Kupujesz jakość, dajesz wolność. Poznaj niezwykłe przedsiębiorstwo społeczne z Siedlec
– Zajmujemy się aktywizacją zawodową osób z niepełnosprawnościami, ale chcieliśmy też, by wychodziły one na zewnątrz, pokazywały swoje zdolności i to, że przy odpowiednim wsparciu mogą żyć niezależnie oraz partycypować w gospodarce i życiu społecznym – mówi Aneta Żochowska, dyrektorka przedsiębiorstwa społecznego Fundacja Leny Grochowskiej.
Repatriacja potomków Polek i Polaków, którzy zostali wysiedleni w głąb Związku Radzieckiego w latach 30. i 40. XX wieku. Właśnie takie były początki założonej przez Lenę i Władysława Grochowskich Fundacji Leny Grochowskiej. Wtedy, w 2014 roku, wymagało to formalizacji, bo tylko organizacje pozarządowe lub samorządy mogły organizować przyjazdy repatriantów.
– W międzyczasie państwo Grochowscy postanowili realizować też działania związane ze swoją pasją do sztuki. Pani Lena organizowała plenery malarskie, a obecność na jednym z nich była nagrodą w konkursie „Szukamy Nikifora”. Zgłosiło się do niego bardzo dużo osób z niepełnosprawnościami, co zainicjowało kontakt z nimi i ich rodzinami – wspomina Aneta Żochowska.
Wyzwaniem, o którym bliscy osób z niepełnosprawnościami opowiadali najczęściej był brak perspektyw na zatrudnienie. Dlatego też państwo Grochowscy zdecydowali się pilotażowo zająć tworzeniem miejsc pracy. Anecie Żochowskiej udało się pozyskać dodatkowe środki z Ośrodka Wsparcia Ekonomii Społecznej i na wiosnę 2019 roku Fundacja Leny Grochowskiej stała się przedsiębiorstwem społecznym, otwierając w Siedlcach dwie pracownie – ceramiczną i krawiecką.
– Działają do dzisiaj. Z sześciu osób, które początkowo chcieliśmy zatrudnić, zrobiło się szybko jedenaście. Uznaliśmy też, że najlepszy będzie wymiar połowy etatu, by dać czas na przystosowanie się do obowiązków, ale też na regenerację. Niedługo potem, podczas balu charytatywnego fundacji, zaprezentowaliśmy stworzone przez osoby z niepełnosprawnościami produkty. Reakcja była bardzo pozytywna, co dało im wiatru w żagle, bo sami niespecjalnie wierzyli – wpierw, że dadzą radę, a później, że to, co robią będzie miało jakąś wartość i ktoś będzie gotów za to zapłacić – opowiada Aneta Żochowska. – Dziś, gdy jesteśmy na różnych jarmarkach nasi pracownicy potrafią zachwalać klientom swoje dzieła, czerpiąc z tego wielką satysfakcję – dodaje.
Produkty kupowane z powodu jakości, nie litości
Wszystko to wymagało trochę czasu, po drodze były potknięcia, tym bardziej, że ceramika jest rzemiosłem, które wymaga długiej nauki i doskonalenia umiejętności. Od początku chodziło jednak o to, by produkty stały na jak najwyższym poziomie, a ludzie chcieli je kupować z powodu jakości, a nie litości nad trudną sytuacją osób z niepełnosprawnościami. Wkrótce pojawiły się kolejne oddziały, z pracowniami rzemieślniczymi – w Łochowie, Gdańsku, Piasecznie i Warszawie. Już teraz każdy z nich zatrudnia mniej więcej dwadzieścia osób. Kolejny pojawi się jeszcze w 2026 roku w Białymstoku.
– Zorientowaliśmy się jednak, że mimo rozwoju niejako kisimy się we własnym sosie. Owszem, dobrze, że zajmujemy się aktywizacją zawodową osób z niepełnosprawnościami, ale chcieliśmy też, by wychodziły one na zewnątrz, pokazywały swoje zdolności i to, że przy odpowiednim wsparciu jak najbardziej mogą żyć niezależnie oraz partycypować w gospodarce i życiu społecznym – mówi Aneta Żochowska.
