Bezdomne koty nie cierpią wyłącznie przez obojętność. Często ich dramat to efekt aktywnej wrogości: niszczenia budek, zatruć, szykan wobec opiekunek społecznych. Przestrzeń publiczna tworzona jest dla ludzi, a zwierzęta wypychane na margines. Mit „wolno żyjących” usprawiedliwia brak odpowiedzialności. Pytanie nie brzmi, czy interweniować, lecz czy jesteśmy gotowi uznać ich prawo do miejsca i bezpieczeństwa.
Trudny los bezdomnych kotów (celowo nie używam określenia „wolno żyjących”, bo postuluję jego usunięcie – do tej pory sprawdziło się głównie jako furtka do normalizacji ich cierpienia; piszę to w chwili, gdy taki „dziki” kot pochrapuje na legowisku pod moim łóżkiem) bardzo często przedstawiany jest jako efekt obojętności i bezczynności. To tylko część prawdy. Zła sytuacja tych zwierząt nie wynika wyłącznie z bierności. Wręcz przeciwnie, bardzo często jest efektem aktywnych działań mających na celu utrudnianie im pomocy i uprzykrzanie życia osobom, które się jej podejmują. Kto próbował, ten wie, że pomaganie kotom nierzadko oznacza codzienne mierzenie się z wrogością i szykanami. Od nieprzyjemnych uwag i celowego utrudniania opieki, po otwarty wandalizm: niszczenie budek (które powinny być tylko rozwiązaniem tymczasowym do momentu znalezienia kotom bezpiecznego azylu, ale w praktyce to często pobożne życzenie), groźby podpalenia czy pobicia. Budki znikają, bywają dewastowane, a konflikty wokół jednego miejsca schronienia potrafią trwać latami.
Rzadziej niż kiedyś, ale nadal zdarzają się przypadki celowego zatruwania kotów, czasem wymierzone na złość opiekunkom społecznym, których rola jest kluczowa: pełnią nadzór nad koloniami, a zorganizowanej grupie kotów łatwiej jest zapewnić leczenie, zaplanować adopcje czy kastracje. W wielu gminach to właśnie opiekunki społeczne są nieformalnym zapleczem realizacji ustawowego obowiązku opieki nad kotami bytującymi na danym terenie, gdy samorząd zawodzi. Opiekunki wspominają, że takie sytuacje pozostawiają trwałą traumę i poczucie zagrożenia, a kontakty z organami ścigania często okazują się bezskuteczne. Osoby, które opiekują się kotami, to rzadko osoby o wysokim statusie społecznym z narzędziami do radzenia sobie w takich sytuacjach, rzadko stoi za nimi jakaś grupa zapewniająca ochronę. Gdybym mieszkała na osiedlu strzeżonym czy w domu otoczonym ogrodem, pewnie także mnie „kocia sprawa” by ominęła.
„Niech łapią szczury” – jak stereotyp usprawiedliwia okrucieństwo
Zdarza się nawet, że ludzie protestują przeciwko tworzeniu azylów dla kotów, mimo że rozwiązałoby to problem bezdomności. Co więcej, szkodliwe przekonania na temat kotów funkcjonują nie tylko wśród osób im niechętnych, ale również wśród deklarowanych „zwierzolubów”, zwłaszcza z terenów wiejskich. Utrwalił się tam pogląd, że rolą „wolno żyjących” kotów jest łapanie szczurów, a żeby mogły ją spełniać, należy je celowo głodzić, bo najedzone nie będą polować, a przez to ich egzystencja „właściwie nie ma sensu”.
Często zakłada się, że otwarta przestrzeń jest neutralna i „naturalna”, a ludzie i zwierzęta po prostu sobie w niej współistnieją. Towarzyszy temu romantyzowanie tej przestrzeni i błędne przekonanie, że zwierzęta są do niej perfekcyjnie przystosowane, co w rzeczywistości nie jest prawdą, niezależnie od gatunku, o jakim mówimy.
Przestrzeń publiczna tylko dla ludzi?
Koty zdziczałe, mimo że status zdziczenia jest płynny („beznadziejne przypadki” mogą się oswoić, gdy trafią do stabilnego otoczenia, a te oswojone, które trafiają na ulicę, po prostu zdziczeć) znajdują się w szarej strefie, odmawia się im bycia w przestrzeni publicznej, jednocześnie zniechęca do zapewnienia im domu i zamyka przed nimi miejsca w schroniskach. Mają niskie szanse na przyjęcie do fundacji, które zwykle stawiają na zwierzęta ułożone, wpisujące się w „rodzinny obrazek”, z dużą szansą na adopcję.
Wspólna przestrzeń jest tworzona dla ludzi i podporządkowana ich potrzebom, i to nie wszystkich w równym stopniu, lecz głównie wąskiej, uprzywilejowanej grupie. Nawet to, co nazywamy dziś „dziką przyrodą”, jest w ogromnym stopniu przekształcone przez działalność człowieka. Ludzie już teraz w znaczący sposób wpływają na ekosystemy, więc pytanie często nie brzmi czy interweniować, ale jak interweniować, żeby było w nich miejsce dla wszystkich. System zarządzania przestrzenią wypycha poza jej granice zarówno zwierzęta, jak i ludzi spoza grupy dominującej.
Wszystko to dla nas, ale bez gotowości wzięcia odpowiedzialności za zwierzęta, które znalazły się tam na skutek naszych zaniedbań. Czasem osoby opiekujące się kotami opisują, że w takich sytuacjach czują się osamotnione i zagrożone, a próby uzyskania wsparcia ze strony policji czy urzędów pozostawiają poczucie frustracji i traumy. Można czasem usłyszeć zarzut, że ich działania pomocowe „wywracają wszystko do góry nogami”, że przez nie „życie kota zaczyna znaczyć więcej niż życie człowieka”. Tymczasem sam postulat godnego funkcjonowania zwierząt w przestrzeni publicznej przedstawiany jest jako zagrożenie dla ludzkiej pozycji. To dominacja przestrzeni przez ludzi, a nie obecność kotów czy pomoc dla nich, leży u podstaw konfliktów oraz wrogości wobec zwierząt i osób, które im pomagają.
Autorką tekstu jest P. Kowalska – działa lokalnie na rzecz kotów bezdomnych, ze szczególną troską o koty zdziczałe, schorowane i starsze, czyli te uznawane za „trudne” i „nieadopcyjne”.
Tekst zostało publikowany także na stronie wimiezwierzat.pl oraz na FB Fundacji.
Źródło: Fundacja "W Imię Zwierząt"