O Oriencie, stosunku mieszkańców Lublina do tej kultury, „Zaklinaczu słów” i Tunezji, z Shirin Kader rozmawia Wojciech Piesta.
Wojciech Piesta: – Jak lublinianie reagują na inne kultury w swoim mieście?
Shirin Kader: – Trudno mi się wypowiadać o mieszkańcach Lublina jako dużej zbiorowości, tworzonej przez ludzi o skrajnie różnych poglądach. Osoby, z którymi stykam się na co dzień, reagują na Orient bardzo pozytywnie, ale jest to zapewne podyktowane okolicznościami. Przez kilka lat prowadziłam w Lublinie orientalną kawiarnię, teraz z mieszkańcami miasta spotykam się głównie na spotkaniach autorskich, myślę jednak, że to nie jest wyznacznik. Zarówno ci, którzy przychodzą do orientalnego lokalu, jak również ci, którzy chcą spotkać się z kimś, kto pisze o Oriencie, wiedzą, czego szukają, są nieprzypadkowi.
Moje dotychczasowe doświadczenia oceniam jako pozytywne. Ludzie są ciekawi świata, zadają pytania, na spotkania do bibliotek zabieram ze sobą orientalne stroje, żeby uczestnicy mogli je przymierzyć, zrobić sobie zdjęcia. I zawsze są chętni!
Nie potrafię jednak pominąć milczeniem postaw przeciwnych, które też tu są. Nawet jeśli mi samej nic złego się nie przydarzyło, dotknęło niestety moich przyjaciół albo wręcz rozgrywało się na moich oczach. Dwa lata temu klient mojej kawiarni został pobity w środku miasta, pod centrum handlowym, teraz w lokalnych gazetach znów przeczytałam o ataku na Tunezyjczyka i mieszkańca Nigerii. Nikomu nie każę kochać odmiennych kultur, ale szacunek powinien być podstawą w relacjach międzyludzkich.
Z czym w Lublinie kojarzy się Orient?
S. K.: – Pytasz o moje osobiste doświadczenia?
Tak.
S. K.: – Poza oczywistymi skojarzeniami z wakacyjnym odpoczynkiem w egzotycznej scenerii, na pewno ze smakami, zapachami, trochę też z pewną tajemnicą. Z jednej strony boimy się Orientu, z drugiej – coś nas w nim pociąga, sprawia, że mamy czasem ochotę zajrzeć do orientalnej książki, obejrzeć w telewizji program podróżniczy. Zauważyłam, że ludzie coraz częściej chcą przełamać medialne stereotypy, pytają „czy to prawda, że…?”. Im więcej jeżdżą, tym mocniej odczuwają różnicę między Orientem medialnym, a tym, z którym się spotykają.
Nie myślisz, że kultura arabska może wchłonąć kulturę europejską?
S. K.: – Na przestrzeni dziejów było wiele różnych zawirowań, zachodziło całe mnóstwo zjawisk. Takie procesy są nieprzewidywalne, można jedynie snuć domysły. Pytanie, po co oddawać się hipotetycznym rozważaniom, zamiast skupić się na tym, co jest naszą codziennością?
Bardziej niż wchłonięcia kultury europejskiej przez arabską bałabym się tego, co sami z naszą kulturą robimy. Wystarczy rozejrzeć się wokół. Z mediów wylewa się rynsztok, strach włączyć telewizor, żeby nie natknąć się na kolejny odmóżdżający reality show. Wielkie postacie ze świata literatury i sztuki są sukcesywnie zastępowane przez celebrytów, którzy potrafią tylko pozować do zdjęć. Zaczyna brakować prawdziwych autorytetów. Co dzieje się z językiem, jeśli większość osób wypowiadających się w mediach posługuje się kulawą polszczyzną? Po jakie książki sięgamy najczęściej, po jakie gazety? Nieustannie gdzieś pędzimy, mało kto ma czas zatrzymać się na chwilę, popatrzeć na świat. Problem życia duchowego i instytucji, które powinny dbać o wzorce moralne, a hołdują antywartościom, to odrębny temat. Nie chcę roztaczać tu jakichś katastroficznych wizji, ale obawiam się, że sami siebie zniszczymy zanim ktokolwiek zdąży nas wchłonąć.
Skąd u Ciebie fascynacja tą kulturą?