Pojawił się w związku z tym pomysł, by pracownicy Fundacji Leny Grochowskiej zostali również instruktorami warsztatów rzemieślniczych dla różnych grup i podmiotów. Nie wszystkie osoby z niepełnosprawnościami to robią, ale te, które są chętne i mają możliwości, spełniają się również w tym.
Drugim krokiem do zwiększania obecności w lokalnych społecznościach było otwarcie kawiarni w niektórych oddziałach. Tak jest na przykład w Warszawie, gdzie przy Alejach Jerozolimskich można przyjść do kawiarni społecznej toMy. Nie tylko po to, by coś wypić i zjeść, ale też przy okazji kupić wyroby ze znajdującej się na piętrze pracowni ceramicznej, w której pracują osoby z niepełnosprawnością intelektualną.
– Dzisiaj robię kubek z kulkami, obecnie jest zabezpieczony, by glina nie wyschła. Zwykle udaje mi się zrobić dwa, trzy kubki w ciągu dnia. Wpierw należy wywałkować glinę, potem – przy pomocy szablonu – wyciąć odpowiednie części, skleić. Do tego należy uformować kulki i w odpowiednim momencie przykleić do kubka. Gdy wszystko wyschnie, idzie do wypalenia, a następnie należy całość pomalować i dać do drugiego wypału. Właśnie to najbardziej lubię tu robić. Przede wszystkim jednak chcę tu przychodzić, bo mam tu super towarzystwo i wsparcie, jeżeli go potrzebuję. Ludzie są bardzo mili. Pracuję tutaj od maja ubiegłego roku, zazwyczaj sześć godzin dziennie – opowiada zatrudniony w pracowni Bartek.
– Ja z kolei odpowiadam dziś za szlifowanie kubków. Zanim to nastąpi są dość chropowate, a potem idealnie gładkie. Chodzi o to, żeby nie rysowały stołu i były przyjemne w dotyku. Zdarza mi się też robić aniołki, pieski, serduszka i różne inne rzeczy z gliny – powstają z tego albo figurki, albo magnesy. Odpowiadam też za pomaganie w przygotowaniu naszego warsztatu do pracy, więc sprzątam, składam fartuchy, ścieram stół. Sprawia mi to dużo radości, bo lubię pomagać. Bardzo dużo się tu nauczyłam – dodaje Sylwia.
Wsparcie mieszkaniowe i dla osób z Ukrainy
Na tym nie kończy się działalność Fundacji Leny Grochowskiej. Organizacja mocno zaangażowała się we wsparcie osób z Ukrainy. Początkowo prowadziła aż sześć Domów Uchodźcy, obecnie został jeden, w Siedlcach, gdzie może przebywać nawet 500 osób. Głównie są to osoby niesamodzielne, starsze i mamy z małymi dziećmi. Zapewnione mają tam nie tylko zakwaterowanie, ale też wyżywienie, finansowane ze środków państwowych oraz innych funduszy, które udaje się pozyskać fundacji.
– Przy czym to nie catering, tylko dostarczanie produktów spożywczych, z których mieszkańcy samodzielnie przygotowują posiłki. Dom Uchodźcy mieści się w dawnym akademiku, pokoje wyposażone są w aneksy kuchenne. Mamy też asystentów, którzy wspierają tych, którzy potrzebują tego najbardziej, w sprzątaniu, praniu, etc. – mówi Aneta Żochowska.
Jakby tego było mało, Fundacja Leny Grochowskiej zajęła się także tematem mieszkań dla osób z niepełnosprawnościami, a także osób w kryzysie bezdomności. Dla drugiej grupy przeznaczone są: trzyosobowe mieszkanie treningowe w Warszawie i sześć kawalerek w Konstancinie-Jeziorna. Za jakiś czas w Piasecznie powstanie 21 jedno- lub dwuosobowych lokali dla osób zagrożonych wykluczeniem społecznym – w tym także ludzi opuszczających zakłady karne oraz młodych wychodzących z pieczy zastępczej. Wszystko oczywiście połączone z odpowiednim wsparciem.
– Zatrudniamy specjalistów, ale jednocześnie dążymy do tego, żeby w tego typu miejscach tworzyła się też społeczność. Chodzi nam o to, by osoby, które początkowo potrzebują sporo pomocy, w późniejszym okresie wzajemnie się wspierały – ktoś coś ugotuje dla większej grupy, ktoś komuś wymieni uszczelkę w kranie – tłumaczy Aneta Żochowska.
