Alicja w Krainie Dobrych Spraw. Bajka, która pomaga zrozumieć świat organizacji społecznych
Organizacje pozarządowe najczęściej opisujemy celami, rezultatami, projektami. Co jakby opowiedzieć o nich inaczej? Tak powstała historia Alicji i Mapy Dobrych Spraw. Opowieść inspirowana pracą nad Mapą Finansowania NGO. To zaproszenie do poznania świata fundacji, stowarzyszeń i przedsiębiorstw społecznych poprzez ludzi, ich misje i codzienne wybory.
Od autorki
Nie jestem pisarką.
Od ponad 20 lat pracuję z organizacjami pozarządowymi. Spotykam ludzi, którzy zmieniają swoje miejscowości, pomagają innym, tworzą miejsca pracy, walczą o ważne sprawy i każdego dnia udowadniają, że świat można zmieniać na wiele sposobów.
Zauważyłam jednak, że dla wielu osób ten świat pozostaje mało znany i często wydaje się skomplikowany. Niekiedy nawet moim znajomym trudno wyjaśnić czym się zajmuję.
Pomysł na tę opowieść zrodził się z inspiracji twórczością Johna Kottera. Pokazał on, że historie i bajkowe narracje potrafią wyjaśniać złożone zagadnienia lepiej niż definicje czy wykłady. Łatwiej je zapamiętujemy, pobudzają wyobraźnię i zachęcają do myślenia. Pozwalają spojrzeć na trudne sprawy z zupełnie innej perspektywy.
W tym samym czasie, wraz z zespołem Stowarzyszenia Centrum PISOP, pracuję nad Mapą Finansowania NGO, narzędziem, które ma pomóc organizacjom pozarządowym odnaleźć źródła finansowania najlepiej dopasowane do ich misji, sposobu działania i etapu rozwoju. W trakcie tej pracy wyróżniliśmy różne profile organizacji pozarządowych. To właśnie one stały się inspiracją dla bohaterów tej opowieści.
Pomyślałam wtedy, że skoro powstaje mapa dla organizacji pozarządowych, która pomaga im odnaleźć właściwą drogę do finansowania, to może warto stworzyć jeszcze jedną mapę dla tych, którzy dopiero chcą poznać świat organizacji społecznych?
Podczas szkoleń z zarządzania finansami dla organizacji zawsze opowiadam historię Alicji z krainy czarów, która nie wie którą drogą ma iść.
Tak właśnie narodził się pomysł na historię Alicji i jej Mapy Dobrych Spraw.
Nie jest to podręcznik ani poradnik. To opowieść o ludziach, którzy pomagają na różne sposoby. O stowarzyszeniach, fundacjach, spółdzielniach socjalnych, przedsiębiorstwach społecznych. O tym, że każda z tych organizacji ma inną misję, działa w inny sposób i korzysta z różnych sposobów finansowania. Wszystkie jednak łączy chęć zmieniania świata na lepsze.
Mam nadzieję, że ta historia pomoże lepiej zrozumieć świat organizacji społecznych i sposoby ich finansowania. Może sprawi również, że dostrzeżesz ludzi, którzy każdego dnia, często zupełnie po cichu, robią coś dobrego dla innych.
Nie ma przecież jednej drogi do zmieniania świata. Każdy musi odnaleźć swoją.
Choć Alicja i Kraina Dobrych Spraw są fikcją, wiele postaci i miejsc ma swoje źródło w rzeczywistości. Bohaterowie tej opowieści zostali zainspirowani ludźmi, których miałam szczęście spotkać podczas swojej pracy, a organizacje pojawiające się na kartach tej historii nawiązują do prawdziwych organizacji społecznych. Nie są ich wiernymi kopiami, ale powstały z ich doświadczeń, wartości i codziennej pracy.
Być może podczas lektury rozpoznacie niektóre z nich.
Zapraszam w podróż do Krainy Dobrych Spraw.
Mapa, która wybierała ludzi
Mówią, że na świecie istnieją dwa rodzaje map. Pierwsze pokazują drogę do miejsc.
Drugie prowadzą do skarbów. Jest jeszcze jedna mapa. Nie znajdziesz jej w księgarni ani w muzeum. Nie kupisz jej w sklepie z pamiątkami. Nie pokaże najkrótszej drogi do celu. Ta mapa nie szuka miejsc. Ona szuka ludzi.
Podobno pojawia się tylko wtedy, gdy ktoś zada sobie pytanie, na które nie zna jeszcze odpowiedzi.
Pytanie bez odpowiedzi
Tego lata takie pytanie zadawała sobie Alicja.
Miała piętnaście lat. Nie wiedziała jeszcze, kim chciałaby zostać ani co chciałaby robić w życiu. Im częściej słyszała pytanie: „Co dalej?”, tym mniej znała odpowiedź.
Pewnego wakacyjnego dnia schroniła się przed upałem w starej bibliotece. Lubiła to miejsce.
Panował tam spokój, pachniało książkami, a czas płynął trochę wolniej. Przechadzała się między regałami, przesuwając palcami po grzbietach książek. Nagle jedna z nich sama wysunęła się z półki i cicho upadła na podłogę. Miała zieloną okładkę. Bez tytułu. Bez nazwiska autora. Jedynie złoty znak drzewa, którego korzenie przypominały drogi.
Kiedy Alicja otworzyła książkę, znalazła w środku złożony pergamin. To była mapa, a właściwie… pusty pergamin. Nie było na nim miast. Nie było granic, dróg. Odwróciła go.
Na odwrocie widniało jedno zdanie: Nie szukaj drogi. Odkryj, kim jesteś.
– Chyba ktoś zapomniał dokończyć tę mapę – powiedziała cichym głosem.
– Przeciwnie.
Alicja odwróciła się.
Za ladą stała starsza bibliotekarka.
– Ta mapa nigdy nie jest skończona.
– Dlaczego?
Kobieta spojrzała na pergamin.
