„Jak nie będziemy robić nic, to nic się nie zmieni”. O bobrach, aktywizmie i ochronie przyrody [wywiad]
Bobry wciąż bywają postrzegane głównie jako problem – dla rolników, zarządców wód czy samorządów. Tymczasem ich działalność wspiera retencję, tworzy siedliska dla innych gatunków i pomaga zatrzymywać wodę w krajobrazie. O tym, jak wygląda obrona bobrów w praktyce, czym zajmuje się Stowarzyszenie Nasz Bóbr i skąd brać siłę do działania mimo frustracji, rozmawiamy z Jolantą Zadrożną – aktywistką i miłośniczką przyrody.
O tym, dlaczego bobry są jednym z najważniejszych sprzymierzeńców przyrody, skąd bierze się konflikt na linii człowiek-dzikie zwierzę i co daje codzienny, lokalny aktywizm, opowiada Jolanta Zadrożna ze Stowarzyszenia Nasz Bóbr.
Natalia Czarkowska: – Czy mogłabyś opowiedzieć trochę o swojej ścieżce i o tym, jak ona doprowadziła Cię do… bobrów?
Jola Zadrożna: – Bobry zawsze fascynowały mnie jako zwierzęta, które potrafią przeobrazić środowisko pod siebie. Szukają takich przestrzeni, gdzie mogą się osiedlić. Jeżeli jest to jakiś niezbyt duży ciek, to budują tamę, mozolnie zdobywając każdą gałązkę, ścinając do tego drzewa, nosząc tony mułu. Naprawdę, nieraz robią to tak fascynująco; potrafią w łapach przynieść grudę mułu wielkości piłki lekarskiej! Za to je podziwiam – że są wytrwałe w tym, co robią. Jeżeli ludzie niszczą im tamę, to one dzielnie ją odbudowują. A ludzie robią to, aby bobry wyniosły się z danego miejsca. Tu u mnie na przykład (województwo pomorskie, Reda – przyp. N. C.), tamy były niszczone przez 11 lat, a bobry ciągle je odbudowywały, trwając w tym miejscu. Ale co będzie z nimi dalej? To się okaże.
Dopytam w takim razie o Stowarzyszenie Nasz Bóbr, którego jesteś członkinią, a które działa już od 2018 roku. Czy mogłabyś opowiedzieć, jak doszło do jego zawiązania i jak mniej więcej przebiega praca ludzi zrzeszonych pod jego szyldem?
– Stowarzyszenie założył Roman Głodowski, jako że w 2018 roku w Polsce nie było ani jednej takiej organizacji. Do tej pory jesteśmy jedynymi w Polsce, którzy zajmują się stricte bobrem europejskim. Oczywiście w statucie mamy też wpisaną ogólną ochronę przyrody i zwierząt, ale skupiamy się głównie na bobrach, ponieważ nikt inny nie prowadzi w tym zakresie działań systemowych. Pojawiła się ostatnio jedna fundacja z Krakowa, która też jest zainteresowana ich losem, ale chodzi tu głównie o kwestie odstrzału; na przykład, kto najwięcej wnioskuje o odstrzał? A my koncentrujemy się na całości, na konfliktach na linii bóbr-człowiek, na postępowaniach w RDOŚ (Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska – przyp. N. C.), na działaniach Wód Polskich na szkodę bobrów, na działaniach nadleśnictw. Plus edukacja, na którą akurat aktualnie niestety jest najmniej czasu. Ale mamy tutaj też dopływ wolontariuszy i jeżeli są osoby chętne, to przyjmujemy. Na naszej stronie jest formularz do wypełnienia, w którym można zaznaczyć, co dana osoba chciałaby robić i na czym się skupić (formularz dostępny pod adresem: www.naszbobr.pl – przyp. N. C.).
Jeśli ktoś byłby zainteresowany wolontariatem u Was i taką pracą w terenie, gdzieś bezpośrednio w otoczeniu przyrody, obok zwierząt, to na czym wówczas polegałyby obowiązki takiej osoby?
– Chodziłoby tutaj przede wszystkim „pilnowanie swojego terenu”. Polega to na regularnym kontrolowaniu wybranego miejsca, pilnowaniu tam, przemierzaniu chaszczy, na sprawdzaniu, czy wszystko jest w porządku u bobrów, czy nikt im nie przeszkadza. Zdarza się, że pojawiają się myśliwi, którzy chcą po prostu zakłusować na bobry albo niszczone są tamy. W takich miejscach wstawiamy na przykład fotopułapki, aby sprawdzić, kto dokonuje uszkodzeń. I bardzo często zgłaszamy te sprawy na policję.
A czy mogłabyś powiedzieć parę słów o tym, kim jest bobrowniczy?
