Między akademią a aktywizmem. O filmie, zwierzętach i zmianie społecznej [wywiad]
Jak połączyć pracę naukową, aktywizm i codzienne wybory etyczne? W rozmowie z Patrycją Chuszcz – badaczką, aktywistką i członkinią Stowarzyszenia Otwarte Klatki – przyglądamy się temu, jak film może zmieniać sposób myślenia o zwierzętach, z jakimi trudnościami mierzą się osoby działające na styku akademii i zaangażowania społecznego oraz dlaczego empatia wobec zwierząt jest dziś także istotnym tematem społecznym i kulturowym współczesnego świata.
Film, empatia i prawa zwierząt – jak obraz wpływa na społeczną zmianę
Natalia Czarkowska: – Czy mogłabyś opowiedzieć o profilu swoich badań akademickich?
Patrycja Chuszcz: – Zajmuję się studiami nad zwierzętami, dokładniej – studiami nad zwierzętami w filmie. Można to więc nazwać filmowymi studiami nad zwierzętami. Badam to, jak ludzie postrzegają zwierzęta hodowlane w filmie dokumentalnym. Są to badania jakościowe – prowadzę zogniskowane wywiady grupowe. Staram się więc łączyć studia nad zwierzętami z badaniami widowni.
Ten kontekst działalności związanej z ochroną praw zwierząt połączyłaś z pracą akademicką już na etapie studiów magisterskich?
– Można tak powiedzieć, chociaż w mniejszym stopniu. W pracy magisterskiej badałam produkcję filmową Stowarzyszenia Otwarte Klatki, ale były to raczej production studies, czyli badania nad produkcją filmową. Interesowało mnie to, w jaki sposób organizacja pozarządowa działa na rzecz praw zwierząt poprzez materiały audiowizualne.
Skąd wziął się pomysł, by zająć się takim obszarem działalności Stowarzyszenia Otwarte Klatki w ramach pracy magisterskiej?
– Nie pamiętam już dokładnie, jak to się zaczęło, ale gdybym miała odtworzyć przebieg tych projektów, powiedziałabym, że już na studiach magisterskich chciałam zajmować się badaniem widowni filmowej. A dlaczego film? Dlatego, że studiowałam filmoznawstwo, więc siłą rzeczy moja praca musiała być z nim związana. Nasz łódzki ośrodek zachęca do wychodzenia poza klasyczne filmoznawstwo skupione głównie na analizie tekstualnej filmu i zaprasza młodych badaczy do zajmowania się szeroko pojętą kulturą filmową – na przykład przy użyciu metod jakościowych, takich jak pogłębione wywiady indywidualne. Mnie analiza tekstualna filmu nigdy szczególnie nie interesowała, dlatego od początku wiedziałam, że będę chciała prowadzić badania jakościowe.
Już podczas pisania pracy magisterskiej miałam pomysł, żeby zbadać publiczność i to, jak reaguje ona na obrazy zwierząt, ale promotor uznał, że to zbyt ambitny projekt na tamtym etapie i że lepiej wrócić do niego później. Tak też się stało. Wspólnie doszliśmy wtedy do wniosku, że warto zbadać, jak wyglądają przekazy filmowe dotyczące praw zwierząt i co chcą osiągnąć osoby, które je tworzą. Tak narodził się pomysł na magisterkę.
Ale odpowiedź na pytanie: „skąd w ogóle pomysł, żeby zajmować się zwierzętami?”, jest jeszcze trochę inna. Wynika to z tego, że jestem weganką i traktuję weganizm jako postawę filozoficzną i moralną. Zanim przeszłam najpierw na wegetarianizm, a później na weganizm, miałam obejrzeć filmy dotyczące hodowli przemysłowej zwierząt. Ponieważ jednak obawiałam się tego, co na nich zobaczę, zrobiłam sobie wyzwanie i przez dwa albo trzy tygodnie nie jadłam mięsa. I tak to się zaczęło. Te filmy obejrzałam dopiero po wielu latach. Mój wegetarianizm, a później weganizm, zostały ze mną i stawały się coraz ważniejsze.