S. K.: – Nie nazwałabym tego fascynacją. Ta kultura towarzyszy mi od wczesnego dzieciństwa, pierwszych jej przedstawicieli poznałam, gdy jeszcze biegałam w pieluchach. Orient cały czas jest obok, w moim domu, w szafie i przy stole. Nie lubię nawet mówić o nim używając zwrotu „ta kultura”. Nie jest „ta”, jest moja. Zainteresowania są czymś nabytym, widać tu celowe działanie, a Orient przyszedł sam, nieproszony. I tak już zostało.
Miłość do Orientu przelałaś na papier. „Zaklinacz słów” zbiera świetne recenzje. Czym było dla Ciebie pisanie tej książki?
S. K.: – Bardzo trudne pytanie. Dużo się wtedy działo. To był moment konfrontacji, chwila prawdy o sobie. Musiałam się zatrzymać, spojrzeć na siebie z dystansu, dokonać życiowej rewolucji. Pracy nad „Zaklinaczem” towarzyszyła praca nad sobą. Dziś niczego nie żałuję, choć bywało ciężko. Zrozumiałam, że przewrót jest czasem konieczny, szczególnie, gdy to, co mamy ciągnie nas na dno, wyniszcza i unieszczęśliwia. A spotkania z Czytelnikami, listy, które dostaję, utwierdzają mnie tylko w przekonaniu, że warto było przez to wszystko przejść.
Pracujesz już nad kolejną powieścią?
S. K.: – Tak. Książka ma tytuł „Cafe Istanbul”.
W jaki sposób kultura Orientu zmienia Twoje postrzeganie świata?
S. K.: – Nie wiem, czy zmieniła, prędzej wzbogaciła. Z tym, że mój Orient to nie wielka polityka, zamachy i wojujący islam. Zajmuje się tym tak wielu ludzi, że ja już nie muszę. Chcę wydobyć z Orientu to, co w nim zapomniane i niedoceniane, zepchnięte na dalszy plan: baśniowość, wspólnotowość, życie miast, codzienność odbiegającą od obrazków znanych z telewizji.
Uważamy się za ludzi cywilizowanych, lubimy się z tego powodu wywyższać, a mi Orient na każdym kroku pokazuje, że cywilizacja ma też drugą, mroczniejszą naturę. Za jej rozwój, za ten ciągły pęd płacimy pogłębiającą się samotnością, rozpadem podstawowych więzi międzyludzkich, na przykład sąsiedzkich, zatracamy umiejętność cieszenia się z drobiazgów.
Podobno jesteś zakochana w Tunezji. Nie boisz się tam jeździć?
S. K.: – Nie boję się, nigdy się nie bałam, chociaż obecnie zalecałabym daleko idącą ostrożność osobom, które zamierzają udać się w tym kierunku. Obawiam się, że ostatnie zamachy to jeszcze nie koniec, ale też nie wpadałabym z ich powodu w obsesję. Spójrzmy na to, co stało się niedawno w Norwegii, przyjrzyjmy się strzelaninom w Stanach Zjednoczonych. Niebezpieczeństwo może na nas czyhać wszędzie. Wybierając miejsce wyjazdu, trzeba po prostu kierować się rozsądkiem. Dopóki z Państwem Islamskim nie zostanie podjęta skuteczna walka, dopóki nie dojdzie w tym zakresie do zjednoczenia sił na skalę międzynarodową, w każdym zakątku świata może zdarzyć się to, co zdarzyło się ostatnio w Tunezji.
Czym różni się Tunezja, którą znasz od tej znanej z telewizji?
S. K.: – Mało znam Tunezję z telewizji. Kraje arabskie w ogóle nie mają szczęścia do mediów. Po ostatnim zamachu oglądałam co prawda programy informacyjne, ale po krótkim czasie dałam sobie spokój. Najbardziej przeraził mnie poziom wypowiedzi tzw. ekspertów. Przeraził i kazał zastanowić się nad znaczeniem słowa „ekspert”. Tunezja to piękny i przyjazny kraj. Tak, nie zawsze bezinteresowny, pełen swoich lokalnych śmiesznostek, ale idealne kraje przecież nie istnieją. O Tunezji mogłabym długo opowiadać. Moja Tunezja to miejsca odległe od strefy turystycznej. To odwiedzane domy, wąskie uliczki, spacery po dachach, sprawdzanie co kryje się w zaułkach. Po ukończeniu „Cafe Istanbul” zamierzam napisać książkę, której akcja toczy się w Tunezji, w pięknej miejscowości Sidi Bou Said.
Shirin Kader – pisarka, autorka powieści "Zaklinacz słów", a także recenzji i tekstów literackich związanych z Orientem.