego myślenia zawsze stoi człowiek i jego dobro. Gdy pracowałam w marketingu, wiele razy słyszałam, że ta branża działa „na granicy etyki”, a czasem tę granicę po prostu przekracza. Pomyślałam wtedy, że trzeba z tym coś zrobić.
Jednym z momentów zwrotnych było Pani wystąpienie na Forum IAB w 2023 roku.
Magdalena Bigaj: – To była mocna przemowa i rzeczywiście wywołała duży oddźwięk. Mówiłam o odpowiedzialności platform społecznościowych za krzywdę dzieci, ale też o odpowiedzialności reklamodawców, którzy zasilają te platformy swoimi budżetami. Pokazywałam, że pieniądze wydawane na marketing też mają wymiar etyczny.
Po tej konferencji wiele osób pisało do mnie, że zaczęły się u nich w firmach rozmowy o kodeksach etycznych, o zasadach współpracy i odpowiedzialności. Nie zawsze kończyło się to konkretną zmianą, ale liczyło się to, że ta myśl zaczęła kiełkować.
O skali krzywdzenia dzieci w Internecie dowiadujemy się z raportu „Internet Dzieci” z 2025 roku, którego ICO jest współorganizatorem, a Pani jedną ze współtwórczyń.
Magdalena Bigaj: – Tak. Raport był w pewnym sensie efektem tamtego wystąpienia i współpracy z Polskimi Badaniami Internetu i Gemiusa, którzy udostępnili nam dane. To ważne, bo dopiero twarde dane pozwalają uruchomić debatę publiczną i wywrzeć nacisk na polityków i gospodarkę. Wcześniej mówiło się o tym głównie intuicyjnie. A VLOP-y powtarzały jak mantrę, że „w ich serwisach nie ma dzieci”. Tymczasem 58 procent dzieci w wieku 7–12 lat używa mediów społecznościowych. Jedna trzecia badanych nastolatków podejmuje wyzwania internetowe, w których naraża się zdrowie i życie własne lub innych, 1,3 miliona korzysta z najpopularniejszego serwisu pornograficznego, a 800 tys. – hazardowego.
Ale dla mnie równie ważne jest to, by nie kończyć tej opowieści wyłącznie na strachu. Osoby pracujące w marketingu czy technologiach mogą wykonywać swoją pracę etycznie, z poczuciem sensu, a nie wbrew sobie. Od wielu takich osób wiem, że to, co robimy i mówimy w Instytucie jest dla nich ważne.
Czy warto zakładać organizację pozarządową?
Magdalena Bigaj: – Tak, ale nie dlatego, że „fundacja” brzmi szlachetnie, albo że zmęczyła mnie praca na etacie, więc zamiast wyjechać w Bieszczady, założę „endżiosa”. Widzę czasem u ludzi odruch: chcę robić coś dobrego, jeszcze nie wiem co, ale już zakładam fundację. A to tak nie działa. Najpierw trzeba wiedzieć, co chce się zrobić i jaką zmianę chce się wywołać. Dopiero potem wybiera się formę: fundację, stowarzyszenie, a może po prostu firmę komercyjną, ale dającą potencjał do zmiany. Miałam bardzo jasną wizję tego, co chcę zmienić: chciałam, aby na poziomie indywidualnym, społecznym i systemowym społeczeństwo funkcjonowało w duchu cyfrowego obywatelstwa. Z tego założenia wynikały pierwsze projekty Fundacji i wszystkie kolejne, co najlepiej było widać ostatnio podczas Forum Cyfrowego Obywatelstwa.
Ale wtedy na początku poza misją, musiałam zmapować swoje możliwości i zasoby. Zaczęłam od rozpisania swoich mocnych stron i sieci kontaktów.
W momencie powoływania Fundacji miałam już kilkunastoletnie doświadczenie w pracy zawodowej, również w prowadzeniu firmy. Moja aktywność zawodowa w jakiś sposób łączyła środowisko biznesu, oświaty, nauki i technologii. W każdym z tych środowisk znałam ludzi wrażliwych na to, co się zaczyna dziać ze środowiskiem cyfrowym i ludźmi z niego korzystającymi. Pomyślałam, że jeszcze nikt w Polsce tych środowisk nie połączył i że może te dziesięć lat PR-u dla portali internetowych nie tylko nie poszło na marne, ale daje mi dzisiaj olbrzymią przewagę w postaci wiedzy o mechanizmach, które są stosowane w produktach cyfrowych. Umiałam też dobrze pisać i przemawiać, zawsze byłam sprawna retorycznie. Teściowa mawia, że mogłabym sprzedawać działki na Marsie (śmiech). Postanowiłam więc, że misję cyfrowego obywatelstwa trzeba zrealizować, przekonując środowiska do współpracy. Z tej analizy wyszło mi, że fundacja będzie najlepszą formą dla dalszych działań.
