To miało być osiedle apartamentowców
O architekturze Hansenów, jej wadach i walorach oraz o nagrywaniu mieszkańców z Pauliną Pagą, animatorką kultury, rozmawia Dorota Krupińska-Ziętkowska
Dorota Krupińska-Ziętkowska: – Audioteka Osiedlowa czyli nagrywanie mieszkańców osiedla im Juliusza Słowackiego w Lublinie. Zanim powie mi pani, jak i po co, to dlaczego właśnie tam?
To na czym polegała ta pierwsza akcja w ramach Muzeum Sztuki Nowoczesnej?
Wtedy zorientowałyśmy się, że na osiedlu nie ma miejsca, gdzie mieszkańcy mogą się spotkać, kiedy robi się chłodno. Nie ma już kawiarni Skierka, nie ma Młodzieżowego Domu Kultury. Okazuje się, że starsi ludzie spotykają się w galerii Leclerc. Ładnie ubrani idą napić się tam herbaty.
Zaczęłyśmy drążyć ten temat. A że w końcu zebrałyśmy dużo materiału dźwiękowego, chciałyśmy z nim coś zrobić dalej. Sporo wypowiedzi zostało niewykorzystanych, a ich autorzy pytali, gdzie będzie można tego posłuchać Poza tym te spotkania z mieszkańcami były dla mnie ważne, ciekawe, czasami nawet wzruszające. Polubiliśmy się. Zdarzało się, że rozmawialiśmy o intymnych sprawach. Zadawałam sobie wtedy pytanie, czy to w porządku, wobec moich rozmówców, że mam jeszcze włączony dyktafon.
Osiedle wciągnęło panią, więc rozpoczęła pani projekt Lokatorzy czyli Audioteka Osiedlowa?
I udało się. Jak to wyglądało?
Z kim pani rozmawiała?
I co mówili?
Chcieli dbać o wspólną przestrzeń. Kilka osób podzieliło się swoimi pomysłami na rewitalizację tego osiedla, jak widzą jego przyszłość. Sporo mieszkańców z jednej strony narzekało na jakość wykonania budynków, słabe materiały etc. z drugiej chwaliło koncepcję urbanistyczną osiedla, dużo terenów zielonych i bliskość usług. Oczywiście nie wszyscy byli jednomyślni.
Te mieszkania na nowym wówczas osiedlu były dla nich pewnie apartamentami.
Ale zmieniła się sytuacja, zostały zaostrzone normy, dotyczące metra przypadającego na jednego mieszkańca. Pojawił się odgórny przymus tak zwanego „dogęszczania osiedli”. Zbudowano małe mieszkania. Trzeba było więcej ludzi zmieścić na mniejszej powierzchni, za mniejszy koszt i szybciej. Więc ci mieszkańcy, którzy czekali na te przydziały i spodziewali się drugiego Osiedla Mickiewicza, byli rozgoryczeni, a jednocześnie cieszyli się, że „mają własny kąt”, że stają się częścią czegoś nowego.
A co mówili studenci, którzy tam mieszkają?
Tutaj funkcjonuje takie powiedzenie, że w przyszłości Osiedle Słowackiego (podobnie zresztą Przyczółek Grochowski w Warszawie) zostanie przekształcone w miasteczko akademickie, albo domy spokojnej starości To osiedle to taki paradoks. Z jednej strony cieszy się zainteresowaniem ze względu na Hansenów, a z drugiej mieszkańcy czują się pokrzywdzeni, że budynki są zaniedbane. Kiedyś je upiększali, dbali o nie. A teraz administracja nie dysponuje adekwatnymi środkami do potrzeb 50-letnich konstrukcji, a ci mieszkańcy, którzy kiedyś sadzili tu drzewa, dziś nie mają już kondycji, żeby o osiedle sami zadbać.
Wyjątek stanowią balkony. Mieszkańcy co roku zgarniają nagrody w konkursie na najładniej ukwiecony balkon. W ogóle z tymi balkonami, to jest tutaj szaleństwo. Są dla mnie najfajniejszą manifestacją lokatorskiego indywidualizmu w strukturze poPRL-owskiego osiedla.
Codziennie pani przyjeżdżała na osiedle?
