Przeglądarka Internet Explorer, której używasz, uniemożliwia skorzystanie z większości funkcji portalu ngo.pl.
Aby mieć dostęp do wszystkich funkcji portalu ngo.pl, zmień przeglądarkę na inną (np. Chrome, Firefox, Safari, Opera, Edge).
Nauka musi być sexy
Katarzyna Pawłowska-Salińska
„Człowiek uczy się całe życie” – mówimy, gdy coś nas zaskoczy albo popełnimy błąd wynikający z niewiedzy. Jeśli przyjmiemy, że przysłowia są mądrością narodu, okaże się, że wszyscy wiemy, jak bardzo ważna jest nauka przez całe życie. Ale gdy popatrzymy na statystyki unijne, ta pewność znika.
W kategorii dorosłych osób, dokształcających się w jakiejkolwiek formie, lądujemy poniżej średniej unijnej i to w każdej grupie wiekowej. Nawet ci, którzy tradycyjnie kształcą się najwięcej, czyli Polacy w wieku 25-34 lat uczą się mniej niż ich europejscy rówieśnicy (patrz raport: „Kapitał intelektualny Polski”, str. 94). Według BAEL w 2008 roku najstarsza grupa wiekowa, czyli osoby 50 plus, stanowiła zaledwie 3% wszystkich uczących się.
Najintensywniej uczy się polska młodzież – do 24 roku życia. Pod względem odsetka osób z wyższym wykształceniem nie odbiegamy od średnich unijnych. A potem nagle „stop”!
Dlaczego tak jest, że w Polsce, w dużo większym stopniu niż winnych krajach, edukacja kończy się po 24 roku życia?
Bo ludzie nie dostrzegają korzyści, jaka płynie z nauki – uważają badacze z Instytutu Badań Strukturalnych w bardzo ciekawym raporcie „Zatrudnienie w Polsce – praca w cyklu życia”. I chyba mają rację. Nie tak dawno Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości opublikowała badania dotyczące szkoleń w małych i średnich przedsiębiorstwach. Aż 92% menedżerów uznało, że ani oni, ani ich pracownicy nie potrzebują dokształcania, bo ich kompetencje są wystarczające. Takie myślenie powoduje, że w Polsce zaledwie jedna trzecia firm organizuje szkolenia dla swoich pracowników. A w UE – 60%.
Szkolenia dla pracowników to jedno. A co z tymi, którym grozi bezrobocie? Albo od wielu lat nie mogą znaleźć pracy? Badacze z IBS sprawdzili, że zwłaszcza wśród osób w wieku 50-65 lat dodatkowe kształcenie rzeczywiście pozwala na znalezienie nowej pracy i zmniejsza ryzyko bezrobocia. A jednak to właśnie ta grupa kształci się najmniej.
Naukowcy z IBS uważają, że winę za to, że nie chcemy się uczyć przez całe życie ponosi państwo. Bo choć wydaje na ten cel całkiem spore pieniądze (na dofinansowanie kursów i szkoleń dla dorosłych wydaje się średnio 3 mld rocznie i nie odbiega to znacząco od analogicznych wydatków w innych państwach Europy), problem w tym, że są to pieniądze źle wydane. Bo są kierowane przede wszystkim do publicznych i prywatnych instytucji edukacyjnych. To powoduje, że uczestnicy szkoleń mają niewielki wpływ na temat i kształt oferowanych im zajęć. Nawet jeśli zrezygnują, nikt się tym nie przejmie, bo nie zabiorą ze sobą swoich pieniędzy. A to wpływa negatywnie na dopasowanie rynku edukacyjnego do potrzeb rynku pracy oraz na jakość kursów. W rezultacie koszty szkoleń są wysokie a liczba kształcących się – stosunkowo mała – podkreślają badacze z IBS.
Poza tym szkolenia najczęściej są zwyczajnie nudne. Jak mówi Bartosz Soczówka z firmy szkoleniowej Berndson, nauka powinna być przede wszystkim sexy. – Konieczne jest, aby rozwój osobisty stał się naturalną, codzienną częścią życia – jaką jest dzisiaj chociażby rozrywka – mówi. – Stąd na wzór przemysłu rozrywkowego należy budować przemysł szkoleniowy, rozwojowy. Niestety, wciąż zbyt mało graczy na rynku usług edukacyjnych potrafi sprzedawać ją w podobny sposób.
Jak to rozwiązać? Autorzy raportu „ Zatrudnienie w Polsce” proponują dość ciekawe rozwiązanie. Zamiast wspierać nie zawsze potrzebne kursy i szkolenia, państwo powinno skierować pieniądze do usługobiorców, czyli do potencjalnych uczestników kształcenia. Może to być np. coś w rodzaju bonu edukacyjnego, dzięki któremu moglibyśmy wziąć udział w wybranym przez siebie szkoleniu. To na pewno pomogłoby realizować własne cele edukacyjne i jednocześnie podnosiłoby konkurencyjność na rynku usług szkoleniowych.
