Historia Czakusia miała ocieplać wizerunek urzędu, ale odsłoniła coś znacznie poważniejszego: systemową niewydolność opieki nad bezdomnymi zwierzętami. Za pojedynczym „szczęśliwym” przypadkiem stoją tysiące anonimowych kotów i psów, których ratowanie spada na prywatne osoby, ich emocje i pieniądze. Empatia zastępuje system, a państwo umywa ręce. Problemem nie jest jeden pies — problemem jest cały model „pomocy”.
5 maja w łęczyckich mediach głośno było o wypowiedzi burmistrza, w której zarzuca on opozycji naśmiewanie się ze zwierząt, a konkretnie Czakusia, psa którym zajmują się urzędnicy. Kontekst samego wpisu dotykającego poniekąd referendum o odwołaniu gospodarza miasta ze stanowiska wydaje się tu drugorzędny, ktoś faktycznie mógł zakpić w komentarzu z urzędników, sugerując, że „płacą im za wyprowadzanie psa” lub podobnie.
W tym kontekście warto przytoczyć pełną treść wpisu burmistrza Pawła Kuleszy:
„W naszym Urzędzie Miejskim kilka lat temu (dokładnie 6) wydarzyła się historia, która zamiast jednoczyć ludzi wokół dobra, stała się dziś powodem kpin i niezrozumienia grupy osób, którzy w niezrozumiałej dla mnie walce, przekraczają granice. Sprawa dotyczy psa – Czakusia, który został uratowany z bardzo trudnych, wręcz tragicznych warunków. Zwierzę było zaniedbane i potrzebowało nie tylko leczenia, ale także poczucia bezpieczeństwa i troski. Zamiast trafić do przepełnionego schroniska, pies znalazł schronienie w naszym urzędzie. Wśród naszych codziennych obowiązków stał się cichym towarzyszem pracy. Co istotne, jego utrzymanie – karmę, opiekę weterynaryjną i inne potrzeby – pokrywają z własnych pieniędzy pracownicy urzędu, w tym ja sam oraz osoby spoza urzędu. Nie jest to więc inicjatywa finansowana z miejskiego budżetu, lecz wspaniały gest ludzi, którzy postanowili pomóc Czakusiowi.
Tego rodzaju postawa mogłaby być przykładem empatii i odpowiedzialności społecznej. Tymczasem ktoś zdecydował się zareagować inaczej. W przestrzeni publicznej pojawiły się prześmiewcze plakaty, które wyśmiewają zarówno psa, jak i osoby sprawujące nad nim opiekę. Tego typu działania budzą pytania o granice krytyki oraz o to, czy wrażliwość na los słabszych nie powinna być raczej powodem do uznania niż drwin. Cała sytuacja pokazuje szerszy problem, jak łatwo dobre intencje mogą zostać zniekształcone przez negatywne nastawienie i brak zrozumienia. Zamiast dostrzec w tej historii przykład zaangażowania i ludzkiej przyzwoitości, niektórzy wybierają szyderstwo. Warto się zastanowić, co taka reakcja mówi o nas jako społeczności. Czy naprawdę chcemy żyć w miejscu, gdzie pomaganie staje się powodem do kpin? A może lepiej byłoby potraktować tę historię jako przypomnienie, że nawet w instytucjach publicznych jest miejsce na zwykłą ludzką dobroć”.
Problem nie leży jednak w samej zaczepce internetowej, lecz w tym, jak w odpowiedzi Kulesza próbował wykorzystać tę sytuację wizerunkowo. Posłużenie się wizerunkiem bezbronnej istoty zamiast ocieplić przekaz, raczej uwypukliło jego instrumentalny charakter i w efekcie przyniosło odwrotny skutek.
Takie wykorzystywanie pojedynczych zwierząt do budowania wizerunku samorządów nie jest oczywiście niczym nowym ani szczególnie godnym pochwały. Choć może budzić sympatię, w praktyce często sprowadza zwierzę do roli medialnego rekwizytu (tak jak w przypadku kocich „lokalnych celebrytów” – Campera ze Szczecinka czy szczecińskiego Gacka – oba koty były ofiarami eksploatacji, przy czym dla tego drugiego historia skończyła się szczęśliwie, Camper niestety zginął tragicznie). W dodatku odwraca uwagę od systemowego problemu, jakim jest niedziałająca w Polsce ochrona przed bezdomnością.
Ta nie ma postaci pojedynczego psa czy kota, lecz dotyczy tysięcy anonimowych istot, które codziennie walczą o przetrwanie na ulicach miast i wsi. Tymczasem pojedyncze historie tego typu sukcesów bywają jedynie plasterkiem na znacznie głębszą ranę, jaką jest systemowa niewydolność systemu opieki nad zwierzętami.
Piszę o tym również z własnej perspektywy, bo od lat kiedy mogę zajmuję się ratowaniem kotów w bardzo trudnych sytuacjach, często finansując leczenie z własnych środków, sięgających kilku tysięcy złotych za jeden przypadek. Budżet, a właściwie jego brak, jest tu największą przeszkodą.
