Chłodny dystans do opisywanej sprawy to abstrakcja. Dziennikarski obiektywizm to mit i źródło dyskomfortu – mówią, gdy pytam, gdzie biegnie granica. Nawołując do aktywności, nierzadko sami stają w jednym rzędzie z aktywistami.
– Z wiekiem odkrywam w sobie zapędy do aktywizmu – śmieje się Joanna Jastrzębska, dziennikarka Kuriera Lubelskiego. – Ale ten supeł w mojej głowie mam cały czas nierozwiązany. Czy tak można? Czy wypada? Czy w ogóle wolno? Jak to jest odbierane przez społeczeństwo? Czy w wolnym czasie od pracy wolno mi zabrać głos w kontrowersyjnej sprawie czy wtedy też nie?
Właśnie takie dylematy miała gdy współorganizowała wydarzenie artystyczne z poezją w roli głównej – Wagary Poetyckie.
– W tej edycji zdecydowaliśmy się na obchód poetycki po górkach czechowskich – opowiada dziennikarka.
To ponadsto hektarów terenów zielonych niedaleko centrum miasta. Od blisko dekady lokalni aktywiści walczą o to, by teren ten zgodnie z jego pierwotnym przeznaczeniem nie został zabudowany blokami.
– Trasę spaceru pomogła opracować osoba, która teren ten zna najlepiej, czyli najbardziej oddana sprawie aktywistka. Była też potem na naszym spacerze, skrzyknęła swoją ekipę, wszystko się wspaniale udało. Ale, gdy przed kamerą telefonu zaczęły padać pytania o to, co my ludzie od poezji sądzimy o zabudowie górek, to się po cichu wycofałam.
Gdy samo pisanie nie wystarczy
Gdy wiosną 2024 roku z koszem pełnym kolorowych wstążek jadę na osiedle, na którym spędziłam całe swoje dzieciństwo, nie mam takich dylematów. Towarzyszy mi Joanna. Chodziłyśmy do jednej klasy w podstawówce, potem do liceum, obie wyprowadziłyśmy się stąd w czasie studiów, obie zajęłyśmy się dziennikarstwem. Ja w Lublinie, ona w dużych warszawskich redakcjach. Po godzinach Joanna jest siostrą-rzeką (ekofeministyczny kolektyw artystyczny założony przez krakowską aktywistkę Cecylię Malik), zdarza jej się brać udział w blokadach polowań.
– Oczywiście, że mam wątpliwości czy łączenie tych obu rzeczy jest etyczne. Czy pisząc o rzekach jestem obiektywna, bo przecież prywatnie opowiadam się po jakiejś stronie, biorę udział w protestach? Czy mogę pisać o udziale dzieci w polowaniach skoro bywałam na blokadach? – mówi mi dziś. Podkreśla, że za każdym razem redakcja, która zamawia u niej materiał, wie o jej działalności aktywistycznej. I nigdy nie był to problemem.
Owijając wstążkami drzewa na naszym dawnym osiedlu nawet o tych dylematach nie rozmawiamy. W naszych głowach kłębią się zupełnie inne myśli. Mnożą się pytania, ale wcale nie o etykę naszego zawodu. Stoimy na trawnikach, które lada dzień zamienią się w wielki plac budowy. Są na to pieniądze i jest projekt. Taki, który przewiduje wycinkę ponad połowy z 550 rosnących tutaj drzew. Głównie pod chodniki, ścieżki rowerowe i miejsca parkingowe. Absurdalność tego rozwiązania przez wiele nocy nie dawała mi spać. Oczami wyobraźni widziałam, jak zielone osiedle zamienia się w betonową pustynię. W redakcji kolega godzinami ślęczał nad dokumentacją projektową, rozpisywaliśmy ulica po ulicy, co się za chwilę wydarzy, robiliśmy zdjęcia przeznaczonym do wycinki drzewom. Ale to czas, gdy pracuję w małej lokalnej redakcji, w portalu, który jest jeszcze kompletnie nierozpoznawalny. Nasze artykuły wpadają w próżnię.