Jako inicjatorka i koordynatorka byłam tam codziennie, kombinowałam, jak to zaplanować, do kogo się odezwać, jak poznać potrzeby i pomysły mieszkańców, czy skąd dozbierać środki. Dostaliśmy od administracji osiedla tymczasową siedzibę w garażu, zwolnionym po eksmisji. I byliśmy rozpoznawani jako ekipa z garażu. Garaż kojarzył się neutralnie, bo był na zewnątrz osiedla. Nie byliśmy też kolejną grupą wycieczkową, która pojawia się i znika. Byliśmy ekipą, która siedzi w deszczu na tekturowych pudełkach i czeka na mieszkańców.
Projekt skończył się, chcę posłuchać nagrań, gdzie mogę pójść?
Ale Audioteka to nie jedyne wydarzenie na tym osiedlu?
Wiosną zorganizowaliśmy wydarzenie „Motyla Noga” w przedszkolu dla rodziców i ich pociech, w tym warsztat ogrodniczy, budowanie domków dla motyli oraz warsztat komiksowy. Był też sąsiedzki kącik społeczny z lemoniadą i ręcznie robionymi tzw. planszówkami. Pani dyrektor pomogła w zorganizowaniu dodatkowych atrakcji dla maluchów.
Na koniec zrobiliśmy wspólnie z aktywnymi mieszkańcami, uczennicami i właścicielami zakładów usługowych przy Wileńskiej grę miejską pod nazwą „Gra w osiedle”. Wyszło fajnie. Pozytywnie zaskoczyła nas frekwencja. Można było odbić szablon na murze garażu, stworzyć własny instrument i zagrać koncert w relacji z przestrzenią amfiteatru, poskładać łamigłówkę o losach młodego Oskara Hansena w powojennym Lublinie, posłuchać historii Gofrów u Ireny czy nieistniejącej już kultowej Galerii Kont w akademiku przy ul. Zana.
Atmosfera wspólnego, udanego wydarzenia jest ważna, ale dla mnie ważniejszy jest proces budowania zaufania i wchodzenie w pogłębione relacje.
Miesiąc przed grą był dzień sąsiada, który trochę napędził mi strachu. W tym dniu chcieliśmy, by mieszkańcy przynieśli nam swoje stare zdjęcia, przedstawiające osiedle i opowiedzieli o okolicznościach, w jakich zostało zrobione. Chodziło o stworzenie Sąsiedzkiego Archiwum Cyfrowego, dostępnego dla wszystkich mieszkańców i pasjonatów.
A co takiego dał tym mieszkańcom projekt?
To sukces. Gdyby nie projekt z Muzeum Sztuki Nowoczesnej i drążenie tematu, nie zainteresowałaby się pani tym osiedlem i nie przyczyniła do zmian, które być może będą.
Miałam sporą frajdę z pracy tutaj i ponownego odkrywania tej okolicy. Znałam osiedle z dzieciństwa. Chodziłam do szkoły podstawowej przy ulicy Wajdeloty. Po lekcjach spacerowaliśmy po osiedlowych alejkach. Pamiętam, że ta przestrzeń była dla nas jak rzeczywistość po drugiej stronie lustra. Ta zieleń wyglądała jak tajemniczy ogród, bo była nieuporządkowana, dzika, zwłaszcza krzaki wokół amfiteatru, no i cały pomysł na amfiteatr wydawał się kosmiczny. Chodziliśmy wzdłuż bloków, oglądaliśmy te balkony, które mają nieregularny rytm, te małe nadbudówki jaskółki, które kiedyś były studiami artystycznymi. Teraz tam będą mieszkania socjalne. Mijaliśmy po drodze to przedszkole, które wygląda, jakby było z Alicji w Krainie Czarów po zjedzeniu ciasteczka. I ta przedziwna architektura placów zabaw. To działało na naszą wyobraźnie i jako nastolatkowie zadawaliśmy sobie pytanie, kto to wymyślił i po co.
Chciałaby pani tam mieszkać?
Źródło: lublin.ngo.pl
Dodaj informację do portalu ngo.pl!
Czekamy na Twój artykuł, komentarz, wywiad czy relację. Dotrzyj ze swoją informacją do tysięcy osób, które czytają ngo.pl.
-
Stowarzyszenie Nowoczesnej Edukacji Prawnej
-
Ela Bajda, Stowarzyszenie Miłosierdzia św. Wincentego à Paulo w Sopocie
-
Dorota Setniewska, ngo.pl
-
Justyna Dziuma