– Ona rysuje się dopiero wtedy, gdy spotyka właściwą osobę.
W tej samej chwili na środku mapy pojawiła się maleńka złota kropka. Powoli przesunęła się, zostawiając za sobą cienką linię. Po chwili zamieniła się w napis.
Wspólna Dolina.
Alicja podniosła wzrok.
– Co to za miejsce?
Bibliotekarka tylko się uśmiechnęła.
– To nie jest pytanie, które powinnaś zadać.
– A jakie?
– Kim są ludzie, do których prowadzi ta mapa?
Alicja ponownie spojrzała na pergamin. Nie wiedziała jeszcze, że właśnie rozpoczyna podróż po Krainie Dobrych Spraw. Podróż, która nie miała pokazać jej świata. Miała pomóc zrozumieć ludzi, którzy go zmieniają.
Wspólna Dolina
Kiedy Alicja rozwinęła mapę, zobaczyła tylko jedno słowo.
Wspólna Dolina
– Gdzie to jest? – zapytała głośno, jednak mapa nie odpowiedziała.
Złota linia poprowadziła ją przez las. Po kilkunastu minutach między drzewami pojawiły się pierwsze domy. Na placu przed świetlicą krzątało się kilkanaście osób. Jedni ustawiali stoły, inni rozwieszali kolorowe chorągiewki. Kilka dzieci malowało drewniane tabliczki.
Pośrodku stała drobna kobieta z notesem w ręku.
– Dzień dobry – powiedziała Alicja.
Kobieta uśmiechnęła się.
– Dzień dobry. Jestem Grażynka.
– A ja Alicja. Mapa mnie tu przysłała.
Grażynka spojrzała na pergamin i skinęła głową.
– To znaczy, że masz pytania.
– Mam ich całkiem dużo.
– To dobrze. Chodź.
Ruszyły powoli przez plac.
– Kim jesteście? – zapytała Alicja.
– Stowarzyszeniem.
– Co to właściwie znaczy?
Grażynka zatrzymała się.
– Widzisz panią, która dekoruje scenę?
– Tak.
– Jest członkinią naszego stowarzyszenia.
Wskazała starszego mężczyznę ustawiającego ławki.
– On też.
Potem grupę młodych ludzi.
– Oni również.
– Czyli wszyscy tu pracują?
Grażynka roześmiała się.
– Nie pracują. Działają, bo chcą. Nasze stowarzyszenie to grupa ludzi, którzy postanowili zrobić razem coś, czego każdy z osobna nie dałby rady.
Alicja chwilę się nad tym zastanawiała.
– Co robicie?
– To, czego potrzebuje nasza miejscowość. Organizujemy festyny, prowadzimy zajęcia dla dzieci, sadzimy drzewa, odnawiamy plac zabaw, pomagamy seniorom. Czasem robimy małe rzeczy. Czasem większe, ale zawsze dla ludzi, którzy tu mieszkają.
– Kto decyduje, co jest potrzebne?
– Nie ja.
– To kto?
– Mieszkańcy. To ich stowarzyszenie, nie moje.
Przeszły kilka kroków w milczeniu.
– Skąd macie pieniądze na takie lokalne działania?
Grażynka uśmiechnęła się.
– To pytanie lubię najbardziej.
Podeszła do stołu, przy którym siedziała kobieta z zeszytem.
– Basia właśnie zbiera składki członkowskie. To jedno ze źródeł.
Kilka metrów dalej mężczyzna rozładowywał skrzynki z napojami.
– Sklep pana Marka sponsoruje dzisiejszy festyn.
Przy wejściu do świetlicy wisiał plakat z herbem gminy.
– Gmina dofinansowała organizację wydarzenia.
– A to? – Alicja wskazała grupę nastolatków ustawiających stoły.
– Wolontariusze.
– Oni nie pracują dla pieniędzy.
– Nie wszystko, co ma wartość, da się przeliczyć na złotówki.
Alicja przyglądała się placowi.
– Czyli finansujecie inicjatywy się z wielu źródeł?
– Tak. Dzięki temu nie musimy polegać tylko na jednym. Gdy jedno się kończy, szukamy kolejnego.
– A co jest u was najważniejsze?
– Zaufanie ludzi.
Widząc zdziwioną minę Alicji, dodała:
– Gdy ludzie sobie ufają, łatwiej wspólnie zdobyć pieniądze. Odwrotnie to nie działa. Same pieniądze nie zbudują zaufania.
Alicja spojrzała na mapę. Na pergaminie pojawiło się zdanie.
Wspólna Dolina
Typ organizacji: stowarzyszenie
Misja: budowanie silnej wspólnoty.
Najczęstsze źródła finansowania: składki członkowskie, dotacje samorządowe, małe granty, wsparcie lokalnych przedsiębiorców, darowizny.
Na końcu dopisało się jeszcze jedno zdanie.
Największym kapitałem Wspólnej Doliny są ludzie.
Grażynka spojrzała na mapę i uśmiechnęła się.
– Widzę, że zapamiętałaś to, co najważniejsze.
Alicja zamknęła pergamin.
– Chyba już rozumiem, dlaczego zaczęłam właśnie od Wspólnej Doliny.
Mapa zwinęła się sama. Alicja schowała ją do plecaka i ruszyła dalej. Szła powoli, wciąż myśląc o słowach Grażynki.
"Najpierw ludzie. Potem pieniądze."
Do tej pory wydawało jej się, że organizacje powstają wtedy, gdy ktoś zdobędzie dotację. Teraz zaczynała rozumieć, że jest dokładnie odwrotnie. Najpierw pojawia się potrzeba. Potem ludzie. Dopiero później pieniądze.
Kiedy minęła ostatnie domy Wspólnej Doliny, mapa lekko zadrżała.
Na pergaminie pojawiła się nowa ścieżka. Prowadziła w stronę miejsca, którego jeszcze nie znała.
Na jej końcu widniał niewielki dom otoczony ogrodem.