Jak wyglądały początki Instytutu Cyfrowego Obywatelstwa?
Magdalena Bigaj: – Na fundację zdecydowałam się dopiero wtedy, gdy byłam pewna swojej wizji. Miałam wtedy kryzys zaufania i bardzo nie chciałam, żeby ktokolwiek ingerował w wizję Instytutu, którą wymyśliłam. Wiedziałam, że czeka mnie droga pod górkę, że będę musiała mówić rzeczy niepopularne i nie chciałam żadnych kompromisów. Dlatego zamiast szukać wspólnika do zarządu, poprosiłam męża, by poszedł ze mną podpisać akt notarialny powołania fundacji. Ale z zastrzeżeniem, że na tym jego rola jako fundatora się skończy (śmiech).
Nie ukrywam też, że to, iż mój mąż dawał rodzinie finansową stabilność, miało ogromne znaczenie. Dzięki temu mogłam zainwestować własne środki i przez pierwszy rok właściwie pracować za darmo. To był czas bardzo intensywny. Pisałam książkę, prowadziłam badania, stworzyłam pierwsze szkolenia, zajmowałam się promocją, jeździłam po Polsce. Zdarzało się, że w drodze na szkolenie czy konferencję spędziłam kilka godzin, pracując w pociągu w obie strony, a wypracowane pieniądze szły na księgowość i podstawowe koszty działania.
Dzisiaj wiem, że te pierwsze lata w jakimś sensie były autowyzyskiem. Byłam chronicznie zmęczona, mało spałam, a głowa pracowała na najwyższych obrotach. Nigdy więcej nie chciałabym tego sobie ponownie zafundować, ale jednocześnie nie żałuję, że poniosłam taki koszt.
Byłam jednak zdeterminowana, by nie zatrudniać ludzi za wcześnie. Zaproszenie kogoś do zespołu to duże zobowiązanie: proszę przecież kogoś, by powierzył mi swoje życie zawodowe. Nie chciałam składać obietnic bez pokrycia, dlatego najpierw chciałam zwodować statek – dopracować misję, pierwsze projekty i stopniowo rozszerzać zespół. Chociaż od początku wielkim wsparciem była dla mnie Marta Kapica, dzisiejsza dyrektorka komunikacji w ICO, która też pierwsze dwa lata pracowała w zasadzie wolontariacko.
Dzisiaj Fundacja to kilkanaście osób w ścisłym zespole i wielu ekspertów współpracujących, zarząd jest już dwuosobowy i, co dla mnie szczególnie ważne, powołaliśmy Radę Fundacji. Czyli doszłam do miejsca, w którym jako prezeska i współfundatorka nie mam już de facto władzy nad organizacją – Rada może mnie odwołać. I to daje mi ogromną satysfakcję, bo to oznacza, że coś, co zbudowałam, jest już dojrzałe i ode mnie niezależne. Nie interesowała mnie organizacja, która jest prywatnym folwarkiem założycielki.
Marta Puciłowska-Schielmann: – W fundacji pełnię rolę wiceprezeski zarządu i tak było od początku mojej pracy w ICO. Dziś więcej pracuję w charakterze nadzorczym, układam procesy i strukturyzuję fundację od wewnątrz. Ale nadal szkolę i bardzo to sobie cenię, bardzo dobrze czuję się z grupą na sali. Cieszę się, że mogę łączyć ze sobą różne role.
Marta Kapica: – Magdę znałam kilka lat wcześniej, miałyśmy okazję współpracować zawodowo i zaprzyjaźniłyśmy się. Kiedy spytała, czy może na mnie liczyć w fundacji, nie zawahałam się ani chwili. Znałam poglądy i dorobek Magdy na tym polu, obserwowałam jej poczynania i mocno kibicowałam, a jednocześnie byłam w momencie dużej zmiany – wiedziałam już, że nie chcę wracać do mojego poprzedniego życia zawodowego. Dlatego w ICO jestem od samego początku. Do niedawna pełniłam rolę managerki ds. projektów edukacyjnych, aktualnie moje stanowisko to dyrektorka komunikacji. Wciąż jeszcze jesteśmy niedużym zespołem, a już prowadzimy wiele znaczących projektów.
