Praca na rzecz zwierząt: daje satysfakcję, ale także wyniszcza
Praca na rzecz zwierząt zaczyna się tam, gdzie inni odwracają wzrok. To godziny dokumentacji, walki w sądach, opieki w azylach i konfrontacji z systemem, który normalizuje przemoc. Daje sens i sprawczość, ale kosztuje zdrowie i siły. To nie „hobby”, lecz codzienna walka z rzeczywistością, która wypiera cierpienie. Kto nie chce się znieczulić, musi się z nim mierzyć. I mimo wszystko — ktoś musi.
Praca na rzecz zwierząt pozaludzkich zaczyna się tam, gdzie większość społeczeństwa odwraca wzrok. To praca wykonywana w azylach, sądach, na ulicach, pod rzeźniami, w mediach społecznościowych, przy klatkach, transporterach, kuwetach czy stosach dokumentów. Czasem (rzadko) jest etatem, częściej wolontariatem, na który trzeba zarabiać w „normalnej” pracy. Na pewno jest obowiązkiem moralnym.
Jej wspólnym mianownikiem jest stanie po stronie tych, których interesy systemowo uznaje się za mniej ważne, niewidzialne albo w ogóle nieistniejące. W końcu chodzi tylko o zwierzęta.
To praca dokumentacyjna: godziny spędzone w krzakach czy w lesie, przy ogrodzeniach ferm, z kamerą, dronem, noktowizorem. To zbieranie dowodów na to, co przemysł wolałby ukryć: chore zwierzęta, otwarte rany, brak wody, śmierć wpisaną w koszty produkcji.
To także praca prawna: zawiadomienia, zażalenia, występowanie w sądach, pilnowanie, by zwierzę – które wg Ustawy o ochronie zwierząt jest istotą żyjąca, zdolną do odczuwania cierpienia – nie zostało potraktowane wyłącznie jako „rzecz” albo „zasób” tego czy innego przedsiębiorstwa. Praca o tyle trudna, że z jednej strony osoby wykonujące to zajęcie walczą o przestrzeganie obowiązujących przepisów (np. w czasie spraw o znęcanie się nad zwierzętami), a z drugiej strony próbujące (współ)tworzyć nowe lepsze prawo – i nie, nie chodzi tylko o nowelizację Ustawy o ochronie zwierząt, bo zwierząt dotyczy wiele różnych aktów prawnych, także unijnych (w tym chociażby Prawo łowieckie, Ustawa o ochronie przyrody, Ustawa o ochronie zwierząt wykorzystywanych do celów naukowych lub edukacyjnych czy Rozporządzenie regulujące transport zwierząt kręgowych). Prawo uwzględniające chociażby badania naukowe nad doznaniowością zwierząt.
To również codzienna, mało spektakularna opieka. Azyle takie jak Kurza Łapka, Tara, Świnie są fajne czy Chrumkowo wykonują pracę, której społeczeństwo najczęściej nie widzi: karmienie, leczenie, sprzątanie, rehabilitacja, ciągłe naprawy infrastruktury, żegnanie tych, których nie udało się uratować na czas albo tych istot, które dożyły starości w dobrych, bezpiecznych warunkach. Podobnie osoby opiekujące się tzw. kotami wolno żyjącymi: karmią, łapią na kastracje, leczą, negocjują z sąsiadami, wspólnotami mieszkaniowymi czy urzędnikami. Walka z bezdomnością zwierząt to nie wzruszająca anegdota, lecz ciężka praca, wykonywana często bez pieniędzy, odpoczynku i poważania przez innych ludzi.
Jest też praca intelektualna, artystyczna, polityczna: pisanie książek, tłumaczenie tekstów, udział w dyskusjach, przesuwanie granic debaty, podważanie oczywistości. To „popychanie” idei praw zwierząt i wyzwolenia zwierząt do przodu. Bez tej pracy nie zmieni się wyobraźnia społeczna. Bez niej przemoc pozostaje bezimienna, a więc łatwiejsza do utrzymania. Bez niej nie ma twórczego fermentu.
Ta praca daje ogromne poczucie sensu. Daje sprawczość, bo czasem naprawdę udaje się coś zmienić: zamknąć fermę, odebrać cierpiące zwierzę, doprowadzić do wyroku, nakarmić stado kotów, uratować kurę, świnię, konia, psa, lisa. Daje też doświadczenie wspólnoty – ludzi, którzy nie chcą już udawać, że nie widzą. Ale…
… ceną bywa zdrowie, także psychiczne
W bardzo dobrym reportażu Dużego Formatu o śledztwach Otwartych Klatek szczególnie mocno wybrzmiewa, że aktywizm prozwierzęcy nie jest abstrakcyjną działalnością „dla idei”. To konfrontacja z konkretnym cierpieniem: lisem z wypływającym okiem, zwierzęciem z odgryzioną łapą, martwymi ciałami w klatkach, urzędnikiem śmiejącym się z pytania o leczenie. Angelika Kimbort mówi tam wprost, że ta praca to „nieustanne nurzanie się w cierpieniu”. I trudno o trafniejsze zdanie.
