Przeglądarka Internet Explorer, której używasz, uniemożliwia skorzystanie z większości funkcji portalu ngo.pl.
Aby mieć dostęp do wszystkich funkcji portalu ngo.pl, zmień przeglądarkę na inną (np. Chrome, Firefox, Safari, Opera, Edge).
Białoruś, uchodźcy, wieloryby - 312 stron o polskiej reklamie społecznej
Wojciech Makowski
Po razy drugi, po „Propagandzie dobrych serc” sprzed pięciu lat, Agencja Wasilewski wydała książkę, która podsumowuje dorobek reklamy społecznej w Polsce. Przypomina ona większość ważniejszych kampanii z lat 2002-2006. Zawiera też sporo porad, co robić, aby nasze akcje znalazły się w kolejnej edycji.
Pierwsze, co mi się rzuciło w oczy, kiedy porównałem książkę z 2002
roku z tą świeżo wydaną, to że ta nowa jest grubsza. Sam rozdział
prezentujący kampanie z ostatnich lat zajmuje ponad 100 stron. Nie
ma miejsca na żadne wypełniacze, takie jak kolekcja zaangażowanych
społecznie peerelowskich pudełek od zapałek, która pojawiła się w
pierwszym tomie. A drugie spostrzeżenie – o wiele lepiej pamiętam
reklamy z pierwszego tomu. „Pajacyk”, „Cała Polska czyta dzieciom –
20 minut dziennie”, kampanie Fundacji Jolanty Kwaśniewskiej (zawsze
na bardzo licznych billboardach) miały szanse wryć się w pamięć, bo
przypadły na czasy, kiedy reklam społecznych było mniej i w ogóle
przesyt przekazami nie był jeszcze tak mocny.
Zła wiadomość: te czasy już nigdy nie wrócą. Ostatni rozdział książki, „Reklama społeczna w czasach nieuwagi” Marka Krajewskiego, przynosi gorzkie wnioski: reklama społeczna opatrzyła się i coraz częściej jest traktowana po prostu jak kolejna reklama – czyli intruz. W połączeniu z erozją społecznego konsensusu i kurczeniem się listy spraw niekontrowersyjnych, które wszyscy uważają za ważne i warte poparcia, znacznie utrudnienia to prowadzenie kampanii. Krajewski proponuje rozwiązanie: zamiast reklam społecznych robić społecznościowe – nie ogólnokrajowe, ale adresowane do konkretnych lokalnych społeczności i razem z nimi projektowane. Oczywiście, jest to tak odmienne od obecnego modelu tworzenia reklam społecznych, że bardzo trudno byłoby to wcielić w życie. Przyznaję jednak, że przykład, który Krajewski podaje, pokazuje, że zerwanie z myśleniem „rozwiążmy ten palący problem społeczny jakimś fajnym billboardem” ma w sobie duży potencjał. Opisuje on kampanię na rzecz bezdomnych, polegającą na przeprowadzeniu ich do stu namiotów na skraju zamożnej dzielnicy Paryża, w okresie wyborów prezydenckich i świątecznych zakupów. Efekt medialny łatwo sobie wyobrazić.
Otrzeźwiającą porcję ważnych prawd znajdziemy też w rozdziale Michała Soroczyńskiego, do niedawna dyrektora agencji TBWA Warszawa, jednej z najbardziej aktywnych w tworzeniu reklam społecznych. Soroczyński pisze o dominującym modelu współpracy między organizacją a agencją: Organizacja przychodzi i mówi „nie znamy się na reklamie, ale nasza działalność jest tak bardzo szczytna i ważna, że na pewno opowiecie to jakoś ładnie”, agencyjni kreatywni „wyżywają się” artystycznie, żeby odreagować kampanie żelów do mycia toalet, a jakichkolwiek badań, co z tego ludzie rozumieją, się nie robi. Wychodzą z tego niekomunikatywne kampanie, na widok których można tylko podrapać się w głowę i pomyśleć: „ale o co im w ogóle chodziło?” (o kilku z nich, poruszających grząski temat równości płci, pisała niedawno Agnieszka Kaim).