Takie rozwiązanie bardzo mi się podoba. Ale niesie ze sobą pewne zagrożenie. Jak zbadał portal rynekpracy.pl 2010 roku w Polsce dokształcało się w trybie pozaszkolnym 819 tys. osób dorosłych. Z tego 25 tys. chodziło na kursy organizowane przez Urzędy Pracy, 357 tys. zostało wysłanych na kurs przez pracodawcę a najwięcej, bo aż 383 tys. zdecydowało się na kursy z własnej inicjatywy. Co ciekawe, ponad 600 tys. postawiło na doskonalenie zawodowe, przekwalifikowanie się lub zdobycie nowych umiejętności a prawie 200 tys. (czyli jedna czwarta wszystkich uczących się dorosłych) – na rozwój własnych zainteresowań.
Jakie dziedziny wiedzy zgłębiali ci ostatni? Nauki humanistyczne, naukę o językach i sztukę!
Tu zaraz pojawi się pytanie, czy mając do dyspozycji bony edukacyjne nawet ci, którzy nie mają pracy, nie pójdą dokształcać się np. z historii sztuki albo z malarstwa. I jeśli tak się stanie, czy państwo powinno finansować takie „fanaberie”?
Ale może warto przypomnieć, na czym polegała idea „uczenia się przez całe życie” (lifelong learning) u swego zarania. Otóż jej twórcy w raporcie UNESCO „Learning to be” z 1972 roku odwoływali się do humanizmu i do samorealizacji człowieka przez naukę. Chodziło o zastąpienie „sztywnego” procesu kształcenia edukacją „elastyczną” przez całe życie. Taka nauka miała obejmować wszystkie sfery życia człowieka.
W tym samym czasie OECD (Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju) wypracowała swoją bardziej ekonomiczną koncepcję „edukacji powrotnej” (recurrent education) mniej związanej z humanizmem a bardziej z kapitałem ludzkim i rynkiem pracy. Tu rolę edukacji dorosłych, bo na nią położono nacisk, upatrywano w zwiększaniu produktywności pracowników.
W 2000 roku Komisja Europejska przedstawiła swoją definicję kształcenia ustawicznego. Mają to być wszelkie formy nauki podejmowane przez całe życie, mające na celu doskonalenie, pogłębianie wiedzy, umiejętności i kompetencji z perspektywy osobistej, obywatelskiej, społecznej i /lub zawodowej. To połączenie obydwu stanowisk, humanistycznego i pragmatycznego.
Dlatego chyba nie szkodzi, jeśli ludzie za pieniądze z unijnych dotacji kształciliby się też dla siebie, a nie tylko dla pracy. Bo, jak uważali autorzy idei „longlife learning”, uczenie się jest dobre samo w sobie. A politolog i futurolog amerykański Alvin Toffler w książce Rethinking the Future napisał: „Analfabetami XXI wieku będą nie ci, którzy nie umieją czytać ani pisać, ale ci, którzy nie potrafią się uczyć, oduczyć i nauczyć na nowo”.
Najintensywniej uczy się polska młodzież – do 24 roku życia. Pod względem odsetka osób z wyższym wykształceniem nie odbiegamy od średnich unijnych. A potem nagle „stop”!
Dlaczego tak jest, że w Polsce, w dużo większym stopniu niż winnych krajach, edukacja kończy się po 24 roku życia?
Bo ludzie nie dostrzegają korzyści, jaka płynie z nauki – uważają badacze z Instytutu Badań Strukturalnych w bardzo ciekawym raporcie „Zatrudnienie w Polsce – praca w cyklu życia”. I chyba mają rację. Nie tak dawno Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości opublikowała badania dotyczące szkoleń w małych i średnich przedsiębiorstwach. Aż 92% menedżerów uznało, że ani oni, ani ich pracownicy nie potrzebują dokształcania, bo ich kompetencje są wystarczające. Takie myślenie powoduje, że w Polsce zaledwie jedna trzecia firm organizuje szkolenia dla swoich pracowników. A w UE – 60%.
Szkolenia dla pracowników to jedno. A co z tymi, którym grozi bezrobocie? Albo od wielu lat nie mogą znaleźć pracy? Badacze z IBS sprawdzili, że zwłaszcza wśród osób w wieku 50-65 lat dodatkowe kształcenie rzeczywiście pozwala na znalezienie nowej pracy i zmniejsza ryzyko bezrobocia. A jednak to właśnie ta grupa kształci się najmniej.
Naukowcy z IBS uważają, że winę za to, że nie chcemy się uczyć przez całe życie ponosi państwo. Bo choć wydaje na ten cel całkiem spore pieniądze (na dofinansowanie kursów i szkoleń dla dorosłych wydaje się średnio 3 mld rocznie i nie odbiega to znacząco od analogicznych wydatków w innych państwach Europy), problem w tym, że są to pieniądze źle wydane. Bo są kierowane przede wszystkim do publicznych i prywatnych instytucji edukacyjnych. To powoduje, że uczestnicy szkoleń mają niewielki wpływ na temat i kształt oferowanych im zajęć. Nawet jeśli zrezygnują, nikt się tym nie przejmie, bo nie zabiorą ze sobą swoich pieniędzy. A to wpływa negatywnie na dopasowanie rynku edukacyjnego do potrzeb rynku pracy oraz na jakość kursów. W rezultacie koszty szkoleń są wysokie a liczba kształcących się – stosunkowo mała – podkreślają badacze z IBS.