Przestrzeń dla osób z niepełnosprawnościami
W marcu 2025, nieopodal Siedlec, Fundacja otworzyła kompleks mieszkań treningowych. Farma toMy przeznaczona jest dla osób z niepełnosprawnością intelektualną, działa w Wólce Konopnej. Nie wszystkie pokoje, mające minimum 24 metry kwadratowe, są jednoosobowe, w jednym mogą zamieszkać również dwie osoby. Beata Mitura, koordynatorka Farmy, wyjaśnia, że niektórzy rodzice pytają, czy ich syn lub córka mogą mieszkać z kimś, bo zależy im, by nawiązywali relacje społeczne.
– To jedna z ważniejszych rzeczy, o które się staramy. Dlatego na przykład na Farmie nie używa się laptopów, a telefonów można od 18.00 do 21.00, bo wiele osób z niepełnosprawnością ucieka w świat wirtualny – tłumaczy Beata Mitura.
Osoby z niepełnosprawnością intelektualną miewają też problemy z pilnowaniem wokół siebie porządku, higieną, załatwianiem spraw urzędowych, a także zakupów. Na Farmę przyjeżdżają więc właśnie po to, by – przy odpowiednim wsparciu – wszystkiego tego się nauczyć, a docelowo móc nawet zamieszkać samodzielnie.
– Staramy się jak najmniej rzeczy im narzucać, raczej konsultujemy. Tak jest w przypadku chociażby czasu wolnego, często sami decydują, co chcą robić. To też idzie stopniowo. Zarówno do Siedlec, jak i Łukowa mamy 20 kilometrów. Początkowo jeździłam z nimi, by im pomagać, bo widziałam, że zdarza im się kupować po cztery sztuki tego samego przedmiotu. W każdym przypadku rozmawialiśmy o tym i jak mieli argumenty, że rzeczywiście tylu potrzebują, to tyle kupowali. Obecnie zdarza im się już jeździć samodzielnie, także do kina. Wszystko dokładnie planujemy, ćwiczymy na Farmie po kilka razy, a potem ruszają tam, gdzie chcą – opowiada Beata Mitura.
Mieszkańcy Farmy decydowali też o tym, jakie zasady tu panują – każdy spisał swoje oczekiwania, a potem była długa rozmowa w celu znalezienia kompromisów. Gdy pojawia się ktoś nowy, jest czas na wzajemne poznanie się, „dotarcie”, czasem z pomocą psychologa. Dzięki temu panuje tu rodzinna, domowa atmosfera. Jeżeli pojawiają się konflikty, dba się o to, by były jak najszybciej rozwiązywane. W trakcie spotkań z kadrą można przy okazji zgłosić sugestie i prośby. Każdy tydzień jest też odpowiednio zaplanowany – wszystkie osoby mają swoje obowiązki danego dnia. Chociaż różne rzeczy, np. posiłki, mają ustalone pory, panuje tu spora elastyczność, po to, by można było się czuć swobodnie.
Na Farmę trafiają zwykle osoby, które pokończyły szkoły – specjalne lub branżowe – i od tego czasu nie bardzo miały, co robić. System zwykle oferuje im albo Warsztaty Terapii Zajęciowej, albo Zakłady Aktywizacji Zawodowej, albo DPS. I niektórzy nawet chodzili na zajęcia, ale bywało tak, że przez 5–7 lat robili w kółko to samo, a to nie jest rozwój. Dlatego na Farmie toMy mają najróżniejsze zajęcia. Na przykład sadzą rośliny i dbają o nie, bo oprócz mieszkań treningowych jest tu gospodarstwo społeczne. Z plonów, truskawek, malin, porzeczek, robią przetwory. Mieszkańcy przygotowują też ozdoby, a ponieważ Farma działa w myśl idei zrównoważonego rozwoju, używane są do tego stare książki, gazety, patyki, szyszki.
– Staramy się uczyć, że wiele rzeczy, które uznaje się za śmieci, z powodzeniem można wykorzystać ponownie. Tak samo robimy z jedzeniem – gotujemy na kilka dni, odgrzewamy potem, by jak najmocniej ograniczyć wyrzucanie resztek. Aczkolwiek za jakiś czas pewnie one też będą się przydawać, bo planujemy mieć tu zwierzęta – mówi Beata Mitura.
Pobyt na Farmie nie jest bezpłatny. Bogata oferta kosztuje. Cena waha się od 3 do 4 tysięcy złotych miesięcznie, w zależności od długości – gdy ktoś chce zostać ponad trzy miesiące, wtedy płaci najniższą stawkę. Cena obejmuje nie tylko miejsce do spania i wyżywienie, ale też oczywiście wsparcie kadry. Każdy pracownik i pracownica – w tym cztery opiekunki – są przeszkoleni z asystencji osobistej. Nawet pan, który początkowo dbał tylko o kwestie techniczne i ewentualne naprawy – także przeszedł takie przygotowanie.
– Bardzo się w tym odnalazł, co pokazuje, że nie zawsze od początku trzeba mieć ogromne doświadczenie, ważniejsze są empatia i odpowiednie podejście. Staramy się wzajemnie wspierać, dzielić doświadczeniami. I oczywiście rozmawiamy o tym, co dzieje się na Farmie, który mieszkaniec czego potrzebuje – tłumaczy Beata Mitura.
Farma ma już „absolwentów”, którzy dzięki wszystkiemu, czego się tu nauczyli radzą sobie w swoim środowisku. Jednym z nich jest czterdziestoletni Tomasz, który był pierwszym mieszkańcem. Początkowo nie chciał się w nic angażować, głównie słuchał podcastów i patrzył w ekran telefonu. Z czasem jednak przekonał się do wielu rzeczy i obecnie dobrze funkcjonuje w domu rodzinnym w Aleksandrowie Łódzkim, gdzie mieszka z ponad 70-letnimi rodzicami. Pomaga mamie w przygotowywaniu obiadu i sprzątaniu po nim, tacie w pracach w ogrodzie. Spędza z rodzicami o wiele więcej czasu niż wcześniej.
– Jego mama mówi, że dzięki temu odkryła syna na nowo. A kiedy zaczyna być nieco gorzej i Tomek nie chce czegoś robić, bo mówi, że nie umie, to przypomina mu, że przecież wykonywał tę czynność na Farmie. I natychmiast sobie o tym przypomina i się angażuje – cieszy się Beata Mitura.
Zdarza się jednak, że ktoś chciałby wrócić na trochę, bo spotkało go coś trudnego i czuje, że właśnie tutaj uda mu się przepracować traumę lub nauczyć czegoś nowego. Mogą o to poprosić, w ramach wytchnienia, także osoby z niepełnosprawnościami, które pracują w różnych oddziałach Fundacji Leny Grochowskiej.
– Jesteśmy ciekawi, co dzieje się i jak sobie radzą wszystkie osoby, które się u nas pojawiły. Jeżeli ktoś potrzebuje wrócić, nie traktujemy tego jak porażki, tylko dodatkową okazję do rozwoju. Ostatecznie chodzi przecież o to, by osoba z niepełnosprawnością intelektualną realnie mogła prowadzić bardziej niezależne i samodzielne życie. Właśnie taki cel przyświeca najróżniejszym działaniom Fundacji Leny Grochowskiej – podsumowuje Beata Mitura.
O projekcie
Projekt „SAMO-ES. Samoorganizacja przedsiębiorstw społecznych jako odpowiedź na wyzwania społeczne” realizowany jest w partnerstwie, które tworzą Ogólnopolski Związek Rewizyjny Spółdzielni Socjalnych (lider), Fundacja Rozwoju Przedsiębiorczości Społecznej „Być Razem” z Cieszyna, Stowarzyszenie na rzecz Spółdzielni Socjalnych, Stowarzyszenie Klon/Jawor.
ℹ️ Odwiedź nas: www.samo-es.pl
Projekt „SAMO-ES. Samoorganizacja przedsiębiorstw społecznych jako odpowiedź na wyzwania społeczne” jest współfinansowany ze środków Unii Europejskiej w ramach programu Fundusze Europejskie dla Rozwoju Społecznego 2021-2027.
Źródło: informacja własna ngo.pl