Przez kilka lat pracy w ICO zrozumiałam, że komunikacja społeczna jest złożona i wymaga dużej elastyczności – ciągłego uczenia się, uważności na zmiany i dopasowywania języka do odbiorców. Jednocześnie widzę jasno, że jeśli komunikat jest naprawdę ważny i odpowiada na realne potrzeby ludzi, oni chcą go słuchać i się angażują.
Co jest najważniejsze przy zakładaniu organizacji?
Marta Puciłowska-Schielmann: – Trzeba mieć wizję i naprawdę rozumieć, do jakiej zmiany się dąży. Warto wiedzieć, co się już ma – kompetencje, doświadczenie, kontakty – i czego jeszcze brakuje. Trzeba też być w tym spójnym i prawdziwym.
I bardzo ważni są ludzie. Pierwsza osoba z nowym pomysłem często uchodzi za dziwaka. Ale druga osoba, która do niej dołącza, bywa jeszcze ważniejsza – bo daje odwagę kolejnym. Bez tego nie tworzy się ruchu ani organizacji.
Wiele organizacji nie dociera do stabilnego etapu funkcjonowania. Co jest najtrudniejsze w pracy w III sektorze?
Marta Puciłowska-Schielmann: – Myślę, że wyzwaniem jest to, od czego nie ucieknie żadna organizacja pozarządowa: stabilne finansowanie, które pozwoli zachować intelektualną niepodległość i niezależność.
Magdalena Bigaj: – Popełnianie błędów jest naturalne. Problem zaczyna się wtedy, gdy ktoś myśli, że granty po prostu czekają, aż się po nie sięgnie. To nieprawda. Prowadzenie fundacji bardzo przypomina prowadzenie firmy: trzeba pilnować księgowości, budżetu, procesów, ludzi.
Przez pierwszy rok czy dwa nasz zespół był bardzo mały. Czułam ogromną odpowiedzialność za każdą osobę, która miałaby do nas dołączyć. Wiedziałam, że uczciwa organizacja powinna dążyć do zatrudniania ludzi na etatach, a nie opierać się wyłącznie na doraźnym zaangażowaniu. Byłam naprawdę dumna, gdy mogliśmy dać pierwszy etat. Teraz w planach mamy kolejne.
Jaki był Wasz model finansowania?
Magdalena Bigaj: – Na początku opierał się przede wszystkim na szukaniu mecenasów konkretnych działań. Bardzo ważnym partnerem była i jest Fundacja Orange. Dzięki temu wsparciu mogliśmy zrealizować pierwsze badania. Jestem za to ogromnie wdzięczna Konradowi Ciesiołkiewiczowi, który wówczas kierował Fundacją Orange i dał się przekonać do wejścia w zupełnie nowe badania.
Od początku wiedziałam jedno: nie uruchamiam projektu, dopóki nie wiem, z czego go sfinansuję. To wyniosłam z biznesu. Sama często pracowałam w nich za darmo, ale cała reszta musiała się zgadzać w Excelu. Ja w ogóle kocham Excela, on mi daje poczucie bezpieczeństwa!
Drugim źródłem były po prostu moje własne odpłatne szkolenia i wykłady, z których finansowaliśmy podstawowe koszty fundacji. Z czasem rozwinęliśmy ofertę szkoleniową i zaczęliśmy budować partnerstwa z instytucjami, dzięki którym szkoły mogą korzystać z naszej oferty bezpłatnie, a my możemy uczciwie płacić zespołowi. Dzisiaj już nie prowadzę szkoleń, ale mam wielką satysfakcję widząc, jak dziesięcioosobowy zespół edukatorek odwiedza szkoły w całej Polsce.
Dzisiaj 90 procent naszych szkoleń to właśnie bezpłatne wsparcie dla szkół i przedszkoli finansowane dzięki mecenasom i grantom – niestety, nie publicznym. Tych nigdy nam nie przyznano. Ale to było dla mnie ważne od początku: działalność odpłatna może istnieć, ale nie może być osią organizacji pożytku publicznego.
Co sprawia, że partnerstwa przychodzą?
