Osoby publiczne angażujące się w prawa zwierząt szybko przestają być ludźmi — stają się symbolami, od których oczekuje się moralnej perfekcji. Każde potknięcie urasta do „dowodu hipokryzji”, często w ustach tych, którzy sami nie robią nic, by ograniczyć cierpienie zwierząt. Łatwiej wytykać cudze błędy niż zmierzyć się z własną biernością. A przecież niedoskonałe działanie zmienia więcej niż idealna moralność istniejąca tylko w komentarzach.
Problem z osobami publicznymi, które angażują się w sprawy zwierząt, polega na tym, że bardzo szybko przestają być traktowane jak ludzie, a zaczynają funkcjonować jako symbole. Gdy ktoś deklaruje troskę o zwierzęta (czasem o konkretne gatunki, czasem o zwierzęta niezależnie od gatunku), przechodzi na dietę roślinną albo wspiera organizacje prozwierzęce, część opinii publicznej oczekuje od niego absolutnej doskonałości. Każde odstępstwo, potknięcie czy wybór (którego motywacji nie znamy) staje się wtedy dowodem „hipokryzji”.
Paradoks polega jednak na tym, że najostrzejsza krytyka zazwyczaj nie pochodzi od ludzi, którzy sami próbują ograniczać cierpienie zwierząt, lecz od tych, którzy nie podejmują nawet minimalnego wysiłku w tym kierunku. Mechanizm jest dość prosty i bardzo ludzki: łatwiej podważyć wiarygodność osoby zaangażowanej niż skonfrontować się z własną biernością. Jeśli osoba aktywistyczna nie jest idealna, to można uznać, że cały problem właściwie nie istnieje. „Skoro ona reklamuje coś odzwierzęcego, to mój schabowy nie jest niczym złym”. W ten sposób cudza niekonsekwencja staje się wygodnym alibi dla własnego braku działania.
To zjawisko przypomina sytuacje znane z religii czy moralności w ogóle. Czyż nie pasują tu idealnie słowa z Ewangelii wg św. Mateusza?
"Czemu to widzisz drzazgę w oku swego brata, a belki we własnym oku nie dostrzegasz? Albo jak możesz mówić swemu bratu: Pozwól, że usunę drzazgę z twego oka, gdy belka [tkwi] w twoim oku? Obłudniku, wyrzuć najpierw belkę ze swego oka, a wtedy przejrzysz, ażeby usunąć drzazgę z oka twego brata".
Ludzie często bardziej koncentrują się na wytykaniu cudzych odstępstw od deklarowanych zasad niż na ocenie realnych skutków własnych czynów. Ktoś może uważać się za moralnie lepszego, bo dostrzega hipokryzję innych, mimo że sam nie robi nic, by ograniczyć cierpienie, niesprawiedliwość czy przemoc. Krytyka staje się wtedy substytutem działania — daje poczucie intelektualnej wyższości bez konieczności ponoszenia jakiegokolwiek kosztu zmiany.
Oczywiście osoby publiczne ponoszą odpowiedzialność za swoje wybory i mają prawo być oceniane. Problem zaczyna się wtedy, gdy od aktywistów wymaga się moralnej doskonałości, podczas gdy reszta społeczeństwa nie wymaga niczego od siebie. W praktyce oznacza to, że człowiek, który ograniczył spożycie mięsa, wspiera schroniska, mówi o prawach zwierząt czy przekonuje innych do zmiany, bywa oceniany surowiej niż ktoś, kto co tydzień wychodzi do lasu, by zabijać zwierzęta lub osoba krzywdząca zwierzęta, by zarabiać na ich wydzielinach, dzieciach lub zwłokach.
Być może uczciwsze byłoby patrzenie na takie osoby nie jak na świętych, ale jak na ludzi próbujących — czasem skutecznie, czasem niekonsekwentnie — przesuwać granicę społecznej wrażliwości. Bo nawet niedoskonałe działanie realnie zmienia więcej niż perfekcyjna moralność istniejąca wyłącznie w komentarzach internetowych.
Nie można oczywiście pominąć skali agresji, z jaką mierzą się osoby próbujące zrobić cokolwiek dla zwierząt. Im bardziej są znane, tym łatwiejszym stają się celem. Wystarczy publicznie powiedzieć, że warto ograniczyć mięso, zwrócić uwagę na warunki hodowli czy skrytykować handel zwierzętami, by natychmiast zostać obiektem kpin, szyderstw i personalnych ataków. Aktywiści prozwierzęcy są często przedstawiani jako fanatycy, hipokryci albo „oderwani od rzeczywistości”, a każde ich potknięcie urasta do rangi kompromitacji całej idei. Co znamienne, podobnej pasji rzadko używa się wobec ludzi, którzy otwarcie wspierają systemowe cierpienie zwierząt lub po prostu pozostają wobec niego obojętni. W praktyce osoba, która próbuje ograniczyć krzywdę choćby o kilka procent, musi tłumaczyć się znacznie bardziej niż ktoś, kto nie widzi problemu wcale, a właściwie ktoś, kto problem widzi, ale ma go gdzieś („bo taka tradycja”, „bo zawsze tak było”, „bo Bóg tak chciał” itd.). Taka społeczna reakcja skutecznie zniechęca wiele znanych osób do jakiegokolwiek zaangażowania, bo pokazuje, że w debacie publicznej łatwiej wybacza się całkowitą bierność niż niedoskonałą próbę zmiany.
Na koniec, pod rozwagę, słowa ks. Jana Kaczkowskiego:
"Bardzo was proszę, byście wymagali od siebie w najmniejszych sprawach, byli trochę więcej niż przeciętni, dawali z siebie coś ponad przyzwoitość".
Tak swoją drogą, jak świadczy o nas jako społeczeństwie, fakt stawiania na piedestale osób, które starają się być po prostu przyzwoite?
Źródło: Fundacja "W Imię Zwierząt"