Paru rzeczy niestety mi w tej publikacji brakuje. Przede wszystkim jakiejś płyty ze spotami telewizyjnymi, radiowymi i kinowymi oraz kreacjami internetowymi. Operowanie samym papierem wymusiło skoncentrowanie się na billboardach i prasie. O niektórych reklamach telewizyjnych przypominają tylko pojedyncze ujęcia. Kampanie używające różnych mediów nie mogły być zaprezentowane w całości.
Brakuje też liczb. Przede wszystkim, nie ma żadnych informacji o tym, na ilu nośnikach była prezentowana dana reklama – czy tych billboardów było dziesięć czy tysiąc. Taka informacja pozwoliłaby osądzić, czy poziom rozpoznawalności osiągnięty przez daną kampanię w przytaczanych w książce badaniach jest bliższy sukcesu czy porażki. Nie ma też nic o pieniądzach. O ile realizacja kreacji na zasadach non-profit często oznacza po prostu za darmo, to coraz trudniej pozyskać bezpłatnie nośniki, druk czy wyklejanie. O tych kosztach i ich ewolucji chętnie bym przeczytał. Jak również o tym, z wydatkami jakiego rzędu powinna liczyć się organizacja, która chciałaby poprzedzić i zakończyć swoją kampanię porządnymi badaniami, jak to sugeruje w swoim rozdziale Dominika Maison.
Trochę zamieszania wprowadza także sposób ilustrowania dłuższych artykułów – czasami kreacje reprodukowane na marginesach odnoszą się do tez tekstu, a innym razem po prostu zapełniają miejsce (do czego dochodzimy po dłuższej chwili zastanawiania się, czy ten billboard kampanii „Dziecko w sieci” dowodzi dobrego przebadania problemu przed akcją, czy po prostu jest atrakcyjny wizualnie).
Niezależnie od pewnych jej niedostatków i tak wszyscy marketerzy społeczni w Polsce muszą przeczytać tę książkę – bo po prostu innej nie mamy.
****
Piotr Wasilewski (red.): „Szlachetna propaganda dobroci, czyli drugi tom o reklamie społecznej”, Agencja Wasilewski, Kraków 2007, 312 stron, 95 zł.
Zła wiadomość: te czasy już nigdy nie wrócą. Ostatni rozdział książki, „Reklama społeczna w czasach nieuwagi” Marka Krajewskiego, przynosi gorzkie wnioski: reklama społeczna opatrzyła się i coraz częściej jest traktowana po prostu jak kolejna reklama – czyli intruz. W połączeniu z erozją społecznego konsensusu i kurczeniem się listy spraw niekontrowersyjnych, które wszyscy uważają za ważne i warte poparcia, znacznie utrudnienia to prowadzenie kampanii. Krajewski proponuje rozwiązanie: zamiast reklam społecznych robić społecznościowe – nie ogólnokrajowe, ale adresowane do konkretnych lokalnych społeczności i razem z nimi projektowane. Oczywiście, jest to tak odmienne od obecnego modelu tworzenia reklam społecznych, że bardzo trudno byłoby to wcielić w życie. Przyznaję jednak, że przykład, który Krajewski podaje, pokazuje, że zerwanie z myśleniem „rozwiążmy ten palący problem społeczny jakimś fajnym billboardem” ma w sobie duży potencjał. Opisuje on kampanię na rzecz bezdomnych, polegającą na przeprowadzeniu ich do stu namiotów na skraju zamożnej dzielnicy Paryża, w okresie wyborów prezydenckich i świątecznych zakupów. Efekt medialny łatwo sobie wyobrazić.