Mogłabym zatrzymać się przy jednym przypadku i ogłosić sukces empatii nad obojętnością. To mógłby być kot Dinuś wyciągnięty z prowizorycznej budki w Boże Narodzenie przed zamarznięciem, cały w gnidach, z kocim katarem i większością zębów do usunięcia sprawiających mu ogromny ból, którego każdy uznał za „kota dzikiego” a więc niewartego pomocy, a który po niecałym pół roku okazał się rozbrykanym miziakiem, małym kocurkiem w ciele dorosłego kota, kochającym ludzi i innych przedstawicieli swojego gatunku. To mógłby być nieżyjący już Krystian ściągnięty z ulicy w środku zimy, oceniony jako kot, który przecież dobrze sobie radzi przymarzając do parapetu okienka piwnicznego razem z przemokniętą, ciemną od brudu poduszką, a faktycznie cierpiący na białaczkę, przerost okrężnicy i ciężkie zapalenie jamy ustnej, przez co bez pomocy lekarskiej nie mógł ani jeść ani się wypróżniać. Mógłby to być jeden z kociaków, któremu obojętność mogła zapisać los w postaci śmierci pod kołami samochodów, ale dzięki reakcji trafiły do kochających domów w stolicy i innych miastach. Nie o to jednak chodzi, żeby się zatrzymywać, kiedy walka ledwo się zaczęła a liczba tych niekochanych, niezaopiekowanych bije na głowę resztę.
Niedawno sama postanowiłam skorzystać z pomocy Miasta, gdy znalazłam na oko świeżo porzuconego, oswojonego i zadbanego kocura, który przez co najmniej kilka dni błąkał się po osiedlu szukając pomocy, aż stał się atrakcją dla dzieci i przechodniów, którzy robili mu płonne nadzieje swoim zainteresowaniem. Zabrałam go jakoś w środku nocy przed Poniedziałkiem Wielkanocnym, zaangażowałam Animal Helper i centrum kryzysowe jako wsparcie. Wydawało mi się, że przy takiej sytuacji pomoc będzie oczywista.
Niestety urząd praktycznie nas ignorował aż do końca sprawy, mimo licznych upomnień. Dopiero po rozmowie z uprzejmym pracownikiem Straży Miejskiej udało się doprowadzić do reakcji i zabrania go. Sam kot jednak finalnie nie trafił do schroniska (dysponującego kociarnią i raczej małą liczbą kocich towarzyszy), tylko do weterynarza współpracującego z miastem, który kilka dni później wydał go nieokreślonej osobie prywatnej, tłumacząc, że schronisko „nie jest miejscem dla kotów”, bo są samotnikami i tam cierpią. Polemizowałabym z takimi teoriami o kotach, ale zatrzymajmy się. Taka metoda działania byłaby całkiem w porządku, gdyby bezdomność dotyczyła jednego czy dwóch kotów, które pojawiają się okazjonalnie (oczywiście takie złudzenie faktycznie jest tworzone przez samorządy, w końcu mamy pojęcia w ustawach, które pozwalają ignorować cały szereg tych zwierząt i nie udzielać im pomocy ze względu na wysoki poziom zaniedbania, lęku i traumy — bo tym jest często „zdziczenie” — kierując się zawrotną logiką, zgodnie z którą ci którzy najbardziej oczekują pomocy jej nie otrzymują i konają w cierpieniu — mam tu na myśli oczywiście wymysł w postaci „wolno żyjącego kota”). Ale tak nie jest.
W praktyce wszystko to ma przykryć fakt, że miasto nie chce ponosić kosztów utrzymania kotów w schronisku, więc umowa nie jest realnie realizowana. Samorząd propaguje niechęć do rozwiązań państwowych, w iście republikańskim stylu zrzucając ciężar opieki na pojedyncze jednostki. Ocieka to trochę okrucieństwem, z którego sami nie zdają sobie sprawy, bo jak jednocześnie opisać instytucję dysponującą milionowymi środkami, która użala się nad sobą gdy obciąża się ją opieką nad zwierzętami, a jednocześnie nie widzi problemu, że te „niemożliwe koszta” ponoszą osoby prywatne, żyjące z własnych zarobków? Przypominam, że od stycznia 2026 minimalne wynagrodzenie za pracę w Polsce wynosi 4806 zł brutto. Na rękę (netto) oznacza to wypłatę w wysokości około 3605-3613 zł. Średnia nie jest o wiele wyższa.
I to dobrze pokazuje ten wspomniany wpis burmistrza, gdzie wręcz chwali się, że urzędnicy zajmują się psem z własnej pensji, zamiast włączyć go w normalny system pomocy. To dość kompromitujące i niesprawiedliwe, zważając na nierówność pomiędzy sytuacją pojedynczych urzędników a urzędu jako instytucji.
To z kolei odbija szersze tendencje w społeczeństwie zachłyśniętym prywatyzacją w sferze opiekuńczej, które systemowe gwarancje dobrostanu dla wszystkich istot zastępuje pełnymi emocji zrywami empatii wobec nielicznych, którym się poszczęści.
Autorką tekstu jest P. Kowalska – działa lokalnie na rzecz kotów bezdomnych, ze szczególną troską o koty zdziczałe, schorowane i starsze, czyli te uznawane za „trudne” i „nieadopcyjne”.
Źródło: Fundacja "W Imię Zwierząt"