– Bobrowniczy to osoba – przynajmniej w Stowarzyszeniu Nasz Bóbr – która dba o bobry zazwyczaj w najbliższej okolicy, ale czasem też na przykład w całym województwie, w zależności od tego, ile osób jest na danej przestrzeni do opieki nad okolicznymi rodzinami bobrów. Bobrowniczy troszczy się o to, żeby nie zakłócano ich spokoju. Jeżeli są jakieś sytuacje, w których wiemy, że, na przykład, został złożony wniosek do Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska o pozwolenie na niszczenie siedliska albo na odstrzał bobrów, to też staramy się wówczas brać udział w postępowaniu jako strona i bierzemy udział w wizjach terenowych czy w oględzinach. Nieraz wspomagamy też samych rolników. Spotykamy się z nimi i sugerujemy, jak można zadziałać, aby i rolnik był syty, i bóbr cały (uśmiech).
A jak duża jest obecnie populacja bobrów w Polsce?
– Tego do końca nie wie nikt, ponieważ nie było w ostatnich latach przeprowadzanych liczeń. Według danych GUS szacuje się, że jest to około 150 tysięcy osobników. Często te szacunki są jednak zawyżane, ponieważ, jeżeli na przykład ktoś widzi bobra i pełno drzew ściętych, to twierdzi, że samych bobrów musi być w danym miejscu cała masa. A my z własnego doświadczenia wiemy, że nawet pojedynczy bóbr może wyciąć całą armię drzew. Zauważalne jest też, że kiedyś rodziło się na przykład około czterech młodych. A teraz – od jednego do maksymalnie trzech.
Chociaż i tak widoczny jest tutaj niesamowity przeskok – źródła wskazują, że w czasach II wojny światowej populacja bobrów w całej Polsce liczyła raptem kilkaset sztuk!
– Tak. One były po tym etapie reintrodukowane w ośrodku w Popielnie, czym zajmowali się leśnicy i myśliwi. To był jeden z pierwszych takich ośrodków. Ten i drugi na Podlasiu.
A czy mogłabyś naświetlić, dlaczego bóbr jako gatunek jest tak ważny dla ekosystemu? Co on do niego wnosi?
– Wśród pojęć biologicznych znaleźć można takie określenie, że bóbr jest „gatunkiem zwornikowym”, czyli „trzyma” wszystko w całości. Dla przykładu, jeżeli bóbr zbuduje tamę, to nie jest to dla niego tylko dom, ale tworzy on też w ten sposób rozlewisko, które staje się później siedliskiem i miejscem żerowania wielu ptaków. Mogę potwierdzić obserwację, że w takich miejscach pojawiają się nawet na przelotach podczas migracji różne gatunki ptaków np. siewkowych: biegusy, bataliony, łęczaki, a nawet żołny. Tama powoduje też, że spowolniony zostaje nurt wody, a więc kształtuje się idealne siedlisko dla płazów.
Czytałam również, iż rola bobrów jest też bardzo istotna, jeżeli chodzi o retencję wody. Działalność bobrów niesie więc pozytywne konsekwencje nie tylko dla środowiska naturalnego, ale także dla środowiska ludzkiego – bo wiosną, w wyniku roztopów, nie dochodzi do aż tak gwałtownych powodzi.
– Generalnie to właśnie jest tak, że tamy spowalniają powódź, ponieważ zatrzymują one wtedy tę wodę i ona nie idzie bardzo szybko z nurtem, tylko jest spowolniona i wtedy rozlewa się tam, gdzie powinna się rozlać. Dla tych osób, które są zainteresowane przyrodą i jej chronieniem, to takie rozlewisko bobrowe to jest po prostu istny cud. Ale większość osób traktuje bobry nadal jako szkodniki i nie widzi tego w ten sposób. Rolnik postrzega to często tak, że on ma zalaną ziemię i nie może jej uprawiać. W związku z czym nie może, na przykład, skosić siana i otrzymać za nie dopłaty.
Czy nie jest tak, że istotnym „zwornikiem” powinna być w tym przypadku rola rządzących? Żeby, poprzez pewne rozwiązania systemowe, zminimalizować napięcie na przykład na linii rolnicy-bobry, a jednocześnie żeby rolnicy nie pozostawali z niczym, nie mogąc wykonywać swojej pracy?
– Wielokrotnie wnioskowaliśmy do ministerstwa o takie właśnie dopłaty za tereny zalewowe, żeby to nie było tak, że rolnik ma zalaną łąkę i nie może czerpać z niej żadnej korzyści, tylko żeby dostawał za to dodatkowe pieniądze. Jest taki profil na Facebooku Życie na pola. Autorzy są rolnikami i zostawili część swojej ziemi właśnie bobrom. Pozostawili też taki pas buforowy pomiędzy ciekiem a ziemią, którą uprawiają, ponieważ bardzo dobrze wiedzą, że bobry mają tam swoje nory i w pasie kilku metrów od cieku mogą tworzyć się zapadliska. Jeżeli jedzie się traktorem, ziemia może się zapaść nad takim bobrowym korytarzem. I rolnicy z Życia na pola zostawiają specjalnie taki pasek i nie mają dzięki temu problemu, że traktor im się zapada, bo po prostu omijają te miejsca, gdzie są nory.