Otrzeźwiającą porcję ważnych prawd znajdziemy też w rozdziale Michała Soroczyńskiego, do niedawna dyrektora agencji TBWA Warszawa, jednej z najbardziej aktywnych w tworzeniu reklam społecznych. Soroczyński pisze o dominującym modelu współpracy między organizacją a agencją: Organizacja przychodzi i mówi „nie znamy się na reklamie, ale nasza działalność jest tak bardzo szczytna i ważna, że na pewno opowiecie to jakoś ładnie”, agencyjni kreatywni „wyżywają się” artystycznie, żeby odreagować kampanie żelów do mycia toalet, a jakichkolwiek badań, co z tego ludzie rozumieją, się nie robi. Wychodzą z tego niekomunikatywne kampanie, na widok których można tylko podrapać się w głowę i pomyśleć: „ale o co im w ogóle chodziło?” (o kilku z nich, poruszających grząski temat równości płci, pisała niedawno Agnieszka Kaim).
Paru rzeczy niestety mi w tej publikacji brakuje. Przede wszystkim jakiejś płyty ze spotami telewizyjnymi, radiowymi i kinowymi oraz kreacjami internetowymi. Operowanie samym papierem wymusiło skoncentrowanie się na billboardach i prasie. O niektórych reklamach telewizyjnych przypominają tylko pojedyncze ujęcia. Kampanie używające różnych mediów nie mogły być zaprezentowane w całości.
Brakuje też liczb. Przede wszystkim, nie ma żadnych informacji o tym, na ilu nośnikach była prezentowana dana reklama – czy tych billboardów było dziesięć czy tysiąc. Taka informacja pozwoliłaby osądzić, czy poziom rozpoznawalności osiągnięty przez daną kampanię w przytaczanych w książce badaniach jest bliższy sukcesu czy porażki. Nie ma też nic o pieniądzach. O ile realizacja kreacji na zasadach non-profit często oznacza po prostu za darmo, to coraz trudniej pozyskać bezpłatnie nośniki, druk czy wyklejanie. O tych kosztach i ich ewolucji chętnie bym przeczytał. Jak również o tym, z wydatkami jakiego rzędu powinna liczyć się organizacja, która chciałaby poprzedzić i zakończyć swoją kampanię porządnymi badaniami, jak to sugeruje w swoim rozdziale Dominika Maison.
Trochę zamieszania wprowadza także sposób ilustrowania dłuższych artykułów – czasami kreacje reprodukowane na marginesach odnoszą się do tez tekstu, a innym razem po prostu zapełniają miejsce (do czego dochodzimy po dłuższej chwili zastanawiania się, czy ten billboard kampanii „Dziecko w sieci” dowodzi dobrego przebadania problemu przed akcją, czy po prostu jest atrakcyjny wizualnie).
Niezależnie od pewnych jej niedostatków i tak wszyscy marketerzy społeczni w Polsce muszą przeczytać tę książkę – bo po prostu innej nie mamy.
| Wojciech Makowski - autor był przez wiele lat związany z Amnesty International, między innymi jako koordynator kampanii, ostatnio promuje zrównoważony transport. |
****
Piotr Wasilewski (red.): „Szlachetna propaganda dobroci, czyli drugi tom o reklamie społecznej”, Agencja Wasilewski, Kraków 2007, 312 stron, 95 zł.
Dodaj informację do portalu ngo.pl!
Czekamy na Twój artykuł, komentarz, wywiad czy relację. Dotrzyj ze swoją informacją do tysięcy osób, które czytają ngo.pl.
Artykuły opublikowane w portalu ngo.pl prezentują wyłącznie poglądy ich autorów, autorek. Wyrażone w nich opinie, komentarze nie muszą być tożsame z poglądami redakcji.
Przedruk, kopiowanie, skracanie artykułów (lub ich fragmentów) z portalu ngo.pl wymaga zgody redakcji.
-
●Dorota Setniewska, ngo.pl
-
●Anna Mucha, Stowarzyszenie MOST
-
●Anna Mucha, Stowarzyszenie MOST
-
●Iwona Danilewicz