Za długo obserwuję i opisuję takie walki – o drzewo za oknem, o las za płotem, o Puszczę Białowieską, o Dolinę Rospudy – by nie wiedzieć, co w takich sytuacjach działa. Do zmiany zatwierdzonych już planów urzędników może zmusić jedynie silny opór społeczny – nagłośniony w mediach protest jak największej, zdeterminowanej do działania, grupy ludzi. O tym wszystkim myślę, gdy w zaprzyjaźnionych instytucjach kultury pytam o kolorowe tasiemki i skrawki materiałów. Nie mam najmniejszej wątpliwości, że to co zamierzam zrobić może podpalić lont. Lublin zna takie historie. Głośne protesty, dzięki którym bezsensownej wycinki uniknęły dziesiątki drzew w centrum miasta, zaczęły się właśnie od pni obwiązanych kolorowymi wstążkami.
Reakcja mieszkańców osiedla jest natychmiastowa. Ktoś pisze petycję, ktoś zbiera podpisy po sąsiadach, na drzewach i klatkach schodowych pojawiają się plakaty z ostrzeżeniami, że szykuje się wielka rzeź drzew. Urzędnicy „jadą w teren”, wiceprezydent miasta sam osobiście pochyla się nad planami i obiecuje, że wycinkę uda się ograniczyć o 70 procent. Parę miesięcy później, gdy wiceprezydencki gabinet zajmie ktoś inny, zmienią się też te obietnice, ale ostatecznie wycinka omija blisko setkę drzew.
My dziennikarze mamy inne narzędzia
– Generalnie mam z tym problem, jestem przeciwny łączeniu tych dwóch rzeczy.
Aktywizm zostawmy mieszkańcom, organizacjom pozarządowym, które coraz lepiej potrafią organizować ludzi i wykorzystywać media. Dziennikarz powinien pozostać krytycznym obserwatorem. W przeciwnym razie może zacząć być postrzegany jako jedna ze stron konfliktu
– mówi mi Krzysztof Wiejak, który przez 16 lat pełnił funkcję redaktora naczelnego Dziennika Wschodniego, największego dziennika w województwie lubelskim. Dziennikarze w jego redakcji mieli świadomość, że na protestach i demonstracjach mogą się pojawić tylko wówczas, gdy te wydarzenia relacjonują. Nie było dobrze widziane publiczne dyskutowanie z politykami w mediach społecznościowych, ani upublicznianie swoich poglądów na Facebooku.
– Do wyrażania swoich opinii my dziennikarze mamy narzędzia, czyli łamy naszych gazet czy portali. To jest miejsce na nasze komentarze. Ja osobiście powstrzymuję się przed wykorzystywaniem do tego Facebooka. Nawet w sytuacji, gdy w moim najbliższym otoczeniu miasto ręka w rękę z deweloperem zniszczyło ESOCH (Ekologiczny System Obszarów Chronionych). Wewnętrznie byłem wściekły, ale tego nie zrobiłem.
Długi i dobitny komentarz krytykujący sprzyjające deweloperom decyzje lubelskiego Ratusza na swoim Facebooku Wiejak umieszcza tylko raz. W czasie, gdy nie jest już naczelnym Dziennika Wschodniego i nie ma jeszcze innej pracy.
– Z perspektywy czasu uważam, że dobrze zrobiłem – mówi dziś. I dodaje: – Ja niczego jednoznacznie nie potępiam, zwracam tylko uwagę na kruchą granicę między tym, kim jest aktywista a kim jest dziennikarz. Nigdy nie wiesz, kiedy ci się to odbije czkawką, kiedy ktoś ci to wypomni.
Świat się zmienia. Zasady też
Czy w czasach, gdy dyskusja na wszelkie tematy toczy się głównie na portalach społecznościowych, dziennikarze potrzebują jasno sformułowanych zasad, co im wolno, a czego nie wolno na Facebooku, X, Instagramie? Każda redakcja reguluje to po swojemu, lub – w większości – nie reguluje tego wcale, zdając się na rozsądek i doświadczenie swoich dziennikarzy.
W 2012 roku głośno jest o mailu, jaki w weekend do dziennikarzy stacji informacyjnych wysyła ówczesny dyrektor TVN24 Adam Pieczyński. Jeden z reporterów stacji komentuje to infografiką z napisem „Cenzura”.