A czerpią z tego taką korzyść, że nie ma wówczas np. suszy. Bo bobry same wody nie wytworzą i nie zatrzymają też jej tam, gdzie jej nie ma, ale jeżeli jest jej choć trochę, to potrafią zatrzymać setki litrów. I wówczas wszystko da się pogodzić.
A jeżeli na przykład jest tama, która powoduje zalanie jakiegoś obszaru uprawnego, to taką metodą alternatywną służącą godzeniu interesów człowieka i bobra jest montaż rury przelewowej, która potrafi utrzymać pożądany poziom wody w rozlewisku bobrowym. Wówczas nie dochodzi do podtopień.
A co było pierwszym impulsem dla Ciebie, żeby zacząć proaktywnie działać, jeżeli chodzi o środowisko naturalne?
– Takim impulsem było to, że rolnicy zniszczyli tamę bobrową właśnie w pobliskim mi miejscu. Od zawsze chciałam zobaczyć bobra, więc chodziłam, jeździłam sobie w dziksze tereny w pobliżu. Widziałam jakieś ślady bobrów, podcięte drzewa, ale nigdy nie było samych zwierząt. No i w momencie, kiedy już niedaleko domu znalazłam właśnie takie miejsce, to przysięgłam sobie, że będę codziennie jeździć tam rowerem, aż w końcu spotkam same bobry. I spotkałam je w czerwcu dwa lata temu (uśmiech). Miesiąc później przyjechałam tam jeszcze raz przed wyjazdem na urlop; patrzę, woda jakoś tak dziwnie szybko płynie. Jadę do przodu, spoglądam, a tam nie ma tamy, wszystko leży na brzegu. Okazało się, że okoliczny rolnik zlecił zniszczenie tamy koparką. I wtedy właśnie skontaktowałam się ze Stowarzyszeniem, i zgłosiłam sprawę na policję. No, później były następne akcje i już zostałam sama włączona, że tak powiem, bez proszenia się (półuśmiech), w stowarzyszenie, gdy zobaczono tę moją chęć działania.
A jak czujesz się wobec zmian klimatycznych? Bo to tutaj mamy konkretny przypadek i konkretną rzecz, która przydarzyła się konkretnej populacji bobrów. Ale różne siedliska zwierząt są niszczone w skali globalnej i rezerwaty przyrody wcale nie mają takiego poszanowania, jak powinny lub też nie są wcale tworzone w miejscach, w których powinny zostać stworzone. Jak Ty się na to wszystko zapatrujesz?
– Wydaje mi się, że do zmiany wielu rzeczy, które się dzieją, a z którymi się nie zgadzamy, potrzebne są zmiany systemowe. Pojedyncza jednostka, a nawet pojedyncze stowarzyszenia nie są w stanie nic zrobić, jeżeli nie będzie woli z góry. Tutaj przykładem, może nawet nie tyle co zmian klimatycznych, ale negatywnych działań instytucji państwowych, jest postępowanie Wód Polskich, które ciągle niszczą tamy i nory bobrowe. Potrafią też zniszczyć siedliska ptaków bez zezwoleń i dzieje się to, niestety, ciągle bezkarne. I dopóki nie będzie jakichś zmian „u góry” , to ciągle będzie to miało miejsce.
Masz poczucie frustracji z tym związane?
– Bardzo często boję się, że dojdzie do takiego „wypalenia aktywisty”. Bo w momencie, kiedy kolejny raz dostaję informację z policji, że „nie udało się znaleźć sprawcy” albo coś podobnego, to po prostu szlag mnie już trafia. Przytłaczająca jest też liczba wniosków o odstrzał bobrów składanych, na przykład przez gminy. I gdy przeglądam wykazy z informacjami publicznymi, często cisną mi się na usta niecenzuralne słowa.
Twierdzę jednak, że trzeba to robić, bo jak nie będziemy robić nic, to nic się nie zmieni, a będzie wręcz jeszcze gorzej.
A co Tobie osobiście daje aktywizm, jeśli chodzi o taki pozytywny wpływ?
– Pozytywnym to jest tylko dla mnie to, że po prostu, nawet jak się uratuje jakieś jedno istnienie zwierzęce, no to już się dla mnie liczy. To mnie napędza. Przynajmniej coś się robi. Nawet jeżeli nie możemy zmienić wszystkiego, co chcielibyśmy, ale daj to jakąś małą nadzieję na przyszłość. Tutaj się coś nagłośni, ci odstąpią od odstrzału – jest chociaż coś tam uratowane. Ostatnio właśnie udało nam się uratować 25 bobrów od odstrzału. Właściciel pałacu w Kopicach (województwo opolskie – przyp. N. C.) chciał je odstrzelić. Wyszło przy tym bardzo dużo nieprawidłowości i zainterweniowaliśmy.