Marta Puciłowska-Schielmann: – Spójność. Jeśli organizacja jest konsekwentna, działa na danych, mówi językiem zrozumiałym dla ludzi i naprawdę odpowiada na ich problemy, to budzi zaufanie. Naszą siłą od początku było to, że opieramy się na badaniach, ale mówimy o nich w sposób przystępny. To buduje wiarygodność.
Magdalena Bigaj:
– Myślę też, że trafiliśmy w bardzo ważną społeczną potrzebę. Ludzie coraz lepiej rozumieją, że platformy i technologie potrafią ich wykorzystywać. Ale jednocześnie potrzebują komunikatu, który nie tylko straszy, lecz także daje sprawczość: „wszystko z tobą w porządku, tylko potrzebujesz nauczyć się pewnych zachowań, żeby żyło ci się łatwiej”.
Działacie nie tylko edukacyjnie, ale też systemowo.
Magdalena Bigaj: – Tak. Dzięki naszej pracy merytorycznej jesteśmy zapraszani do konsultacji w ministerstwach: edukacji, cyfryzacji, rozwoju i technologii. Pracujemy w różnych grupach roboczych na poziomie systemowym, jesteśmy stałymi ekspertkami w Komisji do spraw Dzieci i Młodzieży. Uczestniczymy w rozmowach o regulacjach dotyczących przestrzeni cyfrowej, edukacji, bezpieczeństwa dzieci, ochrony wizerunku.
Dla mnie to ważne, bo organizacje społeczne nie istnieją po to, żeby tylko „zaklejać” skutki źle działającego systemu. Edukacja też jest rozwiązaniem systemowym. Prawo i edukacja nie są alternatywnymi rozwiązaniami – one się uzupełniają.
Jest Pani bardzo wyrazista także w kwestii finansowania ze strony wielkich firm technologicznych.
Magdalena Bigaj: – Tak, kwestia transparentności jest dla mnie kluczowa od początku. Nie można w pełni uczciwie mówić o bezpieczeństwie dzieci w sieci i jednocześnie bezrefleksyjnie brać pieniędzy od tych, którzy współtworzą problem. Nie chodzi o to, żeby wykluczyć wszystkie firmy technologiczne. Potrzebujemy przecież technologii, Internetu czy narzędzi cyfrowych do funkcjonowania i w wielu obszarach przynosi to wiele pożytku. Jest jednak grupa firm takich jak właściciele platform algorytmicznych, m. in. Meta, TikTok, Google, Open AI, które nie dokładają wystarczających starań, by ich produkty nie były szkodliwe. Co więcej, lata temu otwarcie mówili o swoich nieetycznych założeniach i dopiero od czasu, gdy społeczeństwo zaczęło być bardziej świadome stosują zabiegi narracyjne, mające „wybielać” ich wizerunek opowieścią o trosce o dzieci. Do tego wykorzystują organizacje społeczne, które często borykają się z problemami finansowymi. Nie ma przecież skuteczniejszej strategii niż pozwolić takiej organizacji urosnąć i się ustabilizować dzięki przyjemnemu grantowi, a potem po prostu oczekiwać lojalności.
Dla mnie wiarygodność organizacji jest ważniejsza niż wygoda. To nie są proste decyzje. Myślę, że jakby publicznie było wiadomo, w jakich warunkach powstawały projekty, za które potem byliśmy nagradzani czy chwaleni, wiele osób by się zdziwiło.
Powiem tylko, że do dzisiaj mamy w fundacji taki kubek z napisem „Biednie, ale godnie” – to hasło, które powtarzałam zespołowi, gdy zrezygnowaliśmy z czegoś, co inne organizacje robiły za środki od platform.
Zdarzało mi się też podejmować decyzje, za które sporo płaciłam. Kiedyś nie wystąpiłam na konferencji, którą finansowała Meta i Google. To była zima 2024 roku, w Stanach Zjednoczonych odbyło się słynne przesłuchanie Marka Zuckerberga. Zdjęcia z tego wydarzenia są historyczne – rodzice trzymają zdjęcia swoich dzieci, które odebrały sobie życie w efekcie negatywnych doświadczeń w serwisach Mety. A Zuckerberg się ogląda w ich stronę. W tym samym czasie organizatorzy dużego wydarzenia o bezpieczeństwie dzieci w sieci dopuścili Metę i Google jako sponsorów i dali im nawet miejsce w programie.