Przystań
Przed wejściem rosła lawenda, a z otwartego okna dobiegał śmiech. Na drewnianej tabliczce widniał napis:
Przystań.
Na schodach czekały dwie kobiety.
– Dzień dobry – powiedziała jedna z nich. – Jestem Małgosia
– A ja Dorota – dodała druga.
– Jesteśmy siostrami.
– Mam na imię Alicja. Mapa przysłała mnie do was.
Siostry uśmiechnęły się.
– Czekałyśmy na Ciebie, pewnie masz do nas pytania?
– Mam.
Usiadły na ławce.
– Kim jesteście?
– Spółdzielnią socjalną.
Alicja zmarszczyła czoło.
– To nie fundacja?
– Nie.
– Ani stowarzyszenie?
– Też nie.
– To czym jest spółdzielnia socjalna?
Małgosia podniosła z ziemi dwa patyki. Jeden położyła osobno. Drugi oparła o pierwszy.
– Ten jeden łatwo przewrócić.
Dotknęła go lekko. Upadł. Potem spróbowała przewrócić dwa oparte o siebie. Nie udało się.
– Spółdzielnia powstała po to, żeby ludzie mogli razem pracować i utrzymywać się z tej pracy. Pomagamy innym, ale jednocześnie tworzymy miejsca pracy dla siebie i dla osób, którym trudno byłoby znaleźć zatrudnienie.
Alicja kiwnęła głową.
– A czym się zajmujecie?
– Chodź, zapraszamy do naszego dziennego domu seniora.
W pierwszym pokoju opiekunka czytała starszej pani książkę.
W kuchni ktoś przygotowywał obiad.
Na korytarzu pielęgniarka rozmawiała z seniorem.
– Pomagamy też innym osobom starszym tak by mogły mieszkać jak najdłużej w swoich domach – wyjaśniła Gosia – Robimy zakupy, sprzątamy, pomagamy w codziennych czynnościach. Czasem najważniejsze jest po prostu to, że ktoś przyjdzie i zapyta: „Jak się dziś czujesz?”.
Przeszły do drugiego budynku. Było tam cicho. Na ścianach wisiały dziecięce rysunki.
– A tutaj?
– To Wytchnienie.
– Co to znaczy?
– Są rodzice, którzy opiekują się swoim dzieckiem ze znaczą niepełnosprawnością dwadzieścia cztery godziny na dobę. Z czasem są to już osoby dorosłe, ale wciąż wymagają stałej opieki. Rodzice kochają je najbardziej na świecie, ale oni też potrzebują odpoczynku.
– I wtedy przyjeżdżają tutaj?
– Tak. Dzieci zostają z nami nawet przez dwa tygodnie. Mają opiekę specjalistów przez całą dobę. Rodzice zaś mogą nabrać sił, załatwić ważne sprawy albo po prostu się wyjechać na wakacje.
Alicja długo milczała.
– Nigdy o tym nie pomyślałam.
– Większość ludzi o tym nie myśli – odpowiedziała Małgosia – Dopóki nie spotka takiej rodziny.
Po chwili Alicja rozejrzała się po ośrodku.
– Widzę tu dużo opiekunek. To są wolontariuszki?
Małgosia uśmiechnęła się i pokręciła głową.
– Nie. To nasze pracowniczki.
– Naprawdę?
– Tak. Opiekujemy się ludźmi każdego dnia. Często przez całą dobę. Tego nie da się oprzeć wyłącznie na wolontariacie.
– Wolontariusze są dla nas ogromnym wsparciem – dodała Dorota – Jednak przychodzą wtedy, kiedy mogą. Nasi podopieczni potrzebują pomocy codziennie, o określonych godzinach. Dlatego zatrudniamy opiekunki, terapeutów, rehabilitantów.
– Czyli pomaganie może być… pracą?
– Oczywiście – odpowiedziała Małgosia – Dla wielu z nas to zawód. Tak samo jak dla nauczyciela, pielęgniarki czy strażaka. Różnica polega na tym, że pracujemy po to, by jak najlepiej realizować naszą misję.
Alicja zamyśliła się.
– Skąd więc bierzecie pieniądze na to wszystko?
Dorota uśmiechnęła się.
– A jak myślisz?
– Z jakiś grantów?
– Między innymi.
Zaprosiła Alicję do biura. Na tablicy wisiało kilka kartek.
Umowa z gminą.
– Gmina zleca nam część usług dla seniorów i prowadzenie domu seniora.
Program rządowy.
– Dzięki niemu możemy prowadzić Wytchnienie.
Opłaty za usługi.
– Niektóre osoby, rodziny same płacą za opiekę, gdy nie mamy dotacji na potrzebną usługę.
Alicja przyglądała się kartkom.
– Czyli zarabiacie?
– Tak.
– Myślałam, że organizacje społeczne nie powinny zarabiać.
Dorota uśmiechnęła się.
– Zarabiamy nie dla zysku. Zarabiamy po to, żeby jutro znów otworzyć drzwi Przystani i pomagać kolejnym osobom.
Mapa zadrżała. Na pergaminie pojawiły się nowe słowa.
Przystań
Typ organizacji: spółdzielnia socjalna (przedsiębiorstwo społeczne)
Misja: pomagać i jednocześnie tworzyć miejsca pracy.
Najczęstsze źródła finansowania: dotacje, usługi zlecane przez samorząd, programy rządowe oraz opłaty za świadczone usługi.
Na końcu mapa dopisała jedno zdanie.
Pomoc może być jednocześnie misją i pracą.
Alicja opuściła Przystań. Tym razem szła w ciszy. Myślała o seniorach, którzy są samotni i czekają codziennie na pomoc opiekunek. Nie spodziewała się, że pomaganie może być jednocześnie misją i codzienną pracą.
Mapa znów rozświetliła się ciepłym światłem. Złota linia pobiegła dalej.