Chyba właśnie wtedy – na studiach magisterskich, a później także doktoranckich – cały czas zastanawiałam się, i w pewnym sensie nadal się zastanawiam, jak to możliwe, że karnizm, czyli ideologia, zgodnie z którą ludzie popierają jedzenie określonych gatunków zwierząt i produktów odzwierzęcych, jest tak głęboko w nas zakorzeniony, że zjadamy zwierzęta i nie widzimy w nich indywidualnych, czujących jednostek. Staram się wykorzystywać narzędzia naukowe, by szukać odpowiedzi na to pytanie, dać innym badaczom podstawy do dalszej refleksji i pomóc praktykom – filmowcom czy organizacjom pozarządowym – którzy chcą używać medium filmowego do zdobywania większego poparcia dla praw zwierząt.
Akademia nie jest neutralna
Czy nazwałabyś siebie aktywistką?
– Tak.
A czy uważasz, że łączenie aktywizmu i pracy naukowej jest możliwe i że polski system akademicki na to pozwala?
– Mój aktywizm postrzegam dwojako. Odkąd pracuję w RoślinnieJemy, kampanii Stowarzyszenia Otwarte Klatki, jest on obecny nie tylko w sposób naukowy. Po prostu jestem aktywistką zawodowo. Wcześniej również podchodziłam do tego, co robiłam w akademii, jako do formy aktywizmu, bo wydaje mi się, że w takich przypadkach trudno byłoby myśleć o tym inaczej. Dotyczy to zresztą wielu spraw społecznych, którymi naukowcy mogą się zajmować – praw zwierząt, klimatu, osób z niepełnosprawnościami, gender studies i wielu innych.
Jestem przekonana, że nie istnieje coś takiego jak obiektywizm w nauce, choć nauki humanistyczne często bardzo chcą uchodzić za obiektywne – na przykład ukrywając obecność autora, który stoi za tekstem. Wydaje mi się, że wynika to z pewnego kompleksu wobec nauk ścisłych i przyrodniczych. Tymczasem wszystko, co wychodzi spod pióra czy klawiatury naukowca – teksty, wystąpienia konferencyjne, patenty, wdrożenia – jest obarczone doświadczeniem, z którym przychodzimy. Niezależnie od tego, jaką dziedziną się zajmujemy.
Mówiąc o prawach zwierząt, trudno nie być aktywistką albo aktywistą – oczywiście jeśli chce się, by ta nauka w jakiś sposób przemawiała na rzecz zwierząt, a nie odbierała im prawa. Ja nigdy nie ukrywam, z jakiej perspektywy wychodzę i po co to robię. Bardzo bliski jest mi też tekst Moniki Bakke „Studia nad zwierzętami: od aktywizmu do akademii i z powrotem?”, w którym autorka pisała już wiele lat temu, że badaczy działających w obrębie krytycznych studiów nad zwierzętami nie interesują zwierzęta jako ciekawy przedmiot badań. Interesują ich zwierzęta w kontekście troski o nie i walki o ich prawa. Bo zmiany, które zachodzą w naszym podejściu do zwierząt, dokonują się również w akademii – i to tam często powstają pionierskie rozwiązania.
A czy to jest łatwe? Nie. To jest piekielnie trudne i trzeba się liczyć z wyzwaniami. Na swojej drodze zetknęłam się z różnymi reakcjami: od twierdzeń, że marnuję swój potencjał, bo zajmuję się tym tylko dlatego, że jestem weganką, przez bagatelizowanie moich działań, aż po publiczne wyśmiewanie. Mimo to uważam, że nie warto przejmować się takimi głosami.
Czy masz jakieś wskazówki dla osób, które chciałyby rozwijać swoją karierę akademicką właśnie w takim kierunku? Co pomaga utrzymywać motywację?
