Przeglądarka Internet Explorer, której używasz, uniemożliwia skorzystanie z większości funkcji portalu ngo.pl.
Aby mieć dostęp do wszystkich funkcji portalu ngo.pl, zmień przeglądarkę na inną (np. Chrome, Firefox, Safari, Opera, Edge).
ngo.pl używa plików cookies, żeby ułatwić Ci korzystanie z serwisuTen komunikat zniknie przy Twojej następnej wizycie.
Dowiedz się więcej o plikach cookies
Tak - dla nowych form, albo uproszczenie przepisów
Małgorzata Borowska, ngo.pl
NGO.PL: Albo coś więcej niż stowarzyszenia, albo prostsze przepisy - debatantki i debatanci nie byli jednomyślni.
Jedni mówili, że przyjrzenie się przez ustawodawcę temu, jak dziś wyglądają omijające KRS formy samoobywatelskiej organizacji i wyciągnięcie z tego wniosków byłoby ciekawe. Formy sprzed 25 lat są bowiem archaiczne i codzienne doświadczenie wielu aktywistów i aktywistek wskazuje na to, że mają inne potrzeby.
Drudzy odpowiadali, że nowe formy rozpoznawane przez prawo i tak nie byłyby wykorzystywane, jeśli obowiązywałby ten sam rygor ich zakładania (duża liczba osób, długotrwała procedura, nadzór) oraz prowadzenia (obowiązki formalne oraz skomplikowana księgowość), który dziś sprawia, że organizacje się „duszą”.
Reklama
Uporządkujmy te głosy i pojawiające się w nich argumenty – od najmocniejszego "tak", do najmocniejszego "nie" dla nowych form.
Tak – dla nowych form
Jedną z najśmielszych opinii (i najczęściej entuzjastycznie komentowanych) wyraziła w debacie Agata Teutsch: „Państwu zależy przede wszystkim na tym, żeby obywatele i obywatelki wzięli na swoje barki ciężar własnego utrzymania i rozwoju gospodarczego kraju, a nie żeby się stowarzyszali i angażowali w sprawy publiczne” – pisała. Na dowód tego przypominała m.in. zeszłoroczne zmiany w ustawie o zgromadzeniach, wypowiedzi administracji i polityków, że manifestacje i ruchy sprzeciwu (ACTA lub squaty) są zagrożeniem dla porządku publicznego.
Reklama
Istniejące prawo nie odzwierciedla również faktycznego zaangażowania obywateli w sprawy publiczne, a powinno odpowiadać na rzeczywistość – argumentowała dalej Agata Teutsch. Dziś działa więcej form stowarzyszeniowych, niż można by wywnioskować, zaglądając do rejestru KRS, czy powiatowych spisów stowarzyszeń zwykłych. Istnieją kolektywy, ruchy, koopertatywy. Można wyobrazić sobie, że obywatele – z racji innych dziś potrzeb – powołują do życia inne wspólnoty niż stowarzyszenia, a państwo wychodzi i im naprzeciw.
Minimum – to uregulowanie sytuacji grup nieformalnych
Tak twierdzi Łukasz Waszak. To jego zdaniem coraz powszechniejsza forma samoorganizacji, zupełnie nieprzystająca do formuły stowarzyszenia: za mało w niej członków i członkiń, a sprawy do załatwienia zwykle nie mogą czekać na rejestrację w sądzie. Zakładać się nie opłaca. Ale działać też się nie opłaca – bo nie rozpoznaje ich żaden podmiot mogący być ich partnerem.
Waszak twierdzi również, że przyjrzałby się Kodeksowi spółek handlowych, żeby poszukać w nim analogii mogących rozbudować katalog podmiotów trzeciego sektora. Ustawodawca mógłby przyjść w sukurs obywatelom i wprowadzić instytucję spółki obywatelskiej. Miałaby ona uprawnienia mniejsze niż stowarzyszenie rejestrowe, ale większe niż zwykłe. I łatwiej byłoby ją założyć.
Formuła stowarzyszenia jest ciasna – potwierdzała Alina Gałązka – głównie ze względu na mordercze wręcz obowiązki związane z prowadzeniem organizacji. Stąd: ludzie inicjatyw nie rejestrują. Z drugiej strony, to ogranicza działanie – dostęp do pieniędzy i ofiarności publicznej, sprzętu, lokalu, możliwości działania. Działania pozaformalne, nawet jeśli efektywne, są krótkotrwałe.
Nie wszystko regulować
Tego, że uznanie przez prawo nowych form doprowadziłoby do nadregulacji i zdławienia społecznej energii obawia się Kinga Polubicka. To, co spontaniczne, powinno takie pozostać – twierdzi. Na przykład inicjatywy squaterskie czy ruchy społeczne. Część z nich świadomie wybiera „nierejestrową” formę działalności. Wprowadzanie nowych podmiotów (szczególnie, gdyby ustawodawca zrobił to pochopnie, bez zrozumienia charakteru, który nadają im obywatele i obywatelki) doprowadziłaby do kilku co najmniej nieszczęść: administracja interpretowałaby przepisy dowolnie (z braku doświadczenia); w ogóle nie wchodziła w relacje z podmiotami, które są „podejrzane” albo posługiwała się na ich niekorzyść przepisami Ustawy o stowarzyszeniach, bo ta ma większy dorobek orzeczniczy.
Po prostu uprośćmy przepisy
To w nich Łukasz Domagała upatruje przyczyny uschnięcia ruchu stowarzyszeniowego (według danych Stowarzyszenia Klon/Jawor, o czym informowaliśmy w artykule wstępnym do debaty, liczba stowarzyszeń zwykłych nie rośnie w tym tempie, co przed laty, i co liczba fundacji).
Obawy, związane z wprowadzaniem nowych form samoorganizacji ma podobne, co Kinga Polubicka – nowe przepisy wprowadzą zamęt. Siłą 25-letniego Prawa o stowarzyszeniach jest to, że ukształtowało ono orzecznictwo i praktykę. Potencjalni partnerzy mogliby nowych form (np. obywatelskiej spółki cywilnej) nie obdarzyć takim zaufaniem, jak stowarzyszenia, z którymi wiedzą jak formalnie postępować.
Marzy mu się sytuacja „jednego okienka” dla chcących się zorganizować obywateli. To rozwiązałoby problem niechęci do stowarzyszeń.
Więcej tekstów autorstwa: Małgorzata Borowska
Ten artykuł został dodany do portalu ngo.pl przez użytkownika, użytkowniczkę.
Artykuły opublikowane w ngo.pl wyrażają poglądy osób piszących i nie muszą odzwierciedlać stanowiska redakcji. Przedruk, kopiowanie, skracanie artykułów wymaga zgody redakcji.
Dodaj informację do portalu ngo.pl!
Czekamy na Twój artykuł, komentarz, wywiad czy relację. Dotrzyj ze swoją informacją do tysięcy osób, które czytają ngo.pl.