Bez gotowego scenariusza, bez planu. Za to z potrzebą reakcji i zmiany choćby niewielkiego fragmentu rzeczywistości. Tak zaczęła się historia, która dziś ma bardzo realny wpływ na los bezdomnych zwierząt. – Każdy uratowany kot jest potwierdzeniem, że ta decyzja była dobra – mówi Magda Bachlaj, jedna z założycielek Stowarzyszenia Pomocy Kotom Pokotaj.
Bezdomne koty są wszędzie. Mijamy je codziennie na parkingach, między blokami, na poboczach dróg. Nie zawsze radzą sobie same. Często potrzebują pomocy weterynaryjnej lub po prostu czyjejś uważności. Historia Stowarzyszenia Pomocy Kotom Pokotaj nie zaczęła się od spektakularnej akcji ratunkowej. Jej fundamentem był wolontariat, spotkania z ludźmi o podobnej wrażliwości i potrzeba działania „trochę inaczej”. Organizacja od początku kieruje się prostą zasadą: pomagać mądrze, odpowiedzialnie i na miarę swoich możliwości. Bez budowania przekazu opartego wyłącznie na cierpieniu.
Z wolontariatu do własnej organizacji
Magda zawodowo zajmuje się projektowaniem wnętrz. 8 lat temu zaangażowała się w działania wolontariackie w jednej z organizacji prozwierzęcych.
– Do kociego świata trafiłam przypadkiem. Kilka lat temu, gdy jechałam do pracy, auto przed nami potrąciło kota i odjechało. Zareagowaliśmy, zabraliśmy kota ze sobą. Szukałam wsparcia w miejscowych organizacjach pozarządowych i prywatnych klinikach. Nie byliśmy na to przygotowani finansowo, mieliśmy problem ze znalezieniem pomocy. Finalnie kota nie udało się uratować. Miał zbyt wiele współistniejących chorób – wspomina.
To doświadczenie stało się punktem zwrotnym. Powoli otwierało oczy na skalę problemu i brak systemowego wsparcia w nagłych sytuacjach.
Kobieta miała już swoje koty, angażowała się społecznie i poznawała ludzi, którzy patrzyli na świat podobnie. Wspólna wrażliwość przerodziła się w działanie. W 2021 roku powstało Stowarzyszenie Pomocy Kotom Pokotaj, które dziś tworzy 17 wolontariuszy.
Zależało nam na tym, aby pomagać w nieco inny sposób. Aby potrzebujące koty były zaopiekowane i znalazły domy
– wyjaśnia.
Pomagać mądrze, nie na pokaz
Pokotaj koncentruje się na pomocy kotom bezdomnym. Leczy je, socjalizuje i szuka dla nich domów. Najpierw tymczasowych, a następnie stałych.
– Nie mamy typowej kociarni i nie działamy interwencyjnie, ale gdy potrzebna jest pilna pomoc kierujemy do odpowiednich przychodni lub pomagamy opłacić rachunki za opiekę weterynaryjną. Czasami opłacamy też zabiegi kastracji lub sterylizacji – mówi prezeska.
Każdy dom tymczasowy i adopcyjny jest dokładnie sprawdzany. Liczą się nie tylko warunki, ale też podejście i gotowość do odpowiedzialnej opieki.
Transparentność zamiast dramatów
Działalność organizacji prozwierzęcych to codzienne napięcie między ogromnym zaangażowaniem a oczekiwaniami z zewnątrz. Czasem to także hejt, który często pojawia się tam, gdzie ktoś próbuje zrobić coś dobrego.
– Na szczęście praktycznie go nie doświadczamy, bo w swoich działaniach nie epatujemy nieszczęściem. Mieliśmy różne sytuacje, niejednokrotnie byliśmy “pod ścianą”, bo koszty leczenia przewyższały nasze możliwości, ale na co dzień opowiadamy o kotach, a nie tylko o ich problemach – mówi M. Bachlaj.
Organizacja świadomie unika budowania przekazu opartego wyłącznie na dramatycznych historiach.
Nie reklamujemy non stop zbiórek pieniędzy, nie piszemy, że jest tak źle, że musimy się zamknąć. Mierzymy siły na zamiary. Nie przyjmiemy 20 kotów jak wiemy, że mamy miejsce na 1
– dodaje.
Transparentność i szczerość są dla nich kluczowe. Historie zwierząt są aktualizowane, a ich dalsze losy są znane osobom, które śledzą działalność stowarzyszenia.
Momo. Historia zmiany
Pokotaj zachęca do włączenia się w pomoc. Wystarczy napisać wiadomość i wybrać formę wsparcia: od przekazania darowizny, przez zakupy na bazarku, po wysyłkę potrzebnych rzeczy. Największym wyzwaniem dla stowarzyszenia cały czas są domy tymczasowe, czyli miejsca, w których koty mogą odzyskać zdrowie i zaufanie do człowieka.
– Zapewniamy wyposażenie, wyżywienie, opłacamy wizyty u weterynarza i zapewniamy konsultacje z behawiorystą. Jedyne, czego oczekujemy, to czas i miejsce w domu – przekonuje prezeska.
Nie brakuje historii, w których dom tymczasowy staje się domem na zawsze. Wspólna codzienność często przeradza się bowiem w silną więź.
Przez dom prezeski przewinęło się już około 20 kotów. Każdy z nich zostawił po sobie ślad, ale jeden szczególnie zapadł jej w pamięć. Na początku działalności pod opiekę stowarzyszenia trafiły trzy kociaki i starszy kot (nazywany „starszym bratem”). Diagnoza była trudna: panleukopenia, czyli koci tyfus.
– To było pierwsze moje zderzenie się z tak ciężką chorobą. Część kotów zmarła. Został jeden maluch i jego starszy brat, którego nazwaliśmy Momo. Kot bardzo się wycofał. Syczał na każdą próbę kontaktu z człowiekiem – wspomina.
Proces socjalizacji był długi i wymagający. W końcu Momo znalazł dom. Dziś jest zupełnie innym kotem. Takim, który nie schodzi z kolan.
Ten kot zajmuje szczególne miejsce w moim sercu
– dodaje.
Potrzeba zrobienia czegoś więcej niż tylko zauważenia problemu, często staje się początkiem działania. A kiedy na tej drodze pojawiają się ludzie o podobnej wrażliwości i podejściu do życia, pojedynczy impuls przeradza się w coś trwałego. Organizację, która realnie zmienia rzeczywistość.
Chcesz zmieniać świat po swojemu? Myślisz o założeniu fundacji lub stowarzyszenia? Zajrzyj do Poznańskiego Centrum NGO. Projekt realizowany jest ze środków budżetowych Miasta Poznania.
Źródło: Centrum Promocji i Rozwoju Inicjatyw Obywatelskich "PISOP"