– W zeszłym roku poleciałam na zagraniczną konferencję, podczas której właściwie nikt nie miał sensownych pytań do wyników moich badań związanych z odbiorem filmu „Uciekające kurczaki” przez dzieci. Jedno z nielicznych pytań dotyczyło teorii queer w tym filmie, a potem uwaga uczestników przeniosła się już na inną prelegentkę, której wystąpienie było czysto tekstualne – świetne, żeby była jasność – ale ja czułam się w tej sali bardzo osamotniona. Mimo że był to panel poświęcony studiom nad zwierzętami, widziałam, że ci ludzie nie bardzo potrafią wejść w bardziej praktyczne, pragmatyczne kwestie.
Po tej konferencji rozważałam rezygnację z doktoratu, bo miałam poczucie, że akademia nie jest najlepszym miejscem do działania na rzecz zwierząt. Zdecydowałam się zostać, ponieważ jesienią dostałam grant z Narodowego Centrum Nauki na realizację badań i uznałam, że szkoda byłoby zmarnować taką szansę. Moje badania są kosztowne, a brak funduszy od początku był sporą zagwozdką. Grant rozwiązał ten problem, a sam fakt, że nagrodzony został projekt o takiej tematyce, jest moim zdaniem znaczący.
Obecnie – i zapewne tak już zostanie – traktuję pracę naukową jako coś pobocznego i to jest właśnie sposób, w jaki sobie radzę. Nie wiem, czy to uniwersalna rada, ale działanie w obrębie czegoś nowego i wciąż mało rozpoznanego zawsze pociąga za sobą sceptycyzm. Trzeba wierzyć i robić swoje. Tak działało przecież wielu naukowców i wiele naukowczyń w różnych dziedzinach. Przykładem może być Katalin Karikó, która przez lata mierzyła się z brakiem uznania i odrzuceniem swoich badań nad mRNA, a mimo to nie zrezygnowała i ostatecznie przyczyniła się do rozwoju technologii, która umożliwiła powstanie skutecznych szczepionek mRNA przeciw COVID-19. W 2023 roku – wraz z Drewem Weissmanem – otrzymała za to Nagrodę Nobla.
Myślę też o Jane Goodall – wybitnej badaczce w dziedzinie prymatologii, etologii i antropologii, która, mimo że na początku kariery nie miała formalnego wykształcenia akademickiego, badając dzikie szympansy w Tanzanii, odważyła się mówić o nich nie jak o obiektach naukowych, lecz jak o jednostkach. Nadawała im imiona, dostrzegała emocje i relacje, co w tamtym czasie spotykało się z drwiną i zarzutami o „nienaukowość”. Z czasem to właśnie jej podejście zrewolucjonizowało sposób myślenia o zwierzętach, pokazując, że nauka może łączyć się z empatią, wrażliwością i szacunkiem dla innych istot.
Napędza cię wizja, że to ty możesz zmienić to, jak akademia wygląda i funkcjonuje?
– Absolutnie nie. Nie planuję wiązać się z akademią na stałe. Kiedy rzuciłam poprzednią pracę w radiu, żeby skupić się na uczelni, mogłam z bliska zobaczyć, że nie jest to miejsce, w którym chciałabym pracować zawsze. Wynika to z wielu rzeczy – przede wszystkim z kultury pracy, która wciąż bywa patriarchalna, hierarchiczna i zindywidualizowana. Jest tam mało pracy zespołowej, szczerości, otwartości, budowania przyjacielskich relacji i po prostu luzu. Oczywiście odnoszę się do nauk humanistycznych – przypuszczam, że w naukach ścisłych, gdzie dużo czasu spędza się codziennie w laboratorium z tymi samymi ludźmi, to doświadczenie może wyglądać inaczej.
Czyli można powiedzieć, że kanalizujesz swoją energię, stawiając w pewnych miejscach granice i mówiąc: „to mi nie służy”, a jednocześnie przenosisz ją na inny obszar – obszar pracy stricte aktywistycznej. Czy aktywizm daje ci po prostu coś pozytywnego?