Siłacze
Tym razem mapa nie zaprowadziła Alicji do lasu ani do dużego budynku. Zatrzymała się przy zielonym boisku.
Słychać było gwizdek trenera i śmiech dzieci. Na boisku kilkadziesiąt dzieci biegało za piłką. Jedni mieli może pięć lat, inni byli prawie dorośli. Przy linii bocznej stało dwóch trenerów.
– Jestem Mariusz.
– A ja Jakub.
– Mapa mnie do was przysłała – powiedziała Alicja.
– Tak, wiemy – odparł Mariusz – Trening zaraz się skończy. Będziemy mieli chwilę na rozmowę.
Po kilku minutach dzieci zbiegły z boiska. Jedne przybijały trenerom piątki, inne od razu pobiegły do rodziców.
– Kim jesteście? – zapytała Alicja.
– Gminnym Klubem Sportowym „Siłacze”.
– Czyli organizacją społeczną?
– Tak. Jesteśmy stowarzyszeniem.
– Wyglądacie jak szkółka piłkarska.
Jakub się uśmiechnął.
– Uczymy grać w piłkę, ale naszym celem nie jest tylko sport.
– Tylko co?
– Chcemy, żeby dzieci nauczyły się współpracy, odpowiedzialności i wytrwałości. Nie każdy zostanie piłkarzem, ale każdy może wynieść stąd coś na całe życie.
Alicja spojrzała na boisko.
– Ile macie drużyn?
– Siedem. Od pięciolatków po nastolatków.
– I wszystkie trenują?
– Dwa razy w tygodniu. Przez cały rok.
Alicja przypomniała sobie rozmowę z Małgosią i Dorotą.
– Czyli nie codziennie… To treningi prowadzą wolontariusze?
Mariusz uśmiechnął się.
– Pomagają nam wolontariusze. Ja i Jakub również działamy społecznie w zarządzie klubu.
– Jednak treningi prowadzą zatrudnieni trenerzy – dodał Jakub – Dzieci spotykają się z nimi regularnie, dlatego płacimy im za każdą godzinę pracy.
– Czyli organizacja sportowa też zatrudnia ludzi?
– Oczywiście. Jeśli chcemy zapewnić dzieciom dobre i bezpieczne treningi, potrzebujemy wykwalifikowanych trenerów.
Alicja skinęła głową.
– Zaczynam rozumieć… W każdej krainie spotykam wolontariuszy, ale tam, gdzie pomoc albo zajęcia odbywają się regularnie, potrzebni są też pracownicy.
– Właśnie tak – odpowiedział Mariusz – Wolontariat jest bardzo ważny, ale nie zastąpi codziennej, wymagającej kwalifikacji pracy.
Alicja jeszcze raz spojrzała na boisko.
– Tyle grup, tylu trenerów… To musi sporo kosztować.
– Kosztuje – przyznał Mariusz.
– To kto za to płaci?
Mariusz wskazał rodziców czekających przy ogrodzeniu.
– Większość z nich co miesiąc opłaca składkę za treningi.
– Czyli rodzice finansują klub?
– W dużej części tak.
– Co jeśli to nie wystarczy?
– Wspiera nas gmina. Czasem dostajemy dotację na szkolenie dzieci albo udział w turniejach. Szukamy też sponsorów na stroje i sprzęt.
Alicja chwilę się zastanawiała.
– To trochę inaczej niż w Wspólnej Dolinie.
– I inaczej niż w Przystani – dodał Jakub – Tam pomoc trafia do osób, które jej potrzebują. U nas rodzice świadomie zapisują dzieci na zajęcia i współtworzą klub.
– Czy tylko kluby sportowe działają w ten sposób?
Jakub pokręcił głową.
– Nie. Tak samo funkcjonuje wiele organizacji prowadzących zajęcia taneczne, muzyczne, czy artystyczne.
Alicja spojrzała na mapę.
Na pergaminie pojawił się nowy wpis.
Siłacze
Typ organizacji: klub sportowy prowadzony przez stowarzyszenie.
Misja: rozwój pasji, umiejętności i charakteru swoich podopiecznych.
Najczęstsze źródła finansowania: składki i opłaty uczestników, dotacje samorządowe, sponsorzy.
Na końcu mapa dopisała:
Tam, gdzie ludzie rozwijają swoje pasje razem, regularność i zaangażowanie budują silną organizację.
Alicja zamyśliła się.
Do tej pory sądziła, że klub sportowy i organizacja społeczna to dwie różne rzeczy. Teraz wiedziała, że mogą być jednym i tym samym. Mapa znów narysowała kolejny fragment drogi.
W powietrzu poczuła zapach siana.
Zwierzoland
Alicja wiedziała, że dotarła do kolejnej krainy, słyszała też parskanie koni.
Za drewnianym ogrodzeniem stały trzy spokojne konie. Kilkoro dzieci czyściło ich grzywy, a jedna z dziewczynek właśnie kończyła jazdę pod okiem instruktorki. Przy stajni czekała kobieta.
– Jestem Asia. Ty pewnie jesteś Alicja?
– Tak. Mapa przyprowadziła mnie do was.
Alicja rozejrzała się.
– Kim jesteście?
– Fundacją.
– A czym się zajmujecie?
Asia pogłaskała siwego konia.
– Ratujemy konie, które bez pomocy ludzi zostałyby sprzedane na rzeź albo nie miałyby gdzie żyć.
Alicja zamilkła.
– Naprawdę?
– Tak, a kiedy odzyskają siły, pomagają innym.
– Jak?
– Chodź.
Weszły na plac.
Mały chłopiec siedział na grzbiecie spokojnej klaczy.
– To hipoterapia – wyjaśniła Asia – Niektórym dzieciom koń pomaga zrobić krok, którego wcześniej nie potrafiły zrobić.
Po chwili do stajni przyszła grupa uczniów.
– A oni?
– Dziś mają zajęcia o tym, jak opiekować się zwierzętami i dlaczego warto pomagać słabszym.