Wycofałam swoje wystąpienie z programu, ale o powodach postanowiłam poinformować opinię publiczną. Zapłaciłam za to cenę – kilka liczących się osób w środowisku się ode mnie odwróciło, niektórzy pouczali mnie, że takie sprawy załatwia się po cichu na kawie. Liczyłam się z tym, że mogę dostać łatkę enfant terrible i odbije się to rykoszetem na fundacji. Ale tak się nie stało, za to wydarzyło się coś innego: nigdy więcej na żadnej renomowanej imprezie tego typu nie widziałam już takiego partnerstwa, również na kolejnych edycjach tej konkretnej konferencji nie pojawiło się już logo VLOP-ów. Przede wszystkim dlatego, że tzw. opinia publiczna, a dokładnie to tysiące ludzi w komentarzach, wsparło mnie w moim oburzeniu taką hipokryzją.
Takich decyzji miewałam jeszcze wiele. Nie przyjmuję zaproszeń do rad przy ministrach i innych urzędach, w których pełno jest lobbystów technologicznych. To ważne dla mnie, ale też wiem, że to ważne dla naszego zespołu. Im więcej za coś płacisz, tym bardziej to potem cenisz.
Co dziś powinno być systemowym priorytetem w obszarze korzystania z mediów społecznościowych przez dzieci?
Magdalena Bigaj: – Jesteśmy jako społeczeństwo w procesie zmiany. To nie wydarzy się od razu i potrzebujemy wiele rozwiązań. Po pierwsze, trzeba regulować gospodarkę cyfrową tak, jak reguluje się inne gałęzie gospodarki. Państwo musi egzekwować istniejące przepisy i uzupełniać luki tam, gdzie pojawiają się nowe wyzwania, choćby związane ze sztuczną inteligencją.
Po drugie, potrzebujemy zmiany nie tylko na poziomie systemowym, ale też indywidualnym: zdrowych nawyków, refleksji nad tym, co czytamy, oglądamy i czym karmimy swój umysł. To jest właśnie cyfrowa dieta.
I po trzecie, ogromną rolę odgrywa szkoła. Dlatego nasze programy są budowane w triadzie: dzieci i młodzież, rodzice oraz kadra pedagogiczna. Nie pracujemy wyłącznie z uczniami. Dzieci potrzebują mądrych dorosłych.
Co ludziom daje higiena cyfrowa?
Magdalena Bigaj: – Odzyskujemy czas, ludzi, energię i zdrowie. Przypominamy sobie, że jesteśmy istotami, które potrzebują relacji i doświadczania świata nie tylko przez ekran.
Higiena cyfrowa pozwala znowu rozkochać się w życiu.
Ja sama bardzo długo dojrzewałam do tego, żeby zmierzyć się z największym demonem mojej własnej higieny cyfrowej, czyli z mediami społecznościowymi. Przez pierwsze lata budowania fundacji one były mi potrzebne – pomagały docierać do ludzi. Ale jednocześnie coraz mocniej obciążały moje zdrowie psychiczne i zwykłe codzienne funkcjonowanie.
W pewnym momencie pomyślałam: chcę odzyskać swoje życie. Do tego trzeba się przygotować. Media społecznościowe nie są neutralne. Dają nam lajki, komentarze, wiadomości, ciągle nas „głaszczą”, nagradzają, trzymają w napięciu. Boimy się, że coś stracimy, że wypadniemy z obiegu.
W moim przypadku okazało się, że nie tylko nic nie straciłam, rezygnując z zaglądania do mediów społecznościowych, ale że mnóstwo zyskałam. I naprawdę zakochałam się w swoim nowym, odzyskanym życiu.
Magdalena Bigaj: prezeska Fundacji Instytut Cyfrowego Obywatelstwa. Medioznawczyni, badaczka i działaczka społeczna. Autorka książek „Wychowanie przy ekranie” oraz „Twój telefon, Twoje zasady” (Wydawnictwo W.A.B.). Pomysłodawczyni i współautorka pionierskich Ogólnopolskich Badań Higieny Cyfrowej oraz raportu „Internet dzieci”. Twórczyni i kierowniczka pierwszych w Polsce studiów z higieny cyfrowej na Uczelni Korczaka. Felietonistka miesięcznika „Pismo. Magazyn opinii”. Wielokrotnie nagradzana za działalność społeczną i edukacyjną, m. in. prestiżową Nagrodą Korczaka za działania na rzecz praw dziecka w środowisku cyfrowym oraz Nagrodą im. Michała Serzyckiego, przyznawaną przez Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych.
Źródło: informacja własna ngo.pl