– Tak, zdecydowanie – a przynajmniej w organizacji, w której pracuję. Na polskim gruncie są to Otwarte Klatki, stanowiące część międzynarodowej organizacji parasolowej Anima International, więc mam też przyjemność pracować w międzynarodowym gronie i czuję się w tym bardzo dobrze. Pracowałam już w różnych środowiskach, ale jeszcze nigdy nie spotkałam miejsca z tak otwartą i tak świetnie działającą kulturą pracy – opartą na feedbacku, szczerości, wzajemnym zaufaniu, współczuciu i empatii. To absolutnie fantastyczne miejsce ze wspaniałymi ludźmi, a świadomość, że wszystkich nas łączy podobne spojrzenie na świat i zwierzęta, bardzo umacnia i motywuje do działania.
Czy mogłabyś powiedzieć, że aktywizm podtrzymuje twój dobrostan psychiczny w aktualnej rzeczywistości?
– W tym momencie myślę, że tak. Na początku, kiedy dołączyłam do Otwartych Klatek i zaczęłam jeszcze lepiej rozumieć problematykę hodowli przemysłowej, było mi jednak trudno. Z jednej strony czułam większą sprawczość, a z drugiej uświadomiłam sobie, jak niepokojące mogą być scenariusze związane ze wzrostem hodowli przemysłowej zwierząt w przyszłości. To sprawiło, że poczułam się gorzej.
Później jednak – dzięki rozmowom z osobami z zespołu, moim superwizorem, innymi ludźmi z organizacji, a także dzięki lekturom związanym z podejściem longtermistycznym, aktywizmem i szerzej rozumianym postępem społeczno-gospodarczym – odnalazłam jeszcze większy sens swoich działań. Na pewno czuję, że w pracy zyskałam, mówiąc wprost, rodzinę i przyjaciół. Wszyscy troszczymy się o siebie nawzajem.
Jak mówić o cierpieniu zwierząt
Wróćmy do kwestii „twórczości radykalnej”, jeśli mogę użyć takiego określenia – mam na myśli twórczość filmową dokumentującą warunki przemysłowej hodowli zwierząt. Sama wspomniałaś o początkach swojej drogi do wegetarianizmu i weganizmu oraz o tym, że w pewnym sensie obawiałaś się takich filmów, więc sięgnęłaś po nie dopiero po latach. Jakie są dziś twoje refleksje na ten temat? Czy takie komunikaty powinny być dopasowane do „wyporności emocjonalnej” odbiorców, czy raczej maksymalnie szokujące?
– Nie wiem, czy wtedy najbardziej przerażała mnie sama brutalność tych filmów. Nie sprowadzałabym zresztą tego typu przekazów wyłącznie do brutalności i przemocy. To, co ja często w nich widzę, to nie tylko drastyczne sceny, ale przede wszystkim portretowanie zwierząt jako jednostek – nadawanie imion, pokazywanie, że czują. Czasem wcale nie trzeba pokazywać fizycznej przemocy, żeby coś silnie zadziałało emocjonalnie.
Pytanie o dopasowanie do „wyporności emocjonalnej” odbiorcy jest bardzo trudne, bo po prostu nie wiemy, jaka ona jest. W ostatnich miesiącach obejrzałam bardzo dużo filmów związanych z hodowlą przemysłową zwierząt na potrzeby projektu doktorskiego. Były wśród nich takie filmy jak „Dominion” z 2018 roku, które sprawiały, że było mi wręcz niedobrze, mimo że uważam się za osobę dość odporną na tego typu treści. Oczywiście jestem bardzo wrażliwa na los zwierząt, dlatego robię to, co robię, ale widziałam już w życiu wiele trudnych rzeczy, a to i tak zrobiło na mnie ogromne wrażenie.