Artykuł Sary Granovetter „Activist as Symptom: Healing Trauma within a Ruptured Collective” opublikowany w czasopiśmie „Society & Animals” pomaga nazwać ten ciężar. Autorka pisze, że aktywiści działający na rzecz zwierząt są żywymi nośnikami zbiorowej traumy międzygatunkowej społeczeństwa przemysłowego: widzą to, czego inni nie chcą widzieć, i psychicznie płacą za powszechne wyparcie. Trauma aktywistów nie jest więc „nadwrażliwością”, lecz reakcją na rzeczywistość przemocy oraz na społeczny kontekst, który tę przemoc wypiera, minimalizuje albo legalizuje.
To niezwykle ważne: cierpienie osób działających na rzecz zwierząt pozaludzkich nie jest dowodem ich słabości. Jest dowodem tego, że system działa poprzez znieczulanie. Kto nie chce się znieczulić, ten cierpi.
Dlatego praca na rzecz zwierząt jest tak wyczerpująca. Trzeba mierzyć się nie tylko z osobami bezpośrednio krzywdzącymi zwierzęta, lecz także z całym otoczeniem, które tę przemoc umożliwia: z opieszałą policją, inspekcją weterynaryjną, prokuraturą, sądami, sąsiadami, konsumentami, mediami, rodziną, znajomymi. Z ludźmi, którzy mówią: „nie przesadzaj”, „to tylko zwierzę”, „takie jest życie”, „zawsze tak było”, „prawo przecież na to pozwala”. Poczytajcie czym jest vystopia.
Właśnie ta pozorna neutralność jest jednym z najbardziej brutalnych elementów systemu. Bo neutralność wobec przemocy nie jest neutralnością. Jest jej stabilizatorem.
Praca na rzecz zwierząt wymaga więc nie tylko empatii, ale odporności na przemoc systemową i polityczne mechanizmy wyparcia. Trzeba umieć znieść to, że oczywista krzywda będzie kwestionowana. Że cierpiące zwierzę będzie dla instytucji „dowodem rzeczowym”, „własnością”, „materiałem”, „obsadą”. Że osoba walcząca o elementarną ochronę zostanie nazwana ekstremistką, histerykiem albo przeszkodą w prowadzeniu działalności gospodarczej.
A mimo to ta praca jest konieczna.
Nie dlatego, że aktywistki i aktywiści są „bohater(k)ami”. Taki język bywa niebezpieczny, bo romantyzuje wyniszczenie. Jest konieczna dlatego, że zwierzęta same nie mogą wejść do sądu, napisać zawiadomienia, opublikować raportu, przetłumaczyć książki, stanąć z transparentem, pokazać społeczeństwu własnych ran. Ktoś musi przerwać milczenie narzucone im przez system.
Praca na rzecz zwierząt to praca przeciwko przemocy, ale też przeciwko zbiorowemu kłamstwu, że tej przemocy nie ma. Daje poczucie sensu, bo przywraca sprawczość tam, gdzie dominuje bezradność. Wyniszcza, bo oznacza codzienny kontakt z cierpieniem, którego skala przekracza indywidualną wytrzymałość.
Dlatego ruch prozwierzęcy musi dbać nie tylko o skuteczność, ale także o ludzi, którzy tę skuteczność niosą własnym ciałem i psychiką. Potrzebne są odpoczynek, terapia, wspólnota, rotacja zadań, uznanie dla pracy opiekuńczej, prawnej, ulicznej, intelektualnej i organizacyjnej. Nie można budować wyzwolenia zwierząt na wypaleniu tych, którzy o nie walczą.
Nie można także budować ruchu na rzecz zwierząt, ruchu bazującego na solidarności z dyskryminowanymi istotami, samemu niszcząc osoby oddające swój czas, swoje umiejętności, swoje serce, swoje życie zwierzętom. To, że mamy przeciwko sobie potężnych przeciwników (przemysł hodowlany czy myśliwych, którzy mają wsparcie polityczne) jest dla nas oczywiste. To, że częścią naszego ruchu są osoby czy organizacje, które chciałyby zmonopolizować ruch, które działają de facto, by zaspokoić swoje partykularne interesy – dla wielu osób oczywiste nie jest. A jednak! Walka o uznanie podmiotowości zwierząt, o ich prawa, które póki co są koncepcją teoretyczną, to nie sprint – to sztafeta. Przed nami było wiele osób, po nas (niestety, takie są realia) będą kolejne. Muszą być. Dla zwierząt. Dla tych dziesiątek miliardów eksploatowanych, krzywdzonych na setki sposobów, zabijanych każdego roku.
Najuczciwiej można powiedzieć więc tak: praca na rzecz zwierząt jest jedną z najbardziej sensownych prac, jakie można wykonywać. I jednocześnie jedną z najtrudniejszych. Bo nie polega tylko na pomaganiu pojedynczym istotom. Polega na stawaniu naprzeciwko całego porządku, który nauczył się traktować ich cierpienie jako normę.
Powyższy tekst pierwotnie został opublikowany na stronie www.wimiezwierzat.pl - zachęcamy do śledzenia strony oraz naszych social mediów: FB, IG, Mastodona. Jeśli uważasz, że to co robimy warte jest wsparcia, możesz zostać naszą Matronką lub Patronem w serwisie Patronite.
Źródło: Fundacja "W Imię Zwierząt"