Alicja uśmiechnęła się.
– Czyli pomagacie i zwierzętom, i ludziom.
– Jedni pomagają drugim.
Przez chwilę obserwowały dzieci. Alicja rozejrzała się po stajni.
– Opieka nad tyloma zwierzętami musi być bardzo wymagająca. Pracujesz tutaj sama?
Asia pokiwała głową.
– Nie, nie dałabym rady.
– Na co dzień prowadzę hipoterapię i zajęcia edukacyjne w szkołach. To moja praca i z tego się utrzymuję.
Pogłaskała jednego z koni.
– Zatrudniam też dwóch opiekunów, którzy każdego dnia dbają o zwierzęta. Kiedy organizujemy większe zajęcia albo wydarzenia, współpracuję z innymi trenerkami.
– A wolontariusze?
– Są z nami i bardzo pomagają. Przyjeżdżają, kiedy mogą, organizują zbiórki, pomagają przy wydarzeniach. No i zawsze mogę liczyć na moich rodziców. Bez nich też byłoby dużo trudniej.
Alicja była zachwycona.
– Widzę, że w każdej organizacji wolontariusze są ważni, ale sami nie wystarczą.
– Dokładnie. Zwierzęta trzeba nakarmić i doglądnąć każdego dnia. One nie wiedzą, że jest weekend albo święto.
Przez chwilę obie patrzyły, jak dzieci karmią konie marchewkami i wtedy Alicja zadała pytanie, które zadawała w każdej krainie.
– Coraz bardziej zastanawia mnie jedno… kto za to płaci?
Asia nie odpowiedziała od razu.
Wyjęła telefon.
– Chcę ci coś pokazać.
Na ekranie pojawiła się długa lista imion. Anna. Piotr. Maria. Krzysztof… z dwieście pozycji.
– Kim oni są?
– Naszymi darczyńcami.
– Wszyscy?
– Tak. Każdy z nich wpłaca co miesiąc niewielką kwotę. Jedni dwadzieścia złotych, inni pięćdziesiąt, jeszcze inni sto.
– To wystarcza?
– Gdy pomaga jedna osoba – nie.
– A gdy pomagają setki?
Asia uśmiechnęła się.
– Wtedy dzieją się niezwykłe rzeczy.
Po chwili dodała:
– Wspierają nas też lokalne firmy. Czasem przekażą pieniądze, czasem siano, czasem materiały do naprawy stajni.
Alicja spojrzała na konie.
– Czyli nie musicie pisać projektów?
– Czasami piszemy. Jednak chcemy, żeby nasze konie nie czekały na kolejny konkurs grantowy.
Usiadły na ławce przed stajnią.
– Opowiem ci historię.
– Lubię historie.
– Jest w Polsce fundacja pomagająca dzieciom chorym na raka. Zamiast co chwilę szukać nowych dotacji, postanowili przekonać ludzi, że nawet niewielka, ale regularna pomoc ma ogromną wartość.
– I udało się?
– Tak. Dzisiaj mają około dwóch tysięcy osób, które co miesiąc wpłacają po pięćdziesiąt złotych.
Alicja szybko policzyła w pamięci.
– To sto tysięcy złotych miesięcznie…
– Właśnie. Do tego pomagają firmy. Dzięki temu mogą planować przyszłość. Wiedzą, że za miesiąc nadal będą mogli pomagać.
– Czyli największym skarbem fundacji nie są pieniądze…
– …tylko ludzie, którzy pamiętają o niej co miesiąc.
Mapa rozświetliła się.
Na pergaminie pojawił się kolejny wpis.
Zwierzoland
Typ organizacji: fundacja
Misja: pomagać tym, którzy sami nie potrafią poprosić o pomoc.
Najczęstsze źródła finansowania: regularne darowizny osób prywatnych, wsparcie firm oraz jednorazowe zbiórki.
Na końcu mapa dopisała:
Największą siłą organizacji charytatywnej jest społeczność ludzi, którzy pomagają regularnie.
Szła powoli, zastanawiając się nad słowami Asi. Nie wszystkie organizacje proszą o pomoc dlatego, że sobie nie radzą. Czasem proszą dlatego, że dzięki temu mogą zrobić jeszcze więcej dobrego.
Na mapie pojawił się kolejny zakręt. Przy jego końcu stał niewielki budynek pełen książek i dokumentów.
Kobietnik
W środku panował gwar. Przy jednym stole siedziały przyszłe mamy. Rozmawiały o porodzie. W drugim pokoju kilka kobiet kołysało niemowlęta. Ktoś właśnie parzył herbatę. Przy drzwiach czekały dwie kobiety.
– Jesteśmy Ania i Alicja.
– To zabawne – uśmiechnęła się druga. – Ja też mam na imię Alicja.
– Mapa mnie do was przysłała.
– To znaczy, że czas na rozmowę.
Usiadły przy dużym drewnianym stole.
– Kim jesteście? – zapytała Alicja.
– Fundacją.
– A czym się zajmujecie?
Ania spojrzała na kobiety rozmawiające obok.
– Chcemy, żeby każda kobieta czuła się bezpiecznie i z szacunkiem traktowana w ciąży, podczas porodu i po narodzinach dziecka.
– Organizujecie te spotkania?
– Tak. Prowadzimy szkołę dla przyszłych rodziców, grupy wsparcia i spotkania z ekspertami. Jednak to tylko część naszej pracy.
– Co robicie jeszcze?
Alicja wskazała na półkę pełną segregatorów.
– To nasze badania – odpowiedziała druga Alicja – Rozmawiamy z kobietami z całej Polski. Pytamy, czego doświadczyły i co powinno się zmienić.
– Po co?
– Jeśli chcemy zmienić przepisy, najpierw musimy wiedzieć, co naprawdę się dzieje.
– Czyli piszecie raporty?
– Tak. I przedstawiamy je tym, którzy tworzą prawo.
– Naprawdę was słuchają?
Ania uśmiechnęła się.