Nie wiem więc, czy chciałabym, żeby ludzie oglądali przede wszystkim właśnie takie materiały. Nie mam też pewności, jakie miałoby to działanie z perspektywy skuteczności. To nie jest tak, że ktoś obejrzy jeden konkretny film i natychmiast przestanie jeść mięso. Pewnie są osoby, na które jakiś bodziec – być może właśnie filmowy – może zadziałać, ale to bardzo trudno zbadać. W moich badaniach również nie uchwycę tego w pełni. Mogę mówić raczej o potencjale oddziaływania środków filmowych na podstawie opinii uczestników wywiadów grupowych, którzy opowiadają mi o swoich reakcjach świeżo po projekcji. To, na ile zostanie z nimi to doświadczenie później, jest dużo trudniejsze do określenia.
Ale sądzisz, że w dyskursie publicznym powinno być miejsce także na bardziej radykalne komunikaty?
– Wiele osób w Polsce w ogóle nie zdaje sobie sprawy z istnienia ferm przemysłowych. W reklamach, programach telewizyjnych czy kulturze popularnej często widzimy obraz hodowli zwierząt jako sielskiego, rodzinnego zajęcia – gdzieś na wsi, na zielonej trawie, pasą się krowy, kurczaki i świnie. Ten obraz ma niewiele wspólnego z rzeczywistością. Mało kto wie, że na jedną kurę nioskę przypada przestrzeń mniejsza niż kartka papieru A4, przez co ptaki nie mogą nawet rozłożyć skrzydeł. To trochę tak, jakby człowiek miał spędzić całe życie w zamkniętej budce telefonicznej.
Niewiele osób wie też, że kurczaki hodowane na mięso, tak zwane brojlery, żyją zaledwie 42 dni. Zostały sztucznie wyhodowane przez człowieka tak, by rosły nienaturalnie szybko, co sprawia, że ich kości i nogi często nie wytrzymują ciężaru własnego ciała. Myślę, że nie trzeba pokazywać najbardziej drastycznych scen, by oddać skalę cierpienia zwierząt. Czasem wystarczy zobaczyć, jak naprawdę wygląda ich codzienność – ciasne klatki, brak ruchu, sztuczne światło. Takie obrazy potrafią powiedzieć więcej niż najbardziej szokujące nagrania. Nie powinniśmy ich unikać, bo dopóki nie zobaczymy tej rzeczywistości, będziemy nadal wierzyć, że mięso, mleko czy jajka pochodzą „ze sklepu”, a nie od żywych istot.
To jednak system naczyń połączonych. Bez zmian systemowych trudno oczekiwać, że wybory pojedynczych konsumentów przyniosą realne efekty. Obie te sfery muszą się uzupełniać. Wiemy też, że samo zachęcanie do jedzenia produktów roślinnych to za mało. Nie brakuje przepisów ani produktów, a mimo to jako społeczeństwo nadal jemy bardzo dużo mięsa. Wynika to nie tylko z cen i struktury polskiego rolnictwa, ale też z przekonania, które utrwaliło się po transformacji ustrojowej – że mięso jest symbolem dobrobytu i statusu. Do dziś funkcjonują też kulturowe wzorce, według których jedzenie mięsa jest „męskie”, a „prawdziwy mężczyzna” to ten, który je mięso.
I tutaj wraca kwestia wizualności – bo to, jak na co dzień pokazuje się nam zwierzęta i mięso, wpływa na nasze postrzeganie i decyzje. Demaskowanie tego, jak ta rzeczywistość naprawdę wygląda, jest konieczne, jeśli chcemy, by jakiekolwiek zmiany mogły się wydarzyć.
Od codziennych wyborów do działania
Jeżeli ktoś chciałby rozpocząć działania prośrodowiskowe, właśnie w obszarze ochrony zwierząt, to w jakim zakresie taka pomoc jest dziś najbardziej potrzebna? Od czego zacząć, do kogo się skierować?
