Przeglądarka Internet Explorer, której używasz, uniemożliwia skorzystanie z większości funkcji portalu ngo.pl.
Aby mieć dostęp do wszystkich funkcji portalu ngo.pl, zmień przeglądarkę na inną (np. Chrome, Firefox, Safari, Opera, Edge).
Dotyk prezydenta Warszawy
Marzena Mendza-Drozd, Stowarzyszenie na rzecz FIP
W znanej pewnie wszystkim historii był sobie król, który bardzo kochał złoto. Kiedy tylko zdarzyło się, że mogło się spełnić jedno jego życzenie, natychmiast zapragnął, aby wszystko, czego dotknie zamieniało się w ten drogocenny kruszec. Wiemy jak skończył. Miłościwie nam panujący w stolicy prezydent ma umiejętność zgoła odwrotną: czego dotknie, obraca w perzynę. Czy i ta zdolność, jak w wypadku Midasa, jest konsekwencją nieprzemyślanego życzenia? O tym historia milczy.
Miało być pięknie. Koniec korupcji, kolesiostwa,
prostytucji, nieogrzewanych autobusów, nieudacznictwa w rządzeniu i cwaniactwa w urzędzie. Miało
być Prawo (obowiązkowo wielką literą!) i
Sprawiedliwość (nie inaczej!). Jak jest, mieszkańcy Warszawy mniej więcej wiedzą. Agencje towarzyskie, siedliska występku i grzechu mają się
nie najgorzej. Liczba ulotek reklamowych, wkładanych za wycieraczki samochodów pod okiem strażników
straży miejskiej, najlepiej o tym świadczy. Nowoczesna metoda rządzenia, polegająca na trzymaniu
wszystkiego w jednej, ale za to prezydenckiej, dłoni do dziś odbija się czkawką burmistrzom wielu
warszawskich dzielnic. W charakterze anegdoty krąży już po stolicy wieść, że zwykłe podanie o urlop musi przejść przez sam Główny Urząd.
Przecież zostawienie takich kompetencji w rękach władz dzielnicy to istna zachęta do nadużyć.
Lepiej, po gospodarsku, wszystkiego samemu
dopilnować.
Strategii rozwiązywania problemów społecznych w
stołecznym mieście nadal nie ma. Bo i po co? A nuż wiązałoby się to z pomocą tym wszystkim
"zboczeńcom", którzy tak niedawno chcieli maszerować ulicami miasta i demoralizować
uczciwych mieszkańców? Jakaś sprawiedliwość być przecież musi! A poza tym strategia rozwiązywania
problemów oznaczałaby, że problemy w ogóle są. A są? To, że budżet przeznaczony na pomoc społeczną
w stolicy jest ciągle mniejszy niż kwoty przeznaczane na premie i nagrody dla urzędników miejskich?
Co w tym złego? Dobra praca i posłuszeństwo powinny być nagradzane. To bez wątpienia. A reszta …
niech daje sobie radę sama. Transport dla niepełnosprawnych? To jakieś fanaberie! Zlikwidować! Inwestycje? O, od tego trzymajmy się z daleka. To przecież
największa pokusa dla korupcji. Lepiej nie róbmy nic, to przynajmniej nikt nie ukradnie, a i na nas
nie padnie cień podejrzenia. Inwestorzy prywatni? Chcą coś zrobić w mieście za własne pieniądze? To
niemożliwe. Na pewno kryje się w tym jakiś podstęp. Wyliczać dalej? Może wspomnieć nikłą liczbę
projektów do finansowania z Funduszy Strukturalnych? I tak zrobiło się dość smutno i ponuro. A
przecież ani nasz prezydent, ani jego świta nie wylądowali tu z kosmosu. Sami ich wybraliśmy. No,
nie wszystkich. Urzędników wybierał już sobie sam. Razem stworzyli interesujący na mapie Polski
obrazek, w którym wyróżnia się także to, że prezydent jest dla swoich mieszkańców niedostępny. W
innych miastach, też dużych, prezydent i wiceprezydenci nie odgrodzili się murem obronnym i fosą
wypełnioną po brzegi wodą (oj, woda w stolicy leje się hektolitrami). Można się z nimi spotkać,
przedstawić problem, porozmawiać. Nie w Warszawie.
Ale to niestety nie koniec. Nie koniec kadencji i
nie koniec pomysłowości. Ostatnio władze miasta postanowiły zrobić coś z oświatą. Bo jeszcze jako tako sobie radziła. W wyniku tego
jaśnie oświeconego zainteresowania pewnie przestanie. Otóż warszawskie publiczne licea i gimnazja
dostały właśnie plan budżetu na 2005 rok. I na niektóre z nich padł blady strach. Jak w takich
warunkach podnieść jakość edukacji, ba, jak ją utrzymać? Jak w ogóle prowadzić działalność
oświatową? Spójrzmy tylko na niektóre pozycje budżetu jednego z większych warszawskich liceów,
porównajmy je z kwotami za ubiegły rok:
-
na zakup materiałów i wyposażenia w 2004 przeznaczona była kwota 33 tys. złotych, a na ten rok zaledwie 5.000 zł,
-
na zakup pomocy naukowych, dydaktycznych i książek w ubiegłym roku można było wydać 24.000 złotych, a w tym … 1.400!
Gimnazja - na przykładzie jednego z nich - też nie
mają się lepiej:
-
z 5.000 złotych na zakup materiałów i wyposażenia w ubiegłym roku na ten przewidziano 1.500 złotych,
-
na zakup pomocy naukowych, dydaktycznych i książek w ubiegłym roku można było wydać 3.500 złotych, ale za to w tym 0 zł (nie, to nie pomyłka w druku).
Gwoli uczciwości trzeba dodać, że są pozycje, które
wzrosły: składka na Fundusz Pracy, wpłaty na PFRON i
zakup energii.
Oświata jest ogólnodostępna. Szkoły publiczne.
Utrzymywane z naszych podatków. Dzieci i młodzież są naszą przyszłością - ich edukacja ważna, jak
nie wiadomo co. Gdzie więc sens i logika? Próżno ich szukać. Nie pierwszy to w naszym stołecznym
mieście absurd. Ale czy ostatni? Od dawna wiadomo, że
głupimi i ciemnymi łatwiej jest rządzić. Ale może czas upowszechnić nową prawdę: To głupim i
ciemnym rządzi się łatwiej!
Ten artykuł został dodany do portalu ngo.pl przez użytkownika, użytkowniczkę.
Artykuły opublikowane w ngo.pl wyrażają poglądy osób piszących i nie muszą odzwierciedlać stanowiska redakcji. Przedruk, kopiowanie, skracanie artykułów wymaga zgody redakcji.
Dodaj informację do portalu ngo.pl!
Czekamy na Twój artykuł, komentarz, wywiad czy relację. Dotrzyj ze swoją informacją do tysięcy osób, które czytają ngo.pl.
-
Galeria Apteka Sztuki ZAZ
-
Dorota Setniewska, ngo.pl