Jest więc frustracja, która wynika bezpośrednio z działalności aktywistycznej, ale jest też taki moment trochę ukojenia i satysfakcji, gdy coś się powiedzie.
– Raz na jakiś czas coś się uda (półuśmiech)
Niektórzy ludzie chcieliby działać bardziej proekologicznie i żyć bardziej prośrodowiskowo, ale czasem trochę nie wiedzą jak. Czy masz jakieś może wskazówki wzięte z Twojego doświadczenia? Od czego można zacząć?
– Taka osoba powinna rozejrzeć się wokół siebie. Co jest cennego do ochrony? Na czym można się skupić? W czym można się doszkolić? Bo ja o bobrach też mało co wiedziałam, ale podowiadywałam się sama, czytając książki i poszukując pewnych informacji w internecie. Taka osoba musiałaby się więc skupić na tym, czego chce. Może dowiedzieć się też, jakie stowarzyszenia działają w okolicy, bo zawsze, jeżeli jest więcej osób na miejscu, to człowiek inaczej się czuje, wie, że zawsze ma jakieś wsparcie. Im więcej osób, tym lepiej, jeżeli działa się razem.
Jak postrzegasz środowisko naturalne i jak widzisz w nim rolę człowieka?
– Wydaje mi się, że środowisko naturalne powinno pozostać naturalne przy jak najmniejszej ingerencji człowieka. A więc jeżeli w danym miejscu są łąki, to powinny one pozostać łąkami. Jeżeli wchodzimy z zabudową w dane obszary i przepłaszamy stamtąd zwierzęta, one potem pojawiają się w miastach. A w miastach są nieproszone, więc najczęściej ponownie pojawia się temat ich odstrzału. Ich domem jest środowisko naturalne i takie właśnie powinno ono pozostać. I jeżeli my w nie wchodzimy, to powinniśmy się czuć jak goście, czyli jak najmniej przeszkadzać i ingerować w ten „dom”.
Czyli taka ostateczna rada byłaby chyba taka, że musimy zrezygnować z naszego antropocentryzmu i zacząć patrzeć na inne gatunki jak na też podmioty, traktując reprezentantów i reprezentantki innych gatunków jak istoty nam podobne, tylko funkcjonujące w innych zakresach, na trochę innych poziomach komunikacji.
– Tak, one są na równej linii z nami. Zresztą zwierzęta były na świecie wcześniej niż ludzie i warto o tym pamiętać. Warto też zwrócić uwagę na jeszcze jedną rzecz. Posłużę się tu przykładem bobrów. One są monogamiczne i wiążą się w pary na całe życie, a często dożywają około 30 lat. I człowiek mógłby się naprawdę wielu rzeczy od nich nauczyć: wzajemnego szacunku, miłości, okazywania przede wszystkim tego, czego właśnie my ludzie często nie robimy, a może nawet nie potrafimy tego robić. Zajmują się więc sobą nawzajem, pomagają sobie.
A jak widzisz siebie i swoją przyszłość aktywistyczną?
– Dobre pytanie. Nie wiem. Myślę, że na pewno nie przestanę działać. Będę chciała to robić cały czas w ramach możliwości. No bo też pracuję na dwa etaty i wszystko, co robię, to robię po pracy kosztem swojego prywatnego czasu i, no, nie ma co ukrywać, też rodziny. Ale na pewno chciałabym robić to, co teraz, z jeszcze lepszym oddźwiękiem. Żebyśmy mieli wpływ na rzeczy, na które teraz nie mamy, na przykład na jakieś odgórne działania. Chcemy łagodzić występujące napięcia, bo istnieje duża presja – najczęściej idąca od rolników albo Wód Polskich, żeby likwidować jak najwięcej konstrukcji bobrzych i samych bobrów. RDOŚ w Olsztynie podała na przykład ostatnio, ile szkód wyrządziły tam bobry, ile wilki i tak dalej. I wszędzie są widoczne tylko te szkody, a już o plusach się nie mówi.
Czyli kryje się tu też takie pragnienie, żeby zmienić narrację otaczającą bobry i zmienić sposób myślenia o nich poprzez zmianę sposobu mówienia o nich i przedstawienia ich w mediach?
– Tak, musimy też spojrzeć na plusy, a nie tylko na minusy.
Wywiad przeprowadziła Natalia Czarkowska w ramach projektu "Leśna szkoła klimatu".
„Dofinansowane z UE"
Źródło: Fundacja Instytut Rozwoju Przedsiębiorczości i Ekonomii Społecznej