– Zachęcam oczywiście do ograniczania spożycia produktów odzwierzęcych. Z szacunków FAO wynika, że produkcja zwierzęca generuje nawet do 16 procent całkowitej antropogenicznej emisji. Niedawno, jako RoślinnieJemy, zorganizowaliśmy akcję Plant-Powered Week, w ramach której można między innymi policzyć swój wpływ na planetę dzięki wyborowi roślinnych posiłków. I tak na przykład jedząc przez tydzień codziennie jeden roślinny posiłek, można zaoszczędzić 14 210 litrów wody rocznie i 116 metrów kwadratowych gruntów rolnych.
Nie trzeba koniecznie stać na ulicy i protestować, bo aktywizm we współczesnym świecie jest wielowymiarowy. Każdy może włączyć się na swój sposób: rezygnując z części posiłków z mięsem, wpłacając darowizny na organizacje pomagające zwierzętom, angażując się w konkretne kampanie czy wybierając jaja z chowu bezklatkowego zamiast klatkowego. To już jest realna pomoc dla zwierząt i klimatu. Oczywiście można też myśleć o aktywizmie jako o ciekawej i rozwijającej ścieżce zawodowej.
Form zaangażowania jest naprawdę wiele. Mogę polecić też kilka książek i podcastów, które były dla mnie ważne. Jedną z takich książek jest „What We Owe the Future” Williama MacAskilla. Bardzo ciekawa była też „Regenesis. Jak wyżywić świat, nie pożerając planety” George’a Monbiota – o tym, jak skonstruowane jest współczesne rolnictwo i na czym polegają jego problemy. Z podcastów polecam choćby „How I Learned to Love Shrimp”, związany z ruchem prozwierzęcym. Ostatnio dużo słucham też „Lives Well Lived” Petera Singera i Katarzyny de Lazari-Radek. To seria wywiadów, w których autorzy pytają swoich gości, czy przeżyli dobre życie, a jeśli tak – to dlaczego. Pojawiają się tam także aktywiści prozwierzęcy, ale nie tylko. To ciekawy punkt wyjścia do myślenia o tym, jak szukać sensu we własnym życiu.
Brałaś ostatnio udział w konferencji CARE – The Conference on Animal Rights in Europe. Czego dotyczyło twoje wystąpienie i co myślisz o skuteczności takich inicjatyw z perspektywy ich wpływu na codzienną rzeczywistość?
– To konferencja aktywistyczna, której głównym celem jest movement building – budowanie i wzmacnianie ruchu prozwierzęcego. Zjeżdżają się na nią osoby z całego świata: zarówno te, które już działają na rzecz zwierząt, jak i te, które dopiero szukają swojego miejsca albo nowej ścieżki zawodowej. CARE ma ogromne znaczenie dla integracji i rozwoju środowiska aktywistycznego, zwłaszcza że globalnie wciąż jesteśmy niewielką grupą, dysponującą budżetami nieporównywalnie mniejszymi niż na przykład fundusze marketingowe wielkich korporacji czy zasoby organizacji lobbingowych w Unii Europejskiej. Trzeba mieć świadomość skali tego wyzwania.
Dlatego takie inicjatywy jak CARE są tak potrzebne – dają poczucie wspólnoty, inspirują, pozwalają wymieniać się doświadczeniami i wracać do codziennej pracy z nową energią. W tym roku organizowałam spotkanie dla osób pracujących nad zobowiązaniami sieci handlowych w zakresie monitorowania i zwiększania sprzedaży białka roślinnego. Takie wydarzenia są świetną platformą do wymiany wiedzy, nawiązywania współpracy i tworzenia nowych projektów – i naprawdę można się tam bardzo wiele nauczyć.
Wywiad przeprowadziła Natalia Czarkowska w ramach projektu "Leśna szkoła klimatu".
„Dofinansowane z UE”
Źródło: Fundacja Instytut Rozwoju Przedsiębiorczości i Ekonomii Społecznej