Poza tym szkolenia najczęściej są zwyczajnie nudne. Jak mówi Bartosz Soczówka z firmy szkoleniowej Berndson, nauka powinna być przede wszystkim sexy. – Konieczne jest, aby rozwój osobisty stał się naturalną, codzienną częścią życia – jaką jest dzisiaj chociażby rozrywka – mówi. – Stąd na wzór przemysłu rozrywkowego należy budować przemysł szkoleniowy, rozwojowy. Niestety, wciąż zbyt mało graczy na rynku usług edukacyjnych potrafi sprzedawać ją w podobny sposób.
Jak to rozwiązać? Autorzy raportu „ Zatrudnienie w Polsce” proponują dość ciekawe rozwiązanie. Zamiast wspierać nie zawsze potrzebne kursy i szkolenia, państwo powinno skierować pieniądze do usługobiorców, czyli do potencjalnych uczestników kształcenia. Może to być np. coś w rodzaju bonu edukacyjnego, dzięki któremu moglibyśmy wziąć udział w wybranym przez siebie szkoleniu. To na pewno pomogłoby realizować własne cele edukacyjne i jednocześnie podnosiłoby konkurencyjność na rynku usług szkoleniowych.
Takie rozwiązanie bardzo mi się podoba. Ale niesie ze sobą pewne zagrożenie. Jak zbadał portal rynekpracy.pl 2010 roku w Polsce dokształcało się w trybie pozaszkolnym 819 tys. osób dorosłych. Z tego 25 tys. chodziło na kursy organizowane przez Urzędy Pracy, 357 tys. zostało wysłanych na kurs przez pracodawcę a najwięcej, bo aż 383 tys. zdecydowało się na kursy z własnej inicjatywy. Co ciekawe, ponad 600 tys. postawiło na doskonalenie zawodowe, przekwalifikowanie się lub zdobycie nowych umiejętności a prawie 200 tys. (czyli jedna czwarta wszystkich uczących się dorosłych) – na rozwój własnych zainteresowań.
Jakie dziedziny wiedzy zgłębiali ci ostatni? Nauki humanistyczne, naukę o językach i sztukę!
Tu zaraz pojawi się pytanie, czy mając do dyspozycji bony edukacyjne nawet ci, którzy nie mają pracy, nie pójdą dokształcać się np. z historii sztuki albo z malarstwa. I jeśli tak się stanie, czy państwo powinno finansować takie „fanaberie”?
Ale może warto przypomnieć, na czym polegała idea „uczenia się przez całe życie” (lifelong learning) u swego zarania. Otóż jej twórcy w raporcie UNESCO „Learning to be” z 1972 roku odwoływali się do humanizmu i do samorealizacji człowieka przez naukę. Chodziło o zastąpienie „sztywnego” procesu kształcenia edukacją „elastyczną” przez całe życie. Taka nauka miała obejmować wszystkie sfery życia człowieka.
W tym samym czasie OECD (Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju) wypracowała swoją bardziej ekonomiczną koncepcję „edukacji powrotnej” (recurrent education) mniej związanej z humanizmem a bardziej z kapitałem ludzkim i rynkiem pracy. Tu rolę edukacji dorosłych, bo na nią położono nacisk, upatrywano w zwiększaniu produktywności pracowników.
W 2000 roku Komisja Europejska przedstawiła swoją definicję kształcenia ustawicznego. Mają to być wszelkie formy nauki podejmowane przez całe życie, mające na celu doskonalenie, pogłębianie wiedzy, umiejętności i kompetencji z perspektywy osobistej, obywatelskiej, społecznej i /lub zawodowej. To połączenie obydwu stanowisk, humanistycznego i pragmatycznego.
Dlatego chyba nie szkodzi, jeśli ludzie za pieniądze z unijnych dotacji kształciliby się też dla siebie, a nie tylko dla pracy. Bo, jak uważali autorzy idei „longlife learning”, uczenie się jest dobre samo w sobie. A politolog i futurolog amerykański Alvin Toffler w książce Rethinking the Future napisał: „Analfabetami XXI wieku będą nie ci, którzy nie umieją czytać ani pisać, ale ci, którzy nie potrafią się uczyć, oduczyć i nauczyć na nowo”.
Katarzyna Pawłowska-Salińska dla bezrobocie.org.pl
Źródło: bezrobocie.org.pl
Ten artykuł został dodany do portalu ngo.pl przez użytkownika, użytkowniczkę.
Artykuły opublikowane w ngo.pl wyrażają poglądy osób piszących i nie muszą odzwierciedlać stanowiska redakcji. Przedruk, kopiowanie, skracanie artykułów wymaga zgody redakcji.
Dodaj informację do portalu ngo.pl!
Czekamy na Twój artykuł, komentarz, wywiad czy relację. Dotrzyj ze swoją informacją do tysięcy osób, które czytają ngo.pl.
-
Galeria Apteka Sztuki ZAZ