– Nie zawsze od razu. Jeżeli jednak mamy wiedzę, argumenty i pokazujemy, że problem dotyczy tysięcy kobiet, trudno udawać, że go nie ma.
– Czyli pomagacie nie jednej osobie…
– …ale próbujemy zmienić sytuację wszystkich.
Alicja zamyśliła się.
– To trochę inaczej niż w poprzednich krainach.
– Każda organizacja pomaga inaczej. My wierzymy, że czasem największą pomocą jest zmiana zasad.
Po chwili padło kluczowe pytanie.
– Przepraszam, ale muszę zapytać, a kto płaci za takie działania?
– A jak myślisz? – zapytała Ania.
– Darczyńcy?
– Częściowo.
– Pozyskujecie dotacje?
– Tak, ale nie każda dotacja pasuje do naszej misji.
– Dlaczego?
– Niezależność jest dla nas bardzo ważna. Gdy zabieramy głos w sprawach publicznych, musimy mieć odwagę powiedzieć, co naprawdę myślimy.
– To z czego się utrzymujecie?
– Z grantów fundacji wspierających prawa obywatelskie, darowizn od osób, które wierzą w naszą misję, czasem ze szkoleń i współpracy z instytucjami. Każde źródło wybieramy ostrożnie.
– Czyli nie chodzi tylko o pieniądze?
– Nie. Chodzi o to, żeby nikt nie mógł powiedzieć: „Mówicie to, bo ktoś wam za to zapłacił”.
Alicja długo patrzyła na leżący na stole raport.
– Nigdy nie pomyślałam, że zmiana prawa też może być pomaganiem.
– Czasem od jednej zmiany przepisów może zależeć życie tysięcy ludzi – odpowiedziała Ania.
Po chwili Alicja rozejrzała się po biurze.
– Zapomniałam zapytać… Pracujecie tutaj codziennie?
Alicja i Ania spojrzały na siebie i uśmiechnęły się.
– Teraz akurat tak – odpowiedziała Ania – Od dwóch lat realizujemy grant, dzięki któremu możemy zatrudniać zespół i pracować na co dzień.
– Nie zawsze tak było – dodała Alicja – Bywały okresy, kiedy działałyśmy niemal wyłącznie jako wolontariuszki. Kiedy kończył się projekt, kończyło się również jego finansowanie.
– To musiało być trudne.
– Było. Problemy kobiet nie znikają tylko dlatego, że skończył się grant.
– Dlatego staramy się budować społeczność ludzi, którzy wierzą w naszą misję. Szukamy darczyńców, partnerów i osób, które chcą wspierać nas regularnie. Chcemy, żeby nasz głos był słyszalny nie tylko wtedy, gdy trwa projekt.
Alicja słuchała uważnie.
– Czyli nawet organizacja rzecznicza potrzebuje stabilnego finansowania.
– Tak – odpowiedziała Ania – Niezależność nie bierze się z odwagi. Trzeba ją jeszcze móc sfinansować.
Mapa rozświetliła się. Na pergaminie pojawił się nowy wpis.
Kobietnik
Typ organizacji: fundacja.
Misja: tworzyć wiedzę, reprezentować głos ludzi i wpływać na zmiany w prawie oraz politykach publicznych.
Najczęstsze źródła finansowania: granty krajowe i międzynarodowe, darowizny, odpłatność za usługi.
Na końcu mapa dopisała:
Największą siłą organizacji rzeczniczej jest wiarygodność.
Mapa zwinęła się powoli. Alicja jeszcze przez chwilę stała przed siedzibą Kobietnika.
Nie przypuszczała, że pomaganie może polegać także na pisaniu raportów, rozmowach z ministrami czy proponowaniu zmian w przepisach. Dotąd wydawało jej się, że dobro zawsze można zobaczyć. Teraz zrozumiała, że czasem największa zmiana dzieje się tam, gdzie nie widać jej od razu.
Ruszyła dalej. Po kilku minutach mapa delikatnie zadrżała.
Alicja zadała sobie w myślach pytanie.
– Ciekawe, kto tym razem pokaże mi swoją drogę?
Złota ścieżka poprowadziła ją w stronę niewielkiego rynku. Przed jednym z budynków stał drewniany szyld z napisem Domino.
Domino
Przed budynkiem stała kolejka.
Kelnerzy uwijali się między stolikami, z kuchni dochodził zapach zupy i pieczonych warzyw.
– Wygląda na to, że trafiłam do restauracji – powiedziała Alicja.
– Zgadza się – odpowiedział mężczyzna w fartuchu.
– Cześć Alicjo, jestem Piotr.
– Skąd wiesz jak mam na imię?
– Masz mapę?
Alicja pokazała pergamin.
Piotr uśmiechnął się.
– Zapraszam zatem do nas.
Usiedli przy stoliku.
– Kim jesteście?
– Spółdzielnią socjalną.
Alicja rozejrzała się.
– Jak to? Wy prowadzicie restaurację.
– Tak.
– To dlaczego nie jesteście zwykłą firmą?
Piotr nie odpowiedział od razu. Wskazał kuchnię.
– Widzisz kucharza?
– Tak.
– Jeszcze kilka lat temu nikt nie chciał go zatrudnić.
Potem wskazał kelnerkę.
– Ona również długo szukała pracy.
Na końcu spojrzał na salę.
– W naszej restauracji pracuje dziesięć osób. Wszystkie miały trudniej niż inni. Nie dlatego, że brakowało im talentu. Po prostu niewielu dawało im szansę, często z uwagi na ich niepełnosprawność.
– A wy daliście.
– Tak. I dziś to oni gotują obiady mieszkańcom, turystom i organizują rodzinne przyjęcia.
W tej chwili kelner przyniósł zupę starszej pani.
– Smakuje wyśmienicie – powiedziała.
Piotr uśmiechnął się.
– I właśnie o to chodzi.
Alicja spojrzała zdziwiona.