– Szanuję moją pracę i moją prywatność, ale chciałbym, by i oni szanowali moją prywatność – pisze na Facebooku. Szybko się ze swoich słów wycofuje, ale media, nie tylko branżowe, chętnie podchwytują temat. Szybko okazuje się, że TVN wyszedł przed szereg. Polsat i RMF FM zapewniają, że ich dziennikarze nie potrzebują takich zasad. Publiczne rozgłośnie radiowe i telewizyjne zapewniają, że regulują to już obowiązujące kodeksy etyczne i zawodowe. Kodeks dotyczący zachowania w social mediach nie obowiązuje również w Agorze (Gazeta Wyborcza, TOK FM). Radiu Zet, a Ringier Axel Springer (Fakt, Przegląd Sportowy, Newsweek, Forbes, Auto Świat, Onet.pl, Business Insider) informuje, że dopiero przygotowuje zbiór takich zasad.
Na stronach rządowych (www.gov.pl) można znaleźć „Kompedium standardów w mediach” opracowane przez Biuro Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Dokument jest dość nowy, z lutego 2024. „Nie jest zadaniem dziennikarza zajmowanie strony w sporach społecznych, ani bycie rzecznikiem jakichkolwiek ruchów masowych, ani tym bardziej organizacji, czy partii politycznych" – czytamy w nim. „Wychodzenie poza ramy zakresu zawodu można uznać za brak profesjonalizmu".
Ale trudno nie zauważyć, że
w ostatnich latach dziennikarze wpadli w prawdziwy ferwor walki. O ochronę przyrody, o praworządność, o prawa kobiet, o prawa mniejszości seksualnych, o wolne sądy. Nie tylko na łamach gazet/portali, ale też na ulicznych demonstracjach.
Być jak najbliżej barierek
Jest 13 grudnia 2024 roku. Tego dnia warszawscy aktywiści klimatyczni zapowiadają „największą blokadę w historii Ostatniego Pokolenia". Blokując w godzinach szczytu Wisłostradę domagają się zmian w prawie. Ludzi z ulicy policja usuwa siłą. Wśród aktywistów jest dziennikarka tygodnika „Polityka” Ewa Siedlecka.
– Dołączyłam do protestu, ponieważ wstyd mi za moje pokolenie. Stoimy u progu katastrofy klimatycznej, a mimo to zamykamy oczy – tłumaczy potem. – Protesty są radykalne, ale trudno się temu dziwić. To jak syrena alarmowa, która ma wyrwać ludzi z odrętwienia i obojętności. A dźwięk syreny nie może być przecież przyjemny.
Nie był to pierwszy uliczny protest, w którym znana dziennikarka i publicystka wzięła udział. Głośnym echem w mediach odbił się też ten z czerwca 2017 r., gdy Siedlecka uczestniczyła w zorganizowanej przez Obywateli RP kontrdemonstracji do tzw. miesięcznicy. Wtedy na działanie polskiej policji dziennikarka poskarżyła się do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Ten uznał, że podczas jej zatrzymania doszło do naruszenia art. 5. Europejskiej Konwencji Praw Człowieka (prawo do wolności i bezpieczeństwa osobistego). Zasądzone 3 tys. euro zadośćuczynienia Siedlecka zadeklarowała, że wpłaci na Obywateli RP.
– Dziennikarstwo uważam za okazję do robienia pożytecznych rzeczy i staram się tę okazję wykorzystywać. Ten zawód jest misją, szczególnie w czasach post-prawdy i fake news
– pisze o sobie publicystka „Polityki”.
W buty aktywisty nie boi się wchodzić redakcja Okopress, choć nie od samego początku swojego istnienia.
– Z medium chłodnego, analitycznego przeobraziliśmy się w obywatelskie, które reaguje na bieżące wydarzenia. Podchodzimy najbliżej barierek – mówi Piotr Pacewicz na łamach Dwutygodnika w szóstą rocznicę istnienia portalu. I nie ma wątpliwości, że pierwotna formuła – medium chłodnego i analitycznego – nie przyciągnęłaby aż tylu czytelników i darczyńców, dzięki którym utrzymuje się tytuł.
Redakcja wyrosła na protestach w obronie praworządności, a potem stojąca „najbliżej barierek” na demonstracjach w obronie praw osób LGBT, Puszczy Białowieskiej, Strajku Kobiet, w 2020 roku decyduje się na jeszcze bardziej radykalny krok. Pisze „donos” do 52 miast partnerskich gmin, w których wprowadzono „strefy wolne od ideologii LGBT”.
– To skrajny przykład naszego obywatelskiego zaangażowania, który może przejść do historii tzw. civic journalism, dziennikarstwa obywatelskiego – ocenia Pacewicz.
Jeszcze dziennikarz czy już aktywista?
– Korzeniem tego konfliktu jest sposób myślenia o mediach w ogóle. I nieszczęśliwe słowo „obiektywizm”.
Obiektywność to stan nieosiągalny dla indywidualnego człowieka. To jedno wielkie nieporozumienie. I coś co przyczynia się do poczucia dyskomfortu u dziennikarzy. Tu raczej powinno chodzić o rzetelność
– mówi mi Jakub Szafrański, publicysta Krytyki Politycznej. – Ja sam o takim dylemacie po raz pierwszy usłyszałem dekadę temu, w kontekście pierwszych dużych demonstracji przeciwko rządom PiS. Biegałem wtedy po ulicach i obserwowałem, jak fotoreporterzy, operatorzy ścierają się z policją, są zamykani w kotłach, jak dziennikarze własnymi ciałami blokują policji dostęp do demonstrantów. Były pałki i gaz, a dziennikarze dali się poznać jako wojownicy pewnej sprawy.
Krytyka Polityczna to jedna z tych redakcji, gdzie nikt nie dziwi się, że dziennikarstwem można się zająć nie z chęci opisywania świata, ale z potrzeby by ten świat zmieniać.
– Ja zawsze miałem ten komfort, że moje medium samo się określało jako lewicowe. Nikt nie ma wtedy wątpliwości, że zajmujesz stanowisko sympatyzujące ze stroną konfliktu. Więc w przeciwieństwie do kolegów i koleżanek z innych redakcji, ja nie musiałem się zastanawiać czy nie angażuję się zbyt mocno.
Choć, jak przyznaje, takie pytania się czasem pojawiały.
– Zadawałem je sobie wstając o godz. 5 rano, jadąc w zimnie w jakieś miejsce, czekając w deszczu aż coś się wydarzy. Wtedy myślisz sobie: po co tu jestem? Czy ja relacjonuję to wydarzenie, czy je współtworzę? Zwłaszcza, gdy na danej akcji jest więcej dziennikarzy niż aktywistów.
Szafrański zwraca mi też uwagę, że w amerykańskiej i anglosaskiej szkole, na których wyrosły i często wzorują się polskie media, dziennikarz-aktywista zajmujący się ekologią ma specyficzny status.
– Environmental journalist w założeniu jest aktywistą. To się rozumie samo przez się, że cokolwiek robi, to robi to w celu ochrony przyrody.
Takich przypadków historia polskiego dziennikarstwa zna wiele. Ten najgłośniejszy to Adam Wajrak z Gazety Wyborczej, który dwie dekady temu odegrał kluczową rolę w obronie Doliny Rospudy. Zbierał podpisy pod petycją przeciwko budowie obwodnicy Augustowa przez cenne przyrodniczo tereny, inspirował protesty, zamieszkał w obozie aktywistów i cały czas nagłaśniał ten temat na łamach wysokonakładowego dziennika. Dziennikarz stał się żywym symbolem bezkompromisowej walki o zachowanie dzikiej przyrody, co szybko doceniły zagraniczne media. Przez brukselski dziennik Europen Voice Wajrak został uznany za jedną z 50 osób, które wywarły największy wpływ na Europę w 2007 roku. Dwa lata wcześniej amerykański tygodnik Time przyznał mu tytuł Bohatera Europy.
We wrześniu 2025 roku Wajrak apeluje do lubelskich radnych, którzy mają zadecydować o zabudowie blokami górek czechowskich.
– Dzisiaj rozwój nie polega na wylewaniu kolejnych ton betonu, dzisiaj rozwój polega na ochronie takich miejsc – mówi w nagraniu, który wrzuca na swoje media społecznościowe. Ale tym razem cennych przyrodniczo terenów nie udaje mu się uratować. Lubelska Rada Miasta daje deweloperowi zielone światło.
Tekst powstał w ramach programu „Media Forum. Rozwój Lokalny”, wspólnego przedsięwzięcia Polsko-Amerykańskiej Fundacji Wolności i Fundacji Media Forum.
Źródło: Fundacja Media Forum Rozwój Lokalny