– O dobrą zupę?
– O to, żeby ludzie przychodzili tutaj dlatego, że dobrze gotujemy. Nie dlatego, że chcą nam pomóc.
Przez chwilę siedzieli w ciszy.
– Muszę zapytać, jak to wszystko finansujecie?
Piotr wskazał restaurację.
– Każdy obiad, każda kawa i każde przyjęcie to nasze przychody.
– Czyli utrzymujecie się ze sprzedaży?
– Właśnie tak.
– A dotacje?
– Czasem pomagają nam się rozwijać. Kupujemy nowy sprzęt albo szkolimy pracowników.
– Gdy restauracja dobrze działa możemy zatrudniać kolejne osoby, które potrzebują pracy.
Alicja zamyśliła się.
– Czyli zarabiacie pieniądze…
– Tak.
– …ale nie po to, żeby je wypłacić właścicielom?
Piotr pokręcił głową.
– Nie mamy właściciela, który zabiera zysk do kieszeni. To, co zarobimy, wraca do naszej misji. Dzięki temu możemy rozwijać restaurację i tworzyć kolejne miejsca pracy.
– Teraz rozumiem, dlaczego nazywacie się przedsiębiorstwem społecznym - dodała Alicja.
Piotr odparł:
– Sprzedajemy obiady, ale tak naprawdę sprzedajemy ludziom szansę na samodzielność.
Mapa rozświetliła się. Na pergaminie pojawił się ostatni wpis.
Domino
Typ organizacji: spółdzielnia socjalna (przedsiębiorstwo społeczne).
Misja: tworzyć miejsca pracy i rozwiązywać problemy społeczne poprzez działalność gospodarczą.
Najczęstsze źródła finansowania: sprzedaż produktów i usług tj. działalność gospodarcza, czasem dotacje na rozwój i inwestycje.
Na końcu mapa dopisała:
Największym sukcesem przedsiębiorstwa społecznego nie jest zysk. Jest człowiek, który dzięki pracy odzyskuje wiarę w siebie.
Idąc dalej, Alicja pomyślała o wszystkich ludziach, których spotkała.
Grażynka pokazała jej siłę wspólnoty.
Siostry z Przystani nauczyły odpowiedzialności.
Mariusz i Jakub pokazali, że pasja potrzebuje dobrego planu.
Asia opowiedziała o sile ludzi, którzy chcą pomagać.
Ania i Alicja udowodniły, że czasem zmienia się świat, zmieniając prawo.
Piotr pokazał, że pomaganie może iść w parze z przedsiębiorczością.
Mapa rozświetliła się ponownie.
– Myślałam, że poznałam już wszystkie rodzaje organizacji – powiedziała.
Mapa nie odpowiedziała.
Na jej końcu pojawiło się jedno słowo.
Osada.
Alicja miała przeczucie, że właśnie tam wszystkie poznane dotąd ścieżki połączą się w jedną.
Osada
Po chwili Alicja stanęła przed dużym budynkiem nieopodal rzeki. Na podjeździe zatrzymał się bus. Wysiadły z niego dzieci z plecakami. Kilkoro poruszało się na wózkach inwalidzkich, inne biegły do wejścia. Przed drzwiami czekała młoda kobieta.
– Witaj Alicjo. Jestem Zuza i już wszystko wiem. Mapa mnie cię tu przysłała. Chodź. Pokażę ci naszą Osadę.
Najpierw weszły do sali rehabilitacyjnej. Fizjoterapeuci pomagali dzieciom ćwiczyć. Kilka pomieszczeń dalej trwały zajęcia z rodzicami.
– Pomagamy dzieciom i dorosłym z niepełnosprawnościami odzyskiwać sprawność i samodzielność – wyjaśniła Zuza.
Potem wyszły na zewnątrz. Na boisku grupa dzieci przygotowywała się do wakacyjnego obozu.
– Co roku organizujemy turnusy rehabilitacyjne i obozy. Dzieci ćwiczą, uczą się samodzielności, odpoczywają i poznają nowych przyjaciół.
Na końcu weszły do niewielkiego mieszkania. Była kuchnia, łazienka, salon. Nic niezwykłego.
– Dlaczego tu przyszłyśmy?
– Bo właśnie tutaj zaczyna się nowe życie wielu osób.
Alicja spojrzała zdziwiona.
– Trafiają do nas ludzie, którzy jeszcze kilka miesięcy wcześniej chodzili do pracy, prowadzili samochód, planowali wakacje. Potem wydarzył się wypadek. Nagle muszą nauczyć się żyć z wózkiem inwalidzkim.
– Tutaj uczą się wszystkiego od nowa?
– Tak. Jak ugotować obiad. Jak zrobić zakupy. Jak wrócić do samodzielności. Prowadzimy kilka takich mieszkań.
Przez chwilę szły w milczeniu. Alicja rozglądała się wokół.
– Macie ośrodek rehabilitacji, mieszkania treningowe, prowadzicie rehabilitację, organizujecie obozy… Po mojej podróży przez Krainę Dobrych Spraw już wiem jedno – przy takiej liczbie działań nie mogliby pomagać wam wyłącznie wolontariusze.
Zuza przytaknęła.
– Widzę, że mapa naprawdę wiele cię nauczyła.
– To ilu was tu pracuje?
– Na stałe zatrudniamy około czterdziestu osób.
Alicja otworzyła szeroko oczy.
– Aż tyle?
– To jeszcze nie wszystko. W całym regionie współpracuje z nami prawie stu asystentów osób z niepełnosprawnościami. Każdego dnia pomagają naszym podopiecznym w codziennym życiu, w domu, w pracy, na uczelni czy podczas załatwiania zwykłych spraw.
– Nie wyobrażałam sobie, że organizacja społeczna może być takim pracodawcą.
– Wiele osób też się temu dziwi – odpowiedziała Zuza – Jednak pomyśl, za każdą usługą, którą świadczymy, stoi człowiek. Ktoś, kto ma wiedzę, doświadczenie i każdego dnia wykonuje swoją pracę z myślą o innych.
Alicja skinęła głową.
– Chyba już wiem, o co zapytam.
Zuza uśmiechnęła się.
– Domyślam się.
– Tyle potrzebnych działań, skąd pieniądze na to wszystko?
Zuza roześmiała się.
– To zależy… o czym rozmawiamy.
– Jak to?
– Rehabilitację i asystentów finansujemy z dotacji, szukamy różnych programów. Obozy organizujemy dzięki dotacjom i sponsorom z firm. W budowie naszej Osady pomaga nam nasza społeczność, liczne grono darczyńców.
– Czyli…
– Korzystamy z wielu źródeł. Bo potrzeby naszych podopiecznych też są różne.
– A które z nich jest najważniejsze?
Zuza spojrzała na Alicję.
– Wszystkie.
– Wszystkie?
– Organizacje rzadko mieszczą się w jednej szufladce. Z czasem uczą się łączyć różne sposoby działania i różne sposoby finansowania. Dzięki temu mogą pomagać lepiej i być gotowe na to, co przyniesie jutro.
– Mamy też partnerów. Są z nami samorządy, firmy, inne fundacje i ludzie, którzy wierzą w naszą misję. Jedni wspierają nas finansowo, inni przekazują sprzęt, pomagają organizacyjnie albo otwierają kolejne drzwi. Dzięki temu możemy robić więcej, niż zrobilibyśmy sami.
Alicja zamyśliła się. Zrozumiała, że największe rzeczy rzadko powstają w pojedynkę.
Mapa rozbłysła. Na pergaminie pojawił się nowy wpis.
Osada
Typ organizacji: fundacja.
Misja: wspierać osoby z niepełnosprawnościami i ich rodziny w drodze do samodzielności.
Najczęstsze źródła finansowania: dotacje, darowizny osób prywatnych i firm oraz zbiórki na konkretne potrzeby.
Na końcu mapa dopisała:
Najsilniejsze organizacje potrafią łączyć różne drogi finansowania, tak jak łączą różne sposoby pomagania.
Kiedy brama Osady została za nią, Alicja odwróciła się jeszcze raz.
Dopiero teraz zrozumiała, że mapa nigdy nie miała dzielić organizacji na kategorie.
Miała pomóc dostrzec, że każda z nich szuka własnego sposobu na zmianę świata.
Alicja wróciła do domu z mapą pełną nowych miejsc.
Była we Wspólnej Dolinie. Odwiedziła Przystań. Poznała Siłaczy. Spacerowała po Zwierzolandzie. Rozmawiała z Anią i Alicją z Kobietnika. Usiadła przy stole w restauracji Domino. Zwiedziła Osadę.
Każda kraina była inna. Każda pomagała w inny sposób, angażowała ludzi, wolontariuszy. Każda finansowała swoją działalność inaczej. I żadna nie była podobna do pozostałych.
Epilog
Wieczorem Alicja rozłożyła mapę na biurku. Przez dłuższą chwilę nic się nie działo. Nagle przypomniała sobie pierwsze pytanie, które przeczytała na pergaminie.
Nie szukaj drogi. Odkryj, kim jesteś.
Dopiero teraz zrozumiała jego znaczenie. Mapa nigdy nie próbowała powiedzieć jej, którą drogę ma wybrać. Nie przekonywała, że jedna organizacja jest lepsza od drugiej. Nie porównywała ich. Pokazywała tylko, że świat można zmieniać na wiele sposobów.
Wspólnota.
Codzienna pomoc.
Rozwijanie pasji.
Dobroczynność.
Zmiana prawa.
Przedsiębiorczość.
Wsparcie w niezależności.
Każda z tych dróg była potrzebna.
Jednak mapa wciąż nie była skończona. Na samym środku pergaminu pojawiła się cienka złota linia. Powoli zaczęła rysować nową ścieżkę. Nie prowadziła do Wspólnej Doliny, ani do Przystani. Nie skręcała do Siłaczy, Zwierzolandu, Kobietnika, Osady ani Domino.
Biegła w zupełnie nowym kierunku. Na jej końcu nie było nazwy. Było tylko jedno słowo.
Alicja.
Dziewczyna uśmiechnęła się. Zrozumiała.
Nie musi zostać taka jak Grażynka, Zuza. Nie musi prowadzić restauracji.
Nie musi ratować koni. Nie musi zmieniać prawa. Może stworzyć własny sposób pomagania.
Taki, który połączy wszystko, czego nauczyła się podczas swojej podróży.
Zamknęła mapę.
Na okładce zielonej księgi pojawiło się nowe zdanie.
Nie ma jednej drogi do zmieniania świata. Każdy musi odnaleźć swoją.
Może właśnie dlatego mapa nigdy nie będzie skończona.
Każda osoba, która odważy się zrobić coś dobrego, rysuje kolejną ścieżkę.
Mapa… wciąż wybiera ludzi. Czasem tych, którzy potrzebują pomocy. Czasem tych, którzy są gotowi ją nieść, a czasem tych, którzy – jak Alicja – dopiero odkrywają, że ich najpiękniejsza droga jest jeszcze przed nimi.
………………………
c.d.n. ?
Jeszcze wiele historii jest w mojej głowie. Wiele obszarów świata pozarządowego do odkrycia.
Może kiedyś napiszę wersję bardziej przystępną dla młodszych dzieci, a może Alicja wyruszy w dalszą podróż.
Czas pokaże.
Dodaj informację do portalu ngo.pl!
Czekamy na Twój artykuł, komentarz, wywiad czy relację. Dotrzyj ze swoją informacją do tysięcy osób, które czytają ngo.pl.
-
●Anna Mucha, Stowarzyszenie MOST
-
●Dorota Setniewska, ngo.pl
-
●Anna Mucha, Stowarzyszenie MOST
-
●Anna Mucha